Fatalne doniesienia dla naszego kraju. Kryzys narasta w błyskawicznym tempie

2 godzin temu

Gdy włączasz telewizor i słyszysz, iż polski dług publiczny przekroczył dwa biliony złotych, liczba może brzmieć abstrakcyjnie. Ale za tymi cyframi kryje się coś, co dotyka każdego – od młodego małżeństwa planującego kredyt hipoteczny, przez emeryta żyjącego z trzynastki, po przedsiębiorcę zastanawiającego się nad inwestycją. Polska zmierza bowiem ku przekroczeniu konstytucyjnego i unijnego progu zadłużenia wynoszącego sześćdziesiąt procent produktu krajowego brutto. To nie jest scenariusz z gazety ekonomicznej – to rzeczywistość, która będzie miała bezpośredni wpływ na twoje życie już w najbliższych miesiącach.

Fot. Obraz zaprojektowany przez Warszawa w Pigułce, wygenerowany w DALL·E 3.

Pod koniec listopada 2025 roku zadłużenie sektora instytucji rządowych i samorządowych osiągnęło poziom 1,91 biliona złotych. Dla porównania – jeszcze w kwietniu tego samego roku było to 1,75 biliona. W ciągu zaledwie siedmiu miesięcy dług urósł o sto sześćdziesiąt miliardów złotych, co odpowiada całkowitemu rocznemu budżetowi kilku średnich miast wojewódzkich. Prezes Narodowego Banku Polskiego Adam Glapiński nie pozostawia złudzeń: już w 2026 roku dług publiczny po raz pierwszy w historii przekroczy unijny próg sześćdziesięciu procent PKB. Komisja Europejska idzie jeszcze dalej i prognozuje, iż wskaźnik ten może sięgnąć choćby sześćdziesięciu pięciu procent.

Żeby zrozumieć skalę problemu, warto spojrzeć na liczby z perspektywy czasu. Na koniec 2023 roku, kiedy władzę sprawował jeszcze poprzedni rząd, dług publiczny wynosił około 49,3 procent PKB. Dwa lata później – pod koniec 2025 – wzrósł do ponad pięćdziesięciu pięciu procent. W pierwszym kwartale 2025 roku relacja długu do PKB osiągnęła 57,4 procent, co oznacza przyrost o ponad dwa punkty procentowe w zaledwie trzy miesiące. To tempo, które przyprawia ekonomistów o bezsenność.

Dlaczego to się dzieje? Głównym winowajcą jest rekordowy deficyt budżetowy. W 2024 roku przekroczył sześć i pół procenta PKB, a prognozy na lata 2025 i 2026 mówią o podobnych wartościach. To najgorszy wynik w całej Unii Europejskiej. Żeby to zilustrować: jeżeli twoja rodzina zarabia dziesięć tysięcy złotych miesięcznie, deficyt na poziomie sześciu i pół procent oznaczałby, iż wydajesz o sześćset pięćdziesiąt złotych więcej niż zarabiasz – i to każdego miesiąca przez cały rok. Po dwunastu miesiącach zadłużyłbyś się na prawie osiem tysięcy złotych. A teraz pomnóż to przez całą gospodarkę kraju.

Skąd bierze się tak ogromna dziura w budżecie? Wbrew powszechnemu przekonaniu nie są to wyłącznie wydatki na obronność, choć te rzeczywiście wzrosły. Od rozpoczęcia pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę Polska zwiększyła wydatki wojskowe o około 1,8 procent PKB. To jednak stanowi zaledwie dwadzieścia procent całkowitego wzrostu wydatków państwa. Gdzie poszła reszta? Przede wszystkim na transfery socjalne – Polska zajmuje piąte miejsce w Unii Europejskiej pod względem wysokości świadczeń społecznych w relacji do PKB. Program osiemset plus, trzynaste i czternaste emerytury, dodatki mieszkaniowe, bon energetyczny – wszystko to są wydatki, które rosną rok do roku, niezależnie od stanu budżetu.

Drugim powodem jest gwałtowny wzrost kosztów obsługi samego długu. To zamknięte koło: im więcej państwo pożycza, tym więcej musi płacić odsetek. W 2022 roku koszt obsługi długu wynosił 1,5 procent PKB. W 2026 roku ma to być już 2,7 procent. W konkretnych liczbach oznacza to skok z siedemdziesięciu pięciu i pół miliarda złotych w 2025 roku do dziewięćdziesięciu miliardów w 2026. To przyrost o dziewiętnaście procent w zaledwie rok. Co więcej, Polska płaci proporcjonalnie więcej za obsługę długu niż większość państw europejskich – dwukrotnie więcej w stosunku do wielkości zadłużenia niż średnio państwa strefy euro. Wyższe odsetki w stosunku do wielkości długu zapłacą w przyszłym roku tylko Rumunia i Węgry.

Co to oznacza dla ciebie?

Jeśli myślisz, iż rosnący dług publiczny to abstrakcyjny problem ekonomistów i polityków, który nie ma wpływu na twoje codzienne życie, jesteś w błędzie. Konsekwencje zaczynają być odczuwalne już teraz i będą narastać w najbliższych latach.

Po pierwsze, ryzykujesz wyższymi podatkami. Gdy państwo wydaje więcej niż zarabia, ma tylko kilka opcji: zaciągać kolejne długi, ciąć wydatki albo podnosić podatki. Rząd już sygnalizuje pierwsze ruchy – w projekcie budżetu na 2026 rok zaplanowano podwyżkę CIT dla banków i wzrost akcyzy na alkohol i papierosy. Choć akcyza to podatek pośredni, który teoretycznie uderza w producentów, w praktyce koszty te są przenoszone na konsumentów. Oznacza to, iż za piwo, wino czy paczkę papierosów zapłacisz więcej. Podobnie może być z innymi produktami – jeżeli firmy będą musiały odprowadzać wyższe podatki, część kosztów przeniosą na ceny.

Po drugie, grozi ci zamrożenie lub obcięcie programów społecznych. Ekonomiści otwarcie mówią, iż jeżeli Polska przekroczy konstytucyjny próg sześćdziesięciu procent PKB, będą musiały zostać uruchomione procedury oszczędnościowe. A to oznacza bardzo istotne cięcia w wydatkach sektora publicznego. Na tapecie może znaleźć się program osiemset plus, trzynasta i czternasta emerytura, dodatki mieszkaniowe czy dopłaty do energii. jeżeli jesteś rodzicem korzystającym z pięćset plus (obecnie osiemset plus), możesz obudzić się pewnego dnia ze świadomością, iż świadczenie zostało ograniczone lub wręcz zlikwidowane dla rodzin o wyższych dochodach. jeżeli jesteś emerytem liczącym na trzynastkę, nie masz gwarancji, iż ta wypłata przetrwa kolejne lata.

Po trzecie, możesz poczuć skutki w postaci droższych kredytów. Gdy państwo intensywnie pożycza na rynku krajowym, konkuruje o kapitał z przedsiębiorstwami i osobami prywatnymi. Ekonomiści nazywają to efektem wypierania. W praktyce oznacza to, iż gdy ty próbujesz wziąć kredyt hipoteczny, bank może zażądać wyższego oprocentowania, bo wie, iż może bezpiecznie pożyczyć pieniądze państwu, kupując obligacje skarbowe. jeżeli planujesz zakup mieszkania na kredyt, rosnące zadłużenie państwa może przełożyć się na wyższą ratę, którą będziesz spłacać przez kolejne dwadzieścia czy trzydzieści lat.

Po czwarte, ryzykujesz pogorszeniem jakości usług publicznych. Gdy coraz większa część budżetu idzie na obsługę długu i programy socjalne, zostaje mniej na inwestycje w infrastrukturę, ochronę zdrowia czy edukację. Dziewięćdziesiąt miliardów złotych, które państwo wyda w 2026 roku na odsetki od długu, to pieniądze, które mogłyby pójść na budowę dróg, szpitali, szkół czy wsparcie dla nauki. Zamiast tego trafią do posiadaczy obligacji – polskich i zagranicznych inwestorów, którzy kiedyś zaufali, iż Polska odda pożyczone pieniądze z nawiązką.

Po piąte, grozi ci obniżenie ratingu Polski przez międzynarodowe agencje. Gdy kraj gwałtownie się zadłuża, a jego finanse publiczne są w opłakanym stanie, agencje takie jak Moody’s, Fitch czy Standard & Poor’s mogą obniżyć ocenę jego wiarygodności kredytowej. To z kolei podnosi koszty, jakie państwo musi płacić za pożyczanie pieniędzy na międzynarodowych rynkach. W efekcie spirala zadłużenia nakręca się jeszcze mocniej – państwo płaci więcej za obsługę długu, więc musi więcej pożyczać, co pogarsza jego rating, co podnosi koszty pożyczek i tak dalej.

Polska jest już objęta unijną procedurą nadmiernego deficytu. To formalne ostrzeżenie, które oznacza, iż Komisja Europejska będzie bacznie obserwować nasze finanse i może nałożyć restrykcje. Co prawda rząd złożył wniosek o klauzulę wyjścia ze względu na wydatki militarne, ale choćby jeżeli zostanie zaakceptowana, nie zmieni to faktu, iż finanse publiczne wymykają się spod kontroli.

Najbardziej niepokojące jest tempo, w jakim dług rośnie. W pierwszym kwartale 2025 roku zadłużenie Skarbu Państwa wzrosło o sto jedenaście miliardów złotych, co oznaczało przyrost o ponad miliard dwieście milionów złotych dziennie. W czwartym kwartale 2024 roku było już gorzej – dług rósł o ponad miliard dwieście milionów złotych każdego dnia. jeżeli ta dynamika się utrzyma, pod koniec 2026 roku możemy mieć dług publiczny na poziomie przekraczającym sześćdziesiąt pięć procent PKB, co potwierdzają prognozy Komisji Europejskiej.

Rząd tłumaczy, iż obecna sytuacja to efekt działań poprzedniej ekipy, która zostawiła finanse w katastrofalnym stanie i dzięki wysokiej inflacji „wyrastała z długu”. Minister finansów Andrzej Domański argumentuje, iż obniżenie inflacji o jeden punkt procentowy oznacza około dwunastu miliardów złotych mniej dochodów w budżecie. To prawda, ale nie zmienia faktu, iż wydatki rosną znacznie szybciej niż dochody. W latach 2022-2026 wydatki publiczne wzrosną z 43,2 procent PKB do pięćdziesięciu dwóch procent – to wzrost o prawie dziewięć punktów procentowych w zaledwie cztery lata.

Co można zrobić, żeby uniknąć katastrofy? Ekonomiści są zgodni: potrzebne są głębokie cięcia w wydatkach socjalnych i reformy strukturalne, które zwiększą efektywność państwa. Forum Obywatelskiego Rozwoju wylicza, iż gdyby wydatki państwa poza odsetek i obronnością utrzymać na poziomie z 2015 roku, Polska miałaby w 2026 roku nadwyżkę budżetową w wysokości 1,4 procent PKB zamiast deficytu przekraczającego sześć procent. To pokazuje skalę problemu – mamy do czynienia nie z przejściowym kryzysem, ale z trwałym wzrostem wydatków, które nie znajdują pokrycia w dochodach.

Niestety, żadna z poważnych sił politycznych nie proponuje dziś radykalnych rozwiązań. Wszyscy obawiają się reakcji wyborców, którzy przyzwyczaili się do hojnych programów socjalnych i nie chcą słyszeć o ich ograniczaniu. A to oznacza, iż spirala zadłużenia będzie się nakręcać dalej, aż w końcu dojdziemy do punktu, w którym nie będzie już łagodnych rozwiązań – tylko bolesne cięcia, które uderzą w każdego Polaka bez wyjątku.

Idź do oryginalnego materiału