„Nie jestem ja na tyle szalonym, żebym w Dzisiejszych Czasach co mniemał albo i nie mniemał.”
Witold Gombrowicz „Transatlantyk”
„Każdy rząd polski demokratycznie wyłoniony starałby się bez wątpienia o możliwie dobre stosunki z Moskwą. To leży bowiem w oczywistym i bezspornym naszym interesie.”
Juliusz Mieroszewski (w Kultura, 1956 r. nr 11 „Kwestia rosyjska”)
W dniach od 6 do 8 maja br. na zamku w Baranowie Sandomierskim odbył się Polsko – Ukraiński Kongres Historyczny. Na jego program składało się 9 paneli tematycznych z udziałem 4 uczestników każdy, plus dwóch komentujących zapisanych w programie oraz trzy krótsze dyskusje.
Na sali obecna była ponad setka badaczy i polityków z obu krajów. Po wypowiedziach panelistów był czas na głosy i pytania z sali, po których ci pierwsi raz jeszcze zbiorczo na nie odpowiadali. Całość dostępna jest na kanale YT Centrum Mieroszewskiego, które Kongres zorganizowało. Panele ułożone były chronologicznie od Średniowiecza aż po współczesność, a panel wprowadzający, nosił tytuł „Odpowiednie dać rzeczy słowo”. O terminologii. Na koniec zastanawiano się nad prawną definicją i praktyczną interpretacją używanych w debacie pojęć oraz nad tym jak przekazywać akademicką wiedzę w podręcznikach. Wszystko to mogłoby być interesujące, gdyby nie dominujący całość przedsięwzięcia syndrom „sług Ukrainy” i mentalny paraliż znakomitej większości polskich uczestników, jakże trafnie oddany przez W. Gombrowicza w przytoczonych w motcie słowach Pana Cieciszowskiego – jednej z wielu postaci symboli umieszczonych w dziełach mistrza. Ten strach widać było przede wszystkim poprzez pryzmat tego, o czym w Baranowie nie mówiono wcale albo prawie wcale, jakich pytań nie zadawano i jakich dogmatów nie kwestionowano. Gdy ktoś – najczęściej z sali, podał nie opinię nawet, ale cytat ze źródła, nie będący „na bazie i po linii”, wtedy dawano mu niczym za dawnych czasów słuszny „odpór” streszczający się w znanej z czasów PRL formule „A ja się pytam: kto za tym stoi i komu to służy?”.
I tak jak wtedy, odpowiedź była wszystkim znana i niemal nikt nie odważył się podawać jej w wątpliwość. Hupkę, Czaję, niemieckich rewanżystów i amerykański imperializm zastąpiła „trzecia strona” i „odwieczny wróg”, z którym według ukraińskiego wiceministra spraw zagranicznych Ołeksandra Miszczenki zawsze wspólnie walczyliśmy i „tylko w 1920 r. nie doprowadziliśmy sprawy do końca”. Przy czym odpór niesfornym rodakom i poparcie gościom dawali także niektórzy nominalni przedstawiciele strony polskiej. Jak widać ustroje się zmieniają, ale nawyki i życiowe strategie przekazywane z pokolenia na pokolenie zostają.
Zupełnie inaczej sprawa przedstawiała się po stronie ukraińskiej. Już sam skład zapowiadał z jednej strony bojowe nastawienie, a z drugiej budził niesmak, a choćby oburzenie. O ile udział relatywizującego ukraińskie zbrodnie obecnego Prezesa ukraińskiego IPN Oleksandra Ałfiorowa był z uwagi na aktualnie pełnioną funkcję w jakimś stopniu usprawiedliwiony, to obecność takich osób jak jawny negacjonista i szerzący bezczelne antypolskie kłamstwa jego poprzednik na tym stanowisku Wołodymyr Wiatrowycz, czy Swiatosław Szeremeta objęty swego czasu z inicjatywy Ministra Waszczykowskiego zakazem wjazdu do Polski i strefy Schengen za wstrzymanie ekshumacji polskich ofiar, to skandal i udostępnianie za pieniądze polskiego podatnika polskiej trybuny do głoszenia podłych, antypolskich fałszów. Obaj byli zresztą nie tylko obecni, ale powierzono im główne role w kluczowych panelach, a w wypadku Wiatrowycza zabierał on jeszcze kilkukrotnie głos z sali. W odróżnieniu od bardziej układnego następcy robił wrażenie fanatyka, starającego się w wyznaczonym limicie czasowym wyrzucić z siebie maksymalną ilość kłamstw, tak iż tłumacze przekazali mu prośbę, by mówił wolniej.
Mniej agresywnym, ale równie konsekwentnym negacjonistą jest także inny panelista profesor Bohdan Hud lansujący tezę o antypolskim ludobójstwie jako buncie chłopskim, a chłopi jak wiadomo zawsze są w takich sytuacjach okrutni. Do panelistów dołączali liczni ukraińscy goście z sali, wyraźnie dominujący aktywnością nad stroną polską. Wszyscy oni poczuli najwyraźniej, iż zaproszenie takich osób oznacza, iż wobec Polaków i pamięci polskich ofiar wolno coraz więcej, a w zasadzie wszystko i skorzystali z tego w czasie konferencji. Trudno zresztą się temu dziwić, o ile stronę polską reprezentował nazwany „silnikiem kongresu” Paweł Kowal, ten sam, który według Zbigniewa Parafianowicza nie dopuścił do fotograficznego upublicznienia wyników ekshumacji w Puźnikach, a były to według tej relacji szczątki ciał dzieci.

Paweł Kowal
Zasadnicze punkty argumentacji jakie pojawiały się w wypowiedziach W. Wiatrowycza i jego towarzyszy można streścić następująco: na Wołyniu i w Małopolsce Wschodniej w czasie II WŚ nie tylko nie doszło do ludobójstwa Polaków dokonanego przez Ukraińców, ale po przestudiowaniu źródeł Wiatrowycz utwierdził się w przekonaniu, iż mieliśmy w latach II WŚ do czynienia z lokalną wojną polsko – ukraińską, którą zainicjowały zabójstwa ukraińskich działaczy we wrześniu 1939 r., a do apogeum działań „wojennych” doszło w 1944 r. na Chełmszczyźnie (w domyśle chodzi o akcje odwetowe jakie przeprowadziły niektóre polskie oddziały pod wpływem relacji uciekinierów o tym, co robili z Polakami Ukraińcy na wschodzie). Polaków kompromituje dodatkowo kooperacja z partyzantką radziecką, a finałem tego była Akcja „Wisła”, której celem było „ostateczne rozwiązanie kwestii ukraińskiej”. Nie była to zresztą jedyna uwaga sugerująca podobieństwa PRL do III Rzeszy. Ofiar ukraińskich było według tej narracji około 30 tysięcy. Co więcej, nie może być mowy o ludobójstwie, gdyż Ukraińcy nie mieli wtedy państwa. Zdarzały się pojedyncze zbrodnie, ale W. Wiatrowycz oraz wspomagający go koledzy i koleżanki zaznaczali, iż to nie wszyscy nacjonaliści, potem idąc tą drogą usłyszeliśmy, iż nie całe OUN UPA, by dojść do konkluzji, iż w ogóle można mówić tylko o konkretnych oddziałach w konkretnych miejscach, a na koniec usłyszeć, iż po prostu „homo sapiens zabija homo sapiens” i nie ma podstaw by obciążać kogokolwiek za całokształt.
Wpisywał się w tę narrację wicedyrektor Centrum Mieroszewskiego dr Łukasz Adamski postulując by mówiąc o danej zbrodni nie mówić, iż na wioskę napadli „Polacy albo Ukraińcy”, ale „taki a taki oddział” żeby „kształtować dyskurs publiczny w lepszą stronę”. Dodatkowo okazało się, iż ukraiński IPN przygotowuje monografię o „Polakach w UPA”, Prezes miał ją przywieźć na Kongres, ale nie zdążono jej wydrukować. Mordy o ile się zdarzały, to wynikały z tego, iż przeprowadzający akcję Dmytro Kłaczkiwskij „Kłym Sawur” miał za małe siły by Polaków wypędzić i dlatego niejako z praktycznej konieczności mordował. W jaki sposób to dyskretnie pomijano. Za wszystko winę ponosi polska polityka wobec Ukraińców w okresie międzywojennym, pacyfikacje wsi, niszczenie cerkwi.
Zarówno w panelu opisującym czasy II wojny światowej jak i w opisującym okres 20-lecia międzywojennego ani razu nie pojawiła się jakakolwiek wzmianka o ukraińskim terroryzmie i mordach na polskich policjantach, sąsiadach i urzędnikach z ministrem Bronisławem Pierackim włącznie. Nikt z panelistów nie wspomniał choćby o odrzucającej jakiekolwiek hamulce etyczne barbarzyńskiej ideologii Dmytro Doncowa. Analizowano tylko błędy strony polskiej i wskazywano na jałowość pojednawczych działań wojewody Józewskiego. Uzupełnieniem tego był krótki przegląd stanu ekshumacji, gdzie stronę ukraińską reprezentował nie kto inny niż wspomniany już S. Szeremeta. Jego zdaniem prowadzenie ekshumacji na Ukrainie nie jest żadnym problemem i Polacy zrealizowali tam mnóstwo projektów, a trudności w ekshumacjach stwarzane są jedynie po stronie polskiej. Szeremeta powtarzał też niemal dosłownie hitlerowską retorykę o tych co „bronią Europy przed moskiewską hordą”, tyle tylko, iż SS Galizien zastąpiły dzisiaj oddziały wymieniane przez W. Wiatrowycza jako aktualne miejsce wojskowej służby jego kolegów.
Czy strona polska zostawiła wypowiedzi W. Wiatrowycza i innych negacjonistów, a choćby oskarżycieli Polaków bez odpowiedzi? I tak, i nie. Poszczególne fałsze były sporadycznie punktowane, wyjaśniano, iż pacyfikacje polskie w 20-leciu międzywojennym oznaczały coś innego niż niemieckie w czasie II WŚ, iż do dokonania ludobójstwa nie potrzeba państwa, a wystarczy zorganizowana siła zbrojna, iż wszystkie formacje SS w tym SS Galizien są w świetle prawa międzynarodowego uznane za zbrodnicze, iż zakopanie przez rosyjskie służby dokumentu cytowanego przez dr Zajączkowskiego jest mało prawdopodobne itp. itd. Zarysowały się wyraźne różnice pomiędzy większością panelistów, a dwoma głosami z sali oraz najbardziej wyraźny podział na reprezentantów polskiego IPN oraz Centrum Mieroszewskiego. Trzeba z uznaniem przyznać, iż tym razem reprezentujący IPN – pełniący obowiązki Prezesa Karol Polejowski oraz Krzysztof Szwagrzyk referujący sprawę ekshumacji zachowali się w najważniejszej sprawie jak trzeba. Polejowski był panelistą dyskusji poświęconej terminologii i nie pozostawił wątpliwości, iż Ukraińcy dokonali na Polakach ludobójstwa, a odpowiadając na atak W. Wiatrowycza z sali dodał, iż było ono: „zaplanowane, zorganizowane i dokonane.” Wspomniał również o Akcji „Wisła”, która dotyczyła „ludności utrzymującej UPA”. Bardzo trafnie uprzedzając argumentację Ukraińców w dalszej części kongresu, wskazał, iż jednym z celów ich działania jest anonimizacja sprawców. Zakończył swoje wystąpienie wezwaniem by uczestnicy kongresu potępili odbyty 4 dni wcześniej we Lwowie marsz ku czci SS Galizien, co byłoby adekwatnym do sytuacji przesłaniem Kongresu. Z kolei Krzysztof Szwagrzyk reagując na kłamstwa Szeremety podawał liczby aktualnych wniosków o ekshumacje, ułamkowe wobec nich ilości uzyskanych zgód i niezwykle wymowne porównanie tysięcy ekshumowanych żołnierzy niemieckich i nielicznych ofiar polskich. Na koniec poinformował zebranych, iż „przedstawicieli IPN miało na kongresie w ogóle nie być”. Wypowiedź Polejowskiego osłabiały jednak wpisujące się w dominującą Kongres antyrosyjską obsesję stwierdzenia, iż Ukraińcy powinni pozwolić na ekshumacje żeby „wytrącić argumenty z ręki Moskwy”, która „szczuje” nas na siebie, choć jest mediewistą, to jednak budzi zdziwienie wzmianka o tym, iż łączy nas wspólna walka w 1920 r., tak jakby nie wiedział, iż Rosja była wtedy na Krymie, a obecne władze Kremla zdecydowanie niechętnie odnoszą się do leninowskiej spuścizny, natomiast Ukraińcy niechętnie wspominają postać Petlury i porozumienia w ramach którego godził się na polsko – ukraińską granicę na Zbruczu. O tym, iż to leninowskiej nienawiści do Rosji oraz powstaniu ZSRR w największej mierze Ukraina zawdzięcza istnienie, a przede wszystkim ogromne, wykraczające poza zasięg narodowy terytorium, na Kongresie także milczano. Ważnym głosem w obronie prawdy było wystąpienie komentującego panel wołyński doktora Mariusza Zajączkowskiego z Instytutu Studiów Politycznych (ISP) PAN, który odczytał ujawniony w 2016 r. znaleziony w przypadkowej odkrywce wewnętrzny dokument OUN obwodu chełmskiego z 27 marca 1944 r. „w sprawie nasilenia akcji antypolskiej i pracy polityczno – wychowawczej na Chełmszczyźnie”. Dr Zajączkowski cytował następujące fragmenty: „Zainspirować ludową zemstę. Sformować dywizje siekierników, postrach Lachów. (…) To zadanie dla wszystkich: wojska w rozumieniu UPA, samoobrony w rozumieniu UNS, później SKW i siekierników. (…) Obserwujcie metody pracy na Wołyniu. Tak samo róbcie u siebie. Wygracie. Posuwajcie się krok po kroku, twardo, ale ostrożnie i zdecydowanie.” Na koniec dr M. Zajączkowski dodał: „Dokument został opublikowany w 2017 r. i historycy ukraińscy do dnia Kongresu w żaden sposób się do niego nie odnieśli”. Kilkukrotnie zabierał także głos dr Marek Wojnar – również z ISP PAN najwyraźniej zbulwersowany całkowitym przemilczeniem ideologii i postaci D. Doncowa przy jednoczesnym sugerowaniu, iż na Ukrainie dominowała ideologia czarnej sotni. Wskazał nazwiska innych ukraińskich działaczy, którzy definiowali naród jako gatunek biologiczny, mieszane małżeństwa uznawali za zdradę i zapytał czy zrzucanie wszystkiego na karb wpływów rosyjskich, nie stanowi aby wygodnego alibi. Obaj doczekali się reprymendy w postaci sugestii, iż dokument cytowany przez Zajączkowskiego został zakopany w miejscu znalezienia przez rosyjskie służby, a Wojnarowi wskazano jego młody wiek.
Najbardziej niesmaczna, a z punktu widzenia Polski fałszywa była jednak wypowiedź profesora Grzegorza Motyki – współpanelisty W. Wiatrowycza. Najpierw wskazał słusznie na zlekceważenie ukraińskiego zagrożenia przez AK i atak w lipcu 1943r. tłumaczył słabością strony polskiej. Nie negował „antypolskiej akcji UPA” i sprzeciwiał się sugerowaniu symetrii w działaniach obu stron. Jednak najwięcej czasu i energii poświęcił atakowaniu Prezesa Polejowskiego i prokuratorów IPN za to, iż przez cały czas ociągają się z uznaniem Akcji „Wisła” za zbrodnię komunistyczną, a choćby jak w wypadku wystąpienia Polejowskiego dzień wcześniej; ją usprawiedliwiają, podczas gdy była to „operacja karna”. Ta wypowiedź została nagrodzona oklaskami. Pół żartem pół serio zasugerował także, iż zakaz ekshumacji to dzieło oficerów FSB. Z kolei drugi polski uczestnik panelu profesor Grzegorz Hryciuk zastrzegł, iż stwierdzenia o zbrodniczej naturze Ukraińców są „kuriozalne” i „nie mieszczą się w ramach dyskursu naukowego”. (takie wydarzenia jak rzeź humańska i temu podobne erupcje zbrodniczego okrucieństwa na kongresie nie zaistniały). Negował jednak wszechogarniający wpływ „trzeciej siły”. „Akcja usuwania Polaków” była natomiast motywowana błędną oceną realiów geopolitycznych. W tym miejscu porównał działania ukraińskie do kalkulacji AK i planów powstania powszechnego, tworzącego fakty dokonane wobec zbliżania się Armii Czerwonej. interesujące było wystąpienie prawnika – profesora Ireneusza Kamińskiego z PAN, który na podstawie definicji, ale przede wszystkim konkretnych wyroków wskazał jak międzynarodowe trybunały interpretują termin ludobójstwo i zbrodnia przeciw ludzkości. Wynikało z niego, iż liczba ofiar nie jest najważniejszym kryterium, czasem może choćby nie być żadnych przypadków zabójstw, by taka klasyfikacja została przyznana, z kolei jakakolwiek deportacja może być uznana za zbrodnię przeciwko ludzkości. Rzucił także pod rozwagę istotną myśl, iż upieranie się przy konkretnych słowach jest w wypadku Wołynia przede wszystkim pochodną polskiego poczucia krzywdy i bezradności wobec odmowy ekshumacji.

W. Wiatrowycz i G. Motyka
Pokrewne myśli na temat wzajemnych relacji pojawiły się w czasie dyskusji poświęconej znaczeniu paryskiej „Kultury” dla kształtowania polskiej polityki wschodniej. Profesor Sławomir M. Nowinowski zwrócił uwagę, iż wysiłki Jerzego Giedroycia na rzecz zbliżenia z Ukraińcami wywoływały jedynie śladowy odzew. O tym, iż teksty i audycje jakie z redaktorem Janem Engelgardem poświęciliśmy obalaniu nieuzasadnionej w obecnych realiach kreacji Giedroycia na patrona polskiej polityki wschodniej trafiły pod nominalnie elitarne strzechy, świadczyły jednak przede wszystkim wypowiedzi Pawła Kowala. Najwyraźniej zorientował się on, iż fałsz jakim jest wykorzystywanie nazwiska i autorytetu księcia z Maisons-Laffitte do uzasadniania szkodliwej dla Polski polityki jaką sam wraz z niemal całą klasą polityczną Polakom narzuca, coraz bardziej wychodzi na jaw (po naszym nagraniu i moich publikacjach ukazał się już łudząco podobny artykuł, pod łudząco podobnym tytułem w tygodniku „Do Rzeczy”). Bezpieczniej jest zatem szukać wspomagających to szaleństwo autorytetów gdzie indziej. W Baranowie kimś takim okazał się publikujący w „Kulturze” ksiądz Majewski, przez cały czas wybiórczo traktowany sam Juliusz Mieroszewski, ale na pierwsze miejsce wysunął się nie kto inny jak papież Jan Paweł II, którego jednak Kowal skromnie „aby nie klerykalizować dyskusji” tytułował Wojtyłą.
Osobna wzmianka należy się w omówieniu Kongresu Profesorowi Przemysławowi Żurawskiemu vel Grajewskiemu. Zabierał on głos chyba najczęściej ze wszystkich polskich uczestników i nie mógł ukryć swojej euforii z tego, iż uczestniczy w tego rodzaju wydarzeniu. Osią przewodnią było jak sam powiedział pokazywanie tego co wspólne i jasne. A więc gdybyśmy nie znali historii, to mogliśmy z wypowiedzi profesora wnioskować, iż np. w powstaniach antyrosyjskich walczyliśmy z „odwiecznym wrogiem” niemal ramię w ramię, a szczególnie odznaczali się w tej walce „kozacy dworscy”. Rozbiory Polski były zdarzeniem porównywalnym ze zlikwidowaniem Siczy Zaporoskiej, bo nazwy obu miały już nigdy nie powrócić. (O tym, iż „odwieczny wróg” zachował się po wojnach napoleońskich szlachetnie i wspaniałomyślnie, a Królestwo Polskie, nie tylko na mapie, przywrócił, mowy nie było), iż sowieckie wywózki powinny łączyć i Polacy nie powinni ich odbierać jako polskie, ale uznać, iż cierpieli razem z Ukraińcami, iż na cmentarzu pod Monte Cassino leżą także prawosławni i unici, iż wielkich czynów dokonał w kampanii wrześniowej 49 pułk strzelców i iż był to pułk huculski, iż w momencie „symbolicznie mówiąc zbrodni wołyńskiej” dawne elity ukraińskie były wywiezione bądź wymordowane, iż owszem „był konflikt”, ale los wspólny, a w cokole pomnika Lenina we Lwowie były zamurowane szczątki żołnierzy polskich i ukraińskich, „co choćby jeżeli nieprawdziwe, to dobrze zmyślone. (…) tak czy inaczej jest to symbol tryumfu Moskwy nad naszymi narodami w razie zwarcia”. I na koniec nazwał schizofrenią jednoczesne czczenie żołnierzy wyklętych i zbrodni reżimu, z którym ci walczyli. Taką zbrodnią jest według niego Akcja „Wisła” – symbol polskiego upokorzenia, bo „na rozkaz Moskwy Polacy wypędzili Ukraińców z ich odwiecznych siedzib”. To nawiasem mówiąc typowy przykład wykluczającego sztukę niuansowania myślenia podporządkowanego politycznym gotowcom.
W czasie panelu na temat transmitowania wiedzy akademickiej w podręcznikach szkolnych bardzo istotny fakt przypomniał profesor Mirosław Szumiło, cytując fragment ukraińskiego podręcznika łudząco przypominający tezy głoszone przez W. Wiatrowycza. Brzmi on: „(UPA) działała głównie na Wołyniu i w Galicji. W 1943 r. na jej czele stanął Roman Szuchewycz. W ciągu dwóch lat istnienia w szeregi UPA wstąpiło 30-40 tys. żołnierzy. Działacze UPA uważali za wrogów ukraińskich komunistów, nazistów i Polaków. Przyczyną zaostrzenia polsko-ukraińskich relacji były masowe zabójstwa Ukraińców dokonane przez Armię Krajową. Była to podziemna armia polska, której kierownictwo chciało powrotu do przedwojennych granic Polski. Jej ofiarami byli mieszkańcy Chełmszczyzny, Podlasia, Galicji i Wołynia. Krwawa polsko-ukraińska wojna, w następstwie której ginęli nie tylko żołnierze, ale i cywile, trwała do 1947 r.” Świadczy to o tym, iż ukraińskie podręczniki upowszechniają wśród młodych Ludzi dokładnie takie same fałsze, jakie w Baranowie zaprezentował polskim historykom W. Wiatrowycz.
Minister Edukacji Barbara Nowacka w związku z takimi treściami ukraińskiego podręcznika wysłała w lipcu 2025 r. do swojego ukraińskiego odpowiednika pismo w którym: „poprosiła ministra Lisowego o natychmiastowe działania, w tym o przegląd innych podręczników oraz opracowanie nowych materiałów, które będą odpowiadały obecnemu stanowi polsko-ukraińskich relacji”. Nic nie wiadomo na temat tego czy otrzymała na tę prośbę jakąkolwiek odpowiedź, czy podobnie jak w wypadku dokumentu, który cytował dr M. Zajączkowski po prostu została zignorowana.
Natomiast uczestnicy kongresu sami także zignorowali apel prezesa Polejowskiego o wspólny protest przeciw gloryfikacji ukraińskich zbrodniarzy z SS Galizien. Najwyraźniej było to traktowane jako rodzaj faux pas wobec zaproszonych gości i coś o czym „nie trzeba głośno mówić”. O atmosferze jaka panowała wśród uczonych gości świadczy także nazwanie przez profesora Henryka Gila, zmarłego niedawno Władysława Siemaszki „naszym ukrainofobem”, oraz wyrażana na końcu wdzięczność organizatorom i gospodarzom Baranowa, którzy dzięki ulokowaniu kongresu na zamku zapewnili mu bezpieczeństwo i nie dopuścili do pojawienia się „przeciwników dialogu”
W ciągu ponad 20 godzin obrad oprócz fragmentów nachalnie propagandowych przytaczano interesujące fakty, a czasami inspirujące myśli. Jednak te pozytywne momenty i historyczne szczegóły zawsze zanurzone były w przewodniej narracji, a potencjalnie inspirujących myśli nigdy nie kontynuowano, jakby obawiając się politycznie niebezpiecznych rejonów. Główna teza była czytelna i z góry podporządkowana politycznej linii reprezentowanej przez Pawła Kowala, streszczającej się w słynnej deklaracji ministra Łukasza Jasiny, iż my Polacy jesteśmy „sługami Ukrainy”. W tym wypadku chodziło o służbę intelektualną i zaakceptowanie ukraińskiej wizji historii, w której kochające się z drobnymi nieporozumieniami Polska z Ukrainą pomimo moskiewskich prób poróżnienia nas, zawsze jednoczyły się w walce z „trzecią siłą” lub „odwiecznym wrogiem” i dlatego w tej chwili po raz kolejny powinny się mobilizować do zapisania następnego rozdziału w „niedokończonym dziele roku 1920”.
Przekładając na historię oznaczało to, iż historycy i zaproszeni goście wzięli na siebie karkołomne zadanie udowodnienia poprzez całość chronologicznie ułożonego programu kilku tez, które udowodnić można tylko pomijając niewygodne fakty, a przede wszystkim nie zadając zasadniczych pytań, które mogłyby w mgnieniu oka zburzyć całą mozolnie budowaną konstrukcję.
Teza pierwsza jaka wybrzmiała w Baranowie głosi, iż to współczesna Ukraina i tylko Ukraina jest spadkobierczynią Rusi Kijowskiej sprzed najazdu Mongołów, w odróżnieniu od Rosjan, którzy dostali się pod panowanie mongolskie i od tego czasu jak ujął to S. Szeremeta stali się „hordami ze wschodu”. Tak jakby Mongołowie oszczędzili Kijów i jakimś cudem nie odcisnęli na nim cywilizacyjnego piętna, a Rurykowicze od połowy XIII wieku przez cały czas rządzili nad Dnieprem, a nie w Moskwie. Profesor Hieronim Grala mówił w kontekście rzekomego historycznego braterstwa polsko – ukraińskiego o tym, iż kolejni polscy królowie po śmierci Kazimierza Wielkiego byli krewnymi Piastów poprzez Rurykowiczów, tak jakby w tym samym czasie ci ostatni przez cały czas nie zasiadali na tronie tyle, iż w Moskwie, a nie w Kijowie, co więcej, jeden z nich był brany pod uwagę jako kandydat na króla Polski w 1587 r. Nie było więc na Kongresie mowy o ugodzie perejesławskiej i dobrowolnym przejściu Ukraińców na stronę Moskwy. Mieliśmy potem ponad 300 lat wspólnego życia większości Ukrainy i Ukraińców z Rosjanami pod berłem rosyjskich carów, wyznających tę samą religię i mówiących tym samym językiem, by na koniec w ramach ZSRR otrzymać ogromne terytorium, przemysł i choćby namiastkę niezależności na arenie międzynarodowej. A przecież tę wschodniość, której Ukraińcy się tak wypierają widać i słychać w ich zachowaniu na polskich ulicach, widać w policyjnych statystykach, w oligarchizacji życia polityczno – gospodarczego na Ukrainie, czy choćby we współczesnych rankingach dotyczących korupcji czy liczby zabójstw. Ale jak stwierdził Prof. Hryciuk zastanawianie się nad tym i nie daj Boże wyciąganie wniosków byłoby „nienaukowe”.
Druga teza dotyczy wspólnoty jaka ponoć łączy od zawsze narody polski i ukraiński. W tym celu trzeba użyć całego arsenału środków mających przykryć fakt, iż jeden z tych narodów dokonał ludobójstwa na drugim, a przede wszystkim, iż w tej chwili czci zbrodniarzy, którzy za to odpowiadają. Trochę tak jakby Ormianie głosili odwieczną przyjaźń z Turkami. Aby podkreślić jedność naszych narodów w okresie Rzeczpospolitej obojga narodów, profesor Natalija Starczenko zaproponowała choćby popularyzację takiego językowego dziwoląga, jak przymiotnik „rzeczpospolitański”. I znów; słusznie przywoływano przypadki licznych małżeństw mieszanych Piastów z Rurykowiczami, tyle tylko, iż to w co najmniej równej mierze argument na historyczną wspólnotę Polaków z Rosjanami. Mówiono wiele o rodach i rodzinach, o wojewodzie Kisielu i powiedzeniu gente Ruthenus natione Polonus, ale nie o całkowitej klęsce jego polityki, nie o tym, iż od czasu nieszczęsnej Unii Lubelskiej Ruś była krwawiącą raną na polskim ciele. Okrutne bunty, masakry jeńców wojennych jak sarmacki Katyń pod Batohem, prowokowanie wojen z Turcją i awantury na wschodzie były początkiem upadku Polski, marnowaniem jej sił na zupełnie błędnych kierunkach w pogoni za nierealnymi do osiągnięcia celami. Ukoronowaniem tamtego okresu była rzeź humańska, której bestialstwo szokowało choćby początkowo podsycających konflikt Rosjan. Fałszem jest także powszechne nazywanie tej polityki jagiellońską. Jagiellonowie w okresie największej potęgi odzyskali dla Polski dostęp do Bałtyku i panowali w Czechach oraz na Węgrzech. W morzu proukraińskiej propagandy fakty te są w polskim dyskursie historyczno – politycznym całkowicie pomijane. Co ciekawe, taki północno – południowy kierunek polskiej polityki zalecał po 1989 r. nie kto inny jak Jerzy Giedroyć. I właśnie z „nienaukowego” cywilizacyjnego punktu widzenia byłaby to polityka ze wszech miar uzasadniona, ba, nawiązująca choćby do dziejów chrztu Polski i ślubu Mieszka z Dobrawą. I dlatego porzucając tragiczny i nieudany eksperyment „rzeczpospolitański” o takie, pomijające Ukrainę, a zbudowane na wspólnocie kulturowej północno – południowe Międzymorze warto zabiegać.
Trzecia teza mówi o odwiecznym rosyjskim wrogu, który jak sugeruje profesor Żurawski vel Grajewski zakopywał polskie i ukraińskie kości pod własnymi pomnikami. Nie jest jasne czy „odwieczność” dotyczy wspomnianych małżeństw Piastów z Rurykowiczami i brania pod uwagę kandydatury carewicza Fiodora jako kandydata na tron Polski. istotną rolę w micie „odwieczności” stanowi utożsamianie Lenina i bolszewickich ludobójców z rosyjskością, (na kongresie była mowa, iż Rafał Lemkin bardzo ubolewał, iż z uwagi na sojusz z ZSRR usunięto z definicji ludobójstwa jego klasowy wariant) tak jakby polscy historycy nie wiedzieli nic o nienawiści jaką Lenin żywił wobec Rosji i Rosjan, a która zaowocowała milionami ofiar, eksterminacją zeuropeizowanej elity oraz całej przepięknej w swej specyfice warstwy rosyjskiej inteligencji i ziemiaństwa, z męczeństwem carskiej rodziny na czele. Elit i warstw społecznych, z którymi polskie elity całkiem dobrze się porozumiewały.
Dobitną tego ilustracją są pamiętniki Polaków z końca XIX wieku z „Na skraju imperium” Mieczysława Jałowieckiego na czele, twórczość Józefa Mackiewicza i o zgrozo dla pożal się boże polskich giedroyciowców wręcz rusofilska działalność i fascynacje Jerzego Giedroycia. Oczywiście komunizm odcisnął swoje tragiczne piętno na Rosji, ale podobnych spustoszeń dokonał w cywilizacyjnych podstawach społeczeństwa polskiego. Jednak to Rosjanie doznali za jego sprawą największych katastrof i oni go w końcu przezwyciężyli. Mówiąc o wspólnocie losów i nie tylko wywózek, ale przede wszystkim masowych zbrodni zamiast łasić się do negujących zbrodnie na Polakach Ukraińców, Polacy mogli przyjąć ofertę jaką w latach 1990 składali Rosjanie z Aleksandrem Sołżenicynem na czele, by dokonać aktu pojednania właśnie w Katyniu, za którego odpowiedzialność na siebie wzięli, ale w którym znajdują się także groby tysięcy Rosjan zamordowanych przez ten sam reżim. Szeroko pisał o tym niezapomniany profesor Andrzej Walicki. Polskie post PRL – owskie elity zamiast opartego na prawdzie pojednania z Rosjanami wybrały jednak oparte na zasadniczym historycznym i emocjonalnym fałszu łaszenie się do Ukraińców, którzy swoich zbrodni się wypierają, a polskich ofiar nie pozwalają choćby pochować w obawie, iż zbyt duża liczba kobiet i dzieci może zaprzeczyć kłamstwom o wojnie jaką ponoć toczyły w siekiernikami. W starciu z Rosją wydają się też nie obowiązywać żadne kryteria wyznaczone przez polskie standardy cywilizacyjne, bo odrażającą ideologię D. Doncowa usprawiedliwiano na kongresie tym, iż była skierowana przeciw Rosji. Natomiast definicję ludobójstwa, według dr. Sławomira Dębskiego, należy maksymalnie rozszerzać po to, żeby można do niej włączyć działania Rosji. I jeszcze jedna myśl, która na kongresie padła i powinna dać do myślenia uczestnikom. Profesor Tomasz Kempa omawiając epokę nowożytną delikatnie tylko wspomniał, iż rozbiory nie były rozbiorami Polski, ale rozbiorami Rzeczpospolitej obojga czy trojga narodów. Przekładając na geografię oznaczało to, iż z grubsza dokonały się one już w XVIII wieku według kryteriów etnicznych i religijnych, które potem stały się narodowymi. Zwrócił na to uwagę profesor Lech Mażewski w rozmowie przeprowadzonej na kanale YT z Janem Engelgardem. Granice zaboru rosyjskiego w 1795 r. pokrywały się w przybliżeniu z późniejszą linią Curzona, z dzisiejszymi granicami Polski i z granicami Polski piastowskiej. To sam w sobie fascynujący temat na stałość geopolitycznych determinant. Wyparte z polskiej pamięci Królestwo Polskie Rosjanie na kongresie wiedeńskim wyszarpali Zachodowi na terenach dawnego zaboru pruskiego i austriackiego, bo rdzenną Polskę rozebrały Prusy z Austrią. Przypomina to nieco sytuację po 1945 r. tyle tylko, iż w 1815 r. otrzymaliśmy z nadania Aleksandra I jeden z najbardziej liberalnych ustrojów, owocujący okresem gospodarczego i cywilizacyjnego boomu. O tym jednak na kongresie polskich historyków nie mówiono, bo przecież „odwieczny wróg” nie mógł czegoś takiego uczynić.
Z tymi trzema nachalnie lansowanymi mitami łączy się także fenomen czegoś co nazwać można wielkim nieobecnym kongresu w Baranowie Sandomierskim. To Niemcy i Austria oraz ich rola w kształtowaniu relacji polsko – ukraińskich, ale także polsko – rosyjskich. Austria pojawiała jedynie epizodycznie. Najpierw wspomniany profesor Bohdan Hud sugerował zasadniczą różnicę pomiędzy Austrią i Rosją, bo Austria to królestwo, a Rosja to imperium, potem zwrócono uwagę, iż w XIX wieku istnienie odrębnego narodu rusińskiego wzmiankowały jedynie encyklopedie polskie i niemieckie, obowiązkowo czujny P. Żurawski vel Grajewski wspomniał o „legendzie intrygi austriackiej”. Specyficznym podsumowaniem była wspomniana propozycja dr. hab. Tomasza Stryjka by powstał wspólny polsko-ukraiński podręcznik do historii pod egidą niemieckiej fundacji. Milczenie o obecności Niemiec w kształtowaniu współczesnej polskiej polityki, polskiej przestrzeni medialnej i wielu innych dziedzin jak widać ma obejmować także historię. W tym konkretnym kontekście chodziło o niedopuszczenie do pojawienia się w polskich głowach świadomości, iż z Ukrainą dzieli nas nie tylko cywilizacja, historia, ale, iż mamy zupełnie innych „odwiecznych wrogów”, a niektórzy z autentycznie odwiecznych wrogów Polski byli i znowu są ukraińskimi sojusznikami.
Dlaczego polscy uczeni godzą się firmować własnymi tytułami i nazwiskami tego typu fałsze? Dlaczego zamiast wpisywania się w dociskaną politpoprawnym kolanem upokarzająco zakłamaną tezę unikają poznawczo fascynujących pytań? Dlaczego wręcz narzucają się ukraińskim uczonym ze wspólnymi zjazdami i stypendiami (profesor Grala w wywiadzie po kongresie zauważył, iż Ukraińcy nie byli przez lata poprzedzające 2022 r. zainteresowani takimi kontaktami). Odpowiedź wydaje się mieć szerszy niż jedynie oportunistyczno – życiowy aspekt. W jakiejś mierze koresponduje ona ze wspomnianą wypowiedzią profesora Ireneusza Kamińskiego o tym, iż w sytuacji realnej politycznej bezsilności, pozostaje nam w gruncie rzeczy jedynie upokarzająca walka o to, żeby ktoś nas chociaż przeprosił, czy dokonał takiej lub innej klasyfikacji barbarzyńskich zbrodni. Pozwoliłoby to nam zracjonalizować dysonanse poznawcze odczuwane w wieloletnich kolejkach do lekarza i katastrofę finansów publicznych, które rujnujemy wspomagając kraj stawiający pomniki ludobójcom naszych rodaków. Poniżającą relację rekompensujemy na płaszczyźnie psychologicznej wyzwiskami wobec Rosji, a na historycznej bajkami o odwiecznej polsko-ukraińskiej przyjaźni oraz wspólnym i odwiecznym wrogu, z którym Ukraina „walczy za nas”. Niedawno czytałem napisane z subtelnością wielkiej damy wspomnienia córki Jerzego Zdziechowskiego Marii Sapieżyny. Niezwykle oszczędna w ferowaniu ocen, po powrocie z ponad pół wiecznej emigracji na stałe do Polski pozwoliła sobie jednak na napisanie, iż ma wrażenie, iż Polska po raz pierwszy w dziejach utraciła swojego ducha. Nie wiem czy zdawała sobie sprawę z historycznie okrutnej ironii tego stwierdzenia.
Olaf Swolkień
Fot. z Kongresu w Baranowie (profil fb Centrum Mieroszewskiego)
Skrócona wersja tego tekstu ukazała się w wydaniu papierowym MP nr 21-22 (24-31.05.2026)







![Aktywiści humanitarni dręczeni w obliczu izraelskiego ministra – wśród nich obywatele Polski [+VIDEO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/05/Ben-Gwir-i-aktywisci-Globalnej-Flotylli-Sumud.jpg)


