Dzień Niepodległości jest najważniejszym świętem narodowym Stanów Zjednoczonych, upamiętniającym prawne oddzielenie trzynastu kolonii od Wielkiej Brytanii i uchwalenie Deklaracji Niepodległości w 1776 roku.
To oczywiście prawda i wielki powód do dumy, należy jednak pamiętać, iż poczynając od wielkich odkryć geograficznych ( XV – XVI w. ), obie Ameryki dziesiątki lat spływały krwią rodowitych mieszkańców w imię kolonialnych ( gospodarczych ) interesów przedstawicieli Europy.
Na razie tyle o naszym wielkim sojuszniku. Wrócimy do tematu w drugiej części tekstu, a teraz chcę podzielić się niezmiernie ważną, moim zdaniem, refleksją. Otóż coraz częściej dociera do mnie wstydliwy fakt, iż podobnie jak wielu moich znajomych zaczynam przyswajać bombardujące nas wiadomości w postaci podstawowej, czyli bez zagłębiania się w ukryte pod popiołem emocjonalnych doniesień, w miarę rzetelne komentarze, których pomijanie czyni z nas bezrefleksyjnych konsumentów prostych podniet – sensacji i plotek.
W dzisiejszym świecie liczą się przede wszystkim emocje, bardzo często manipulowane i preparowane dla korzyści tej, czy innej opcji, zabiegającej o przyszłych wyborców.
Niezmiernie ważnym elementem tego procesu jest wzbudzanie ideologicznego zacietrzewienia metodami dopuszczającymi bezkarne formatowanie pseudo patriotycznych postaw kłamstwem i manipulacją „faktami”.
Niemcy, według zacietrzewionych, mimo iż są solidnym sojusznikiem, znajdują się na pierwszym miejscu listy najpoważniejszych zagrożeń dla naszej suwerenności politycznej i gospodarczej. Natomiast Rosja chroni się w przychylnym cieniu zacietrzewionych nie widzących nic zdrożnego w wojnie z Ukrainą, tym bardziej że, jak twierdzą, ona sama, do spółki z NATO, sprowokowała interwencję Rosji.
Równie poważne zagrożenie jak Niemcy, stwarza Unia Europejska. Sen z powiek zacietrzewieńców spędza wizja ubezwłasnowolnienia i wzięcia pod unijny but, czyli, ma się rozumieć, niemiecki, naszej ukochanej Ojczyzny.
Społeczeństwo polskie jest w dużej części prawicowolubne, dlatego nie dziwi duże poparcie dla partii z tamtej strony. PiS z Konfederacją i Konfederacją Korony Polskiej zgarniają w sondażach prawie 40% poparcia.
Ponieważ gwarantowane przez demokratyczne państwo przywileje i obywatelskie wolności, z prawem wyborczym na czele, nie są zagrożone odpowiedzialnością za podejmowane decyzje, przez to spora część naszego społeczeństwa choćby nie próbuje głębiej zainteresować się prawicowo narodowym żywiołem, ich historycznymi konotacjami, nie wspominając o przełożeniu zdobytej wiedzy i płynących z niej wniosków na czasy współczesne.
Konfederacja Korony Polskiej jest najbardziej wstydliwym dowodem na to, iż znaczna część polaków nie lubi i nie chce myśleć, przedkładając nad wysiłek umysłowy presję rozmaitych frustracji. Ważna jest adrenalina w leczeniu deficytów emocjonalnych i niedoróbek osobowości. Najprościej jest dokopać komuś, kto jest odmienny, przez co mocno podejrzany i prawdopodobnie wywodzi się z nurtu winnych, czyli: komuchów, euroentuzjastów, feministek, zwolenników homoseksualizmu, filosemitów i Semitów w pełni oryginalnych, a także zwolenników OZE, obrońców lasów i wielu innych, mających przyjazny stosunek do świata i ludzi.
KKP chciałaby sprywatyzować służbę zdrowia, gospodarkę oprzeć na wolnym rynku i liberalizmie, a ustrój państwa na narodowym katolicyzmie. Aha, no i jeszcze słychać przebąkiwania płynące z tamtej strony o czterodniowym tygodniu pracy. Już widzę tę krainę szczęśliwych ludzi odrabiających pańszczyznę w wolne dni. Paranoja!
Wychodzi na to, iż biedni zacietrzewieńcy nie znają świadectw nestorów rodzin pamiętających okres międzywojnia i czasów jeszcze wcześniejszych. Idę o zakład, iż młodzież wyrastająca na pełnoprawnych obywateli naszego kraju, miała w nosie nudziarstwo dziadków, pradziadków i praprababek, wspominających czasy, którym coraz bliżej do powrotu w programowych rojeniach przedstawicieli prawicy. Wyobraźmy sobie, iż ultra prawica dochodzi do władzy i realizuje swój program. Dlatego dziwi taki stan rzeczy, ponieważ bieda minionych pokoleń, mieszkańców wsi i robotniczych dzielnic miast, jest zapisana w dziejach lwiej części polskich rodzin. Wystarczyłoby przyłożyć się do szkolnych lektur: Stefana Żeromskiego, Stanisława Reymonta lub Bolesława Prusa, żeby dowiedzieć się jaki smak miały niegdysiejsze „przyjemności” społeczeństwa pozbawionego opieki PAŃSTWA! Zdumiewa mnie zachowanie dużej części naszego społeczeństwa popierającego programy przyzwalające na powrót ciemnoty, biedy i absolutnego uzależnienia od władzy świeckiej i kościelnej. Przepraszam, za to co teraz powiem, ale ciemnota odziana w markowe ciuchy, jeżdżąca dobrymi samochodami i kilka razy w tygodniu jedząca owoce morza z Biedronki, w pełni zasługuje na ową ciemnotę, ponieważ z długiej listy darów współczesnego, demokratycznego państwa, wybiera to, co tandetne i nie wymaga angażowania intelektu w jego najskromniejszej choćby postaci.
A teraz powrócę do początku mojego tekstu, bowiem istnieje coś, co z różnych powodów łączy prawie wszystkich Polaków bez względu na sympatie polityczne – sen o Stanach Zjednoczonych Ameryki.
Podobnie jak w życiu prywatnym, miłość w wymiarze internacjonalnym również potrafi odbierać rozum.
Od dawien dawna uważamy się za nację kochającą wolność, sprzeciwiającą się zniewalaniu narodów. Ale w rzeczywistości nasze pryncypia moralne stosujemy wybiórczo, i na dodatek dosyć gwałtownie wypala się w nas współczucie i wola niesienia pomocy. No, chyba iż to my jesteśmy ofiarami historycznych zbrodni, wtedy nasze krzywdy się nie przedawniają.
Jeszcze gorzej jest z niesprawiedliwością i łajdactwami minionych epok, ponieważ wiedza na ten temat jest znikoma albo żadna. Podobnie jest z historią Stanów Zjednoczonych, naszego największego, w naszym mniemaniu, sojusznika. Nie jestem w stanie na kilku zaledwie stronach ująć w sposób wyczerpujący problem dobra i zła, wplątanych w dzieje rodzącego się mocarstwa. Mogę jednak stanowczo stwierdzić, iż dobro było udziałem głównie kolonistów, a zło miejscowej ludności. Mimo iż nie ma w źródłach historycznych śladów „polskiego zła”, a są dowody potwierdzające wkład polskich emigrantów przybyłych do Ameryki w 1608 roku ( dmuchacze szkła, smolarze, mydlarze i drwale ) w rozwój rzemiosła, nie da się pominąć milionów ofiar ludności autochtonicznej eksterminowanej przez innych europejskich kolonistów. Taka była cena cywilizacyjnego awansu dzikusów i bezbożników! Niesienie tamtejszej ludności kaganka europejskich wartości kosztowało w obu Amerykach życie kilkudziesięciu milionów istnień w ciągu zaledwie jednego stulecia!
Na liście cywilizacyjnych podarunków dla zacofanych autochtonów należy wymienić: alkohol, broń palną i dziesiątkujące ludność nieznane im choroby: odrę i tyfus. Wszystkie te „cudeńka” razem wzięte zaowocowały wyludnianiem się Nowego Świata, brakiem rąk do pracy, w związku z czym zaradni kolonizatorzy wymyślili niewolnictwo. Sprowadzali tysiącami z wcześniej odkrytej Afryki czarnoskórą ludność. Potomkowie niewolników, ofiar rozbójniczej polityki europejskich kolonizatorów, stanowią w dzisiejszych Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej poważny problem i wzbudzają niechęć wielkiego Donalda Trumpa i jego zwolenników, nie przejmujących się odpowiedzialnością ani nie dostrzegających w tym konsekwencji działań krwiożerczych protoplastów.
Problem w tym, iż owi protoplaści, to czystej krwi Europejczycy, którym z wielkimi oporami idzie dzisiaj dyplomatyczno gospodarcza gra w „czarnego luda”, którego sami stworzyli.
„Make America Great Again” , hasło wyborcze Trumpa jest dla mnie sygnałem, iż prezydent i część amerykańskiego społeczeństwa nie zna, albo nie chce znać, wstydliwych kart historii ojczyzny i z dziką euforią kolonizowali by nowe tereny, ku chwale wielkiej Ameryki: Kanadę, państwa ameryki południowej, Grenlandię, a jeszcze dla światowego pokoju i oczekującej prezydenta pokojowej nagrody Nobla, rozebrali by do spółki z równie wielkim jak Trump, Putinem, nie znającą uczucia wdzięczności, Ukrainę.
We wtorkowym orędziu Trumpa o stanie państwa można było usłyszeć: Ameryka kwitnie jak nigdy do tej pory, wygrywamy tak wiele, iż nie wiemy co z tym zrobić ( nie powiedział z czym ). Dokonaliśmy transformacji jakiej nikt wcześniej nie widział. Jesteśmy pionierami przełomu Ameryki, który odmieni cały świat. ( w jego wykonaniu? Nie daj Boże! ) Wielki Trump ogłosił fentanyl bronią masowego rażenia, natomiast zapomniał ogłosić kto jest większym złem – Putin czy Zełeński. A w ogóle zakończył więcej wojen niż wybuchło, i gdyby wcześniej objął patronat nad światem, wojen by nie było.
W trakcie pisania tego tekstu natknąłem się na ślady insynuujące, iż praprzodkiem Donalda Trumpa mógł być baron Münchhausen, który potrafił uratować się z bagna, ciągnąć za własne włosy. Myślę iż i w naszym, krajowym pejzażu politycznym można by odnaleźć wielu potomków „barona łgarza”, jak go nazywano, i pewnie dlatego tak blisko nam do Wielkiego Brata.
Na koniec o dobrym samopoczuciu Europejczyków ( oczywiście nie mam zamiaru generalizować ), czyli naszym także. W wielu tekstach traktujących o czasach podboju i kolonizacji obu Ameryk, można znaleźć tak złote myśli, ze trudno sobie poradzić z ich oślepiającym blaskiem.
Z niektórych opracowań można się dowiedzieć, iż dla Europejczyków następstwem podbojów było poszerzenie horyzontów myślowych, a odkrycia i kolonializm wpłynęły na kulturę, sztukę i zmieniły przyzwyczajenia kulinarne. Potęga! Rzecz nie do przecenienia. Tylko nie bardo wiem, jak przełknąć tę dramatyczną cenę za zmiany, jakie się w nas dokonały.
Na koniec dodam jeszcze, iż historia Stanów Zjednoczonych jest taka jak historie wielu państw, ma swoje ciemne i jasne strony, dała światu nie tylko wielkich ludzi, ale także politycznych i gospodarczych łotrzyków. Wczoraj był Georg Washington, ojciec założyciel narodu amerykańskiego, dzisiaj jest Donald Trump, bardziej handlarz i deweloper, niż polityk, a kto będzie jutro? Wszystko w swoim czasie.
Radek Sikorski powiedział niedawno w Sejmie: byliśmy i będziemy lojalnym sojusznikiem Ameryki, ale nie możemy być FRAJERAMI !

1 miesiąc temu