Europa ma być bardziej żydowska – twierdzi aktywista WJC

5 godzin temu

Coraz częściej można odnieść wrażenie, iż część żydowskich elit kompletnie utraciła kontakt z rzeczywistością. Pod płaszczykiem walki z dyskryminacją próbuje się narzucać społeczeństwom gojów własne ideologiczne zachcianki, domagając się specjalnego traktowania i moralnego immunitetu dla Żydów od wszelkiej krytyki. Każdy sprzeciw wobec wpływów politycznych środowisk talmudycznych natychmiast bywa przedstawiany jako przejaw nienawiści, co prowadzi do absurdalnej sytuacji, w której normalna debata publiczna staje się praktycznie niemożliwa.

„Europa musi stać się bardziej żydowska” – ogłosił z pełną powagą prezes koncernu Axel Springer, Mathias Döpfner, podczas wystąpienia na forum Światowego Kongresu Żydów (WJC). Według niego europejskie państwa powinny wręcz wprowadzić preferencyjne warunki dla migracji Żydów, bo byłaby to „inwestycja” w „kreatywność”, „stabilność społeczną” i „wartości” gojowskich krajów.

Brzmi to jak kolejny manifest o tolerancji, różnorodności i otwartości. Problem pojawia się jednak wtedy, gdy za hasłami o równości zaczynają kryć się postulaty przywilejów dla konkretnej grupy etniczno-religijnej, a razem z nimi cenzura krytyki i sprzeciwu. Środowiska żydowskie – szczególnie te działające na Zachodzie – od setek lat popełniają ten sam błąd: próbują narzucać społeczeństwom narrację, w której każda krytyka ich wpływów, działań politycznych czy lobbingu automatycznie zostaje wrzucona do worka z napisem „antysemityzm”. Potem dziwią się, iż dochodzi do autentycznych, spontanicznych wybuchów złości wobec nich.

Efekt na dziś? Coraz więcej ludzi zaczyna reagować alergicznie na wszystkich Żydów, bezczelność ich elit i organizacji, które próbują moralnie szantażować całe społeczeństwa. Gdy przeciętny Europejczyk słyszy, iż jego kraj ma być „bardziej żydowski”, iż powinien zaakceptować specjalne przywileje migracyjne dla jednej grupy, a jednocześnie każda próba dyskusji kończy się oskarżeniem o nienawiść — trudno się dziwić, iż rodzi się frustracja, a choćby chęć odwetu.

W ten sposób dochodzimy do swoistego paradoksu: im agresywniej talmudyczne środowiska walczą z „antysemityzmem”, tym bardziej same przyczyniają się do wzrostu wobec siebie niechęci społecznej. Zwykli ludzie nie lubią być pouczani przez uprzywilejowane elity medialne, finansowe czy polityczne, które jednocześnie przedstawiają się jako wieczne ofiary, a już szczególnie wtedy, gdy robią to z pozycji moralnej wyższości.

Zaciekły syjonista Mathias Döpfner nie jest tu postacią przypadkową. Od lat deklaruje się jako „syjonista niebędący Żydem” i konsekwentnie wspiera proizraelską linię medialną. W swoim przemówieniu mówił również o „zerowej tolerancji” wobec „antysemityzmu”, krytykował środowiska akademickie i media, a choćby stwierdził, iż „antysyjonizm jest rasizmem”. Innymi słowy: krytyka państwa Izrael lub ideologii syjonistycznej ma być traktowana jak moralne wykroczenie. To bardzo wygodna konstrukcja — szczególnie dla tych, którzy chcą zamknąć debatę jeszcze zanim się zacznie.

Co więcej, tego typu hasła idealnie nakładają się na postulaty wysunięte przez Żydów jeszcze w 2018 roku podczas zjazdu ich europejskiego kongresu w Wiedniu. O tej sprawie można przeczytać tutaj.

Najbardziej ironiczne jest to, iż te same środowiska, które nieustannie apelują o „walkę z uprzedzeniami”, same coraz częściej zachowują się w sposób budzący społeczną irytację. Trudno przecież oczekiwać entuzjazmu wobec sytuacji, w której jedna grupa publicznie domaga się specjalnego traktowania, większych wpływów i dodatkowych gwarancji politycznych, jednocześnie przedstawiając się jako najbardziej zagrożona mniejszość świata.

Można wręcz odnieść wrażenie, iż część żydowskich elit kompletnie straciła kontakt z rzeczywistością, lub obrosła w piórka tak bardzo, iż czując zupełną bezkarność, zaczęła zrzucać maski z twarzy. Europa walczy dziś z kryzysem migracyjnym, problemami gospodarczymi, napięciami społecznymi i rosnącym poczuciem utraty tożsamości narodowej. Na taki grunt społeczny wkracza syjonistyczny miliarder i oznajmia Europejczykom, iż rozwiązaniem jest więcej syjonizmu i „bardziej żydowska Europa”. Cóż, prawdopodobnie przeciętny mieszkaniec Berlina, Paryża czy Brukseli właśnie na to czekał z niecierpliwością.

NASZ KOMENTARZ: Gdyby jakakolwiek inna grupa etniczna zaczęła publicznie głosić podobne postulaty o „większej obecności” własnej kultury i specjalnych preferencjach migracyjnych, media natychmiast podniosłyby alarm o nacjonalizmie i faszyzmie. Jednak w tym przypadku mamy słyszeć o „postępie”, „pluralizmie” i „wartościach demokratycznych”, bo chodzi o jedynie słusznych Żydów.

Na koniec ci sami ludzie ze zdziwieniem zaobserwują wzrost społecznych napięć i zapytają: „Skąd bierze się antysemityzm?”. Odpowiedź bywa brutalnie prosta — jego generatorem jest żydowska buta i hucpa, podwójne standardy i nachalne forsowaniem własnych interesów pod płaszczykiem walki o tolerancję.

Polecamy również: Apel do naszych czytelników

Idź do oryginalnego materiału