Temat ukraińskich dezerterów i pseudouchodźców wojennych, przebywających w Unii Europejskiej, wraca z coraz większą siłą. Jeszcze niedawno unijne elity zapewniały, iż wszyscy uciekający przed wojną otrzymają pełne wsparcie, bezpieczeństwo i ochronę „tak długo, jak będzie trzeba”. Dziś coraz częściej pojawia się pytanie, czy owa solidarność przypadkiem nie trwa zbyt długo — szczególnie wobec setek tysięcy mężczyzn w wieku poborowym, którzy zdążyli już rozgościć się w europejskiej rzeczywistości, podczas gdy Zełenskiemu coraz bardziej doskwiera brak mięsa armatniego.
Europa chce odesłać Ukraińców na front. Władze w Kijowie oficjalnie podkreślają, iż kończą im się zasoby ludzkie, które mogą zostać skierowane na front, a same nie mogą żądać deportacji swoich obywateli z państw UE. Ekipa Zełenskiego zaznacza, iż decyzje w tej sprawie należą wyłącznie do europejskich rządów. To dość wygodna konstrukcja polityczna — Ukraina może sygnalizować potrzebę powrotu mężczyzn do kraju, a jednocześnie unikać bezpośredniego oskarżenia o organizowanie przymusowych wywózek.
Czy w europejskich miastach możliwe będą sceny rodem z filmów wojennych, gdzie policja wyciąga ludzi z mieszkań i odstawia autobusami na granicę? Media opisują raczej znacznie bardziej „cywilizowaną” metodę nacisku. Chodzi o stopniowe odbieranie podstaw prawnych do pobytu, ograniczanie świadczeń, problemy z dokumentami czy utrudnianie dostępu do usług konsularnych bez aktualizacji danych wojskowych. Innymi słowy — nikt nikogo formalnie nie zmusza, ale życie może stać się na tyle skomplikowane, by „dobrowolny” powrót zaczął wyglądać rozsądniej niż dalszy pobyt na terenie UE.
Istotnie, coraz częściej pojawiają się pytania, dlaczego młodzi mężczyźni z Ukrainy, którzy są objęci mobilizacją, od lat spokojnie mieszkają w Berlinie, Warszawie czy Pradze, podczas gdy ich rówieśnicy giną na froncie pod Pokrowskiem czy Charkowem. Temat jest politycznie niewygodny, ale trudny do dalszego ignorowania. Szczególnie iż wojna trwa już czwarty rok, a europejskie społeczeństwa zaczynają coraz mocniej odczuwać koszty utrzymywania milionów uchodźców.
W Niemczech trwa debata o przyszłości ochrony czasowej dla części Ukraińców. W Polsce eksperci analizują możliwości prawne dotyczące współpracy z Ukrainą w sprawach osób uchylających się od mobilizacji. Problem polega jednak na tym, iż europejskie prawo nie zostało stworzone z myślą o sytuacji, w której państwo sojusznicze potrzebuje ludzi do armii, a jednocześnie ci sami ludzie korzystają z ochrony socjalnej w krajach UE.
Cała sytuacja zaczyna więc przypominać polityczny teatr pełen ostrożnych półsłówek. Oficjalnie nikt nie planuje „deportacji”. Nieoficjalnie coraz więcej państw zastanawia się, jak ograniczyć komfort życia tym, którzy skutecznie uniknęli mobilizacji. Oficjalnie wszyscy przez cały czas mówią o europejskich wartościach i humanitaryzmie. Równolegle jednak trwa dyskusja, jak przekonać dziesiątki tysięcy mężczyzn, iż jednak dobrze byłoby wrócić do kraju ogarniętego wojną.
Największy problem polega na tym, iż unijni politycy sami wpadli we własną narrację propagandową. Przez lata przekonywano obywateli, iż wsparcie dla Ukrainy jest ich moralnym obowiązkiem i to bez żadnych warunków wstępnych. Teraz, gdy okazało się, iż wojna nie skończy się po kilku miesiącach, społeczne zmęczenie zaczyna rosnąć, a pytania o mobilizację padają już coraz częściej i głośniej. Nagle temat „deportacji”, który jeszcze rok temu uznano by za prorosyjską propagandę i „onucyzm”, staje się przedmiotem całkiem poważnych analiz w europejskich stolicach.
To dobrze, iż nadchodzi otrzeźwienie. Źle, iż dochodzi do tego tak późno.
Polecamy również: Gender uderza w dziewczęta. Matka pozywa szkołę

2 godzin temu









![Czerpali zyski z prostytucji. CBŚP zatrzymało Ukraińców i Polaków [+VIDEO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/05/3-476077.jpg)

