Emerytalna bomba tyka. Współtwórca systemu ujawnia, do ilu lat będą pracować dzisiejsi 40-latkowie

1 godzina temu
Choć przedstawiciele administracji rządowej kategorycznie odżegnują się od planów ustawowego podnoszenia wieku emerytalnego, demografia i ekonomia wysyłają jasne sygnały. Specjaliści nie mają złudzeń: obecne pokolenie trzydziesto- i czterolatków będzie zmuszone pozostać na rynku pracy znacznie dłużej, niż przewidują obecne limity.
Fot. Shutterstock

Minimalny próg to nie przymus zakończenia pracy

Dyskusja wokół polskiego systemu zabezpieczeń społecznych rozgorzała na nowo po deklaracji ministry funduszy i polityki regionalnej, Katarzyny Pełczyńskiej-Nałęcz, która opowiedziała się za ujednoliceniem wieku emerytalnego dla obu płci. Na łamach „Rzeczpospolitej” głos w tej sprawie zabrał prof. Marek Góra, wykładowca Szkoły Głównej Handlowej (SGH) i jeden z głównych architektów obowiązującego w Polsce systemu emerytalnego.

Ekonomista zwraca uwagę na najważniejsze nieporozumienie semantyczne, jakim posługuje się opinia publiczna. W polskim prawie pojęcie „wieku emerytalnego” zostało de facto zastąpione **minimalnym wiekiem emerytalnym**. W praktyce oznacza to wyłącznie najwcześniejszy możliwy moment, w którym obywatel zyskuje prawo (ale absolutnie nie obowiązek) do rozpoczęcia wypłat zgromadzonych w ZUS kapitałów. Unikanie tego tematu przez polityków nie zmieni faktu, iż realny moment zakończenia aktywności zawodowej dla osób w wieku 40-50 lat przesunie się drastycznie w górę.

Brutalna prawda: Wizja pracy do 75. roku życia

Profesor Góra od dłuższego czasu stara się uświadomić Polakom nieuchronność zmian systemowych. Już w ubiegłym roku wskazywał, iż utrzymywanie kryteriów rodem z XIX wieku w obliczu wydłużającego się życia jest ekonomiczną mrzonką.

„Ludzie, jeżeli wy myślicie, iż przejdziecie na emeryturę w wieku emerytalnym, jaki jest dzisiaj, to jesteście naiwni. On zostanie podwyższony. (…) jeżeli ktoś ma lat 30 czy 40, będzie pracować do 75 lat i od tego nie ma ucieczki, bo inaczej nie pospinamy tych dwóch elementów, jakim są wpływy do systemu emerytalnego i wydatki systemu” – ostrzegał ekspert.

Polityczny „gorący kartofel”

Kwestia ta wywołuje potężne tarcie wewnątrz koalicji rządzącej. Pod koniec kwietnia 2026 roku ministra Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz opublikowała na platformie X wpis, w którym nazwała zrównanie wieku emerytalnego „standardem cywilizacyjnym”, przypominając, iż Polska jest ostatnim bastionem w Unii Europejskiej utrzymującym tak drastyczne zróżnicowanie ze względu na płeć (60 lat dla kobiet i 65 lat dla mężczyzn).

Zapał ten natychmiast ostudziła ministra ds. równości, Katarzyna Kotula. Reprezentantka Lewicy ujawniła, iż szef rządu nie wyrazi zgody na jakiekolwiek modyfikacje progów wieku, ponieważ w przeszłości osobiście „sparzył się” na tej reformie, co poskutkowało utratą władzy przez jego ówczesną formację.

Rozbieżności wokół reformy emerytalnej w Polsce

Społeczeństwo oraz środowisko ekonomiczne prezentują skrajnie odmienne wizje radzenia sobie z kryzysem demograficznym, co obrazują wyniki badań opinii publicznej oraz ankiet eksperckich:

Grupa badana / Źródło Stanowisko i preferowane rozwiązanie
Sondaż IBRiS dla „Rzeczpospolitej” 53,8% respondentów popiera zrównanie wieku emerytalnego, jednak dominujący odsetek domaga się zrównania „w dół” – czyli ustanowienia granicy 60 lat dla wszystkich.
Ankieta portalu money.pl (wśród 57 ekonomistów) 86% ekspertów opowiada się za bezwzględnym zrównaniem wieku emerytalnego kobiet i mężczyzn na poziomie 65 lat.

Niższy próg krzywdzi kobiety

Współtwórca systemu emerytalnego apeluje o zmianę języka debaty – zamiast straszyć „podnoszeniem wieku”, należy rozmawiać o ujednolicaniu zasad korzystania ze składek. Prof. Góra dowodzi, iż obecne, pozornie opiekuńcze traktowanie kobiet (niższy próg o 5 lat) w rzeczywistości głęboko je dyskryminuje finansowo.

Biologiczne obciążenia (rodzenie dzieci) oraz luki płacowe na rynku pracy są w ten sposób potęgowane przez system emerytalny – krótszy okres odkładania składek bezpośrednio przekłada się na drastycznie niższe świadczenia na starość i ryzyko ubóstwa. Ekonomista argumentuje logicznie: gdyby wczesny odpoczynek był realną wartością dotowaną przez państwo, związki zawodowe walczyłyby o próg 50 lat dla wszystkich. Finansowanie konsumpcji po zakończeniu pracy i tak ostatecznie spoczywa jednak na samym podatniku.

Przeciwnicy natychmiastowych zmian strukturalnych podnoszą z kolei argumenty socjologiczne. Wskazują, iż starsze kobiety po zakończeniu kariery zawodowej bardzo często przejmują w polskich rodzinach najważniejsze funkcje opiekuńcze (nad wnukami lub schorowanymi członkami rodziny). Zatrzymanie ich w zakładach pracy zmusiłoby państwo do stworzenia nowych, kosztownych systemów wsparcia instytucjonalnego.

Źródło analizy: Debata ekonomiczna na łamach „Rzeczpospolitej” / Badania IBRiS i money.pl
Idź do oryginalnego materiału