Ekstremista w domu kultury. Gdzie jest granica wolności słowa

3 godzin temu

Robert Bąkiewicz – który niedawno miał spotkanie w domu kultury w Prudniku – w przeszłości należał do Obozu Narodowo-Radykalnego oraz pełnił funkcję prezesa Stowarzyszenia Marsz Niepodległości, organizującego coroczne pochody w Warszawie 11 listopada.

Prezentuje skrajnie prawicowe poglądy, a gdy w ubiegłym roku opozycja podsycała antyimigrancką narrację, stanął na czele nieformalnego Ruchu Obrony Granic. Jego członkowie pojawiali się na granicy polsko-niemieckiej. „Bronił” m.in. mostu w Słubicach, choć nikt nie próbował go forsować.

Robert Bąkiewicz w domu kultury w Prudniku. „Jawna obraza i pogarda dla pamięci”

Nic dziwnego, iż informacja o spotkaniu z Robertem Bąkiewiczem, zaplanowanym na czwartek 19 lutego w Prudnickim Ośrodku Kultury, wzbudziła wzburzenie. Chodziło nie tylko o osobę gościa, ale także miejsce, w którym miał wystąpić. Siedziba POK mieści się bowiem w dawnej willi rodziny Fränklów, jednym z symboli miasta, które swój przemysłowy rozkwit zawdzięczało m.in. tym żydowskim fabrykantom.

„Obecność tego typu ludzi w Willi Frankla to jawna obraza i pogarda dla pamięci tej zasłużonej dla Prudnika rodziny” – napisał na swoim profilu w mediach społecznościowych radny Krzysztof Fejdych.

Radny przypomniał, iż Robert Bąkiewicz to postać wyjątkowo kontrowersyjna. Lider ROG ma prokuratorskie zarzuty przedstawione na początku lutego: dotyczą one publicznego podżegania do zabójstwa premiera Donalda Tuska, publicznego poniżania organu konstytucyjnego oraz nawoływania do nienawiści na tle narodowym, etnicznym i rasowym. Bąkiewicz jest również prawomocnie skazany za naruszenie nietykalności cielesnej kobiety.

„A jego działania i retoryka wokół służb na granicy były publicznie określane jako plucie na mundur” – dodał Fejdych.

Dyrektorka POK: To wynajem komercyjny

Dyrektorka POK, dr Sylwia Gawłowska-Müller, podkreślała, iż ośrodek nie jest organizatorem spotkania.

– Nie jest to również udostępnienie sali na cele społeczne, jak zdarza nam się robić. To wynajem komercyjny. Może z niego skorzystać każda fundacja lub stowarzyszenie – wyjaśniała.

Zaznaczyła, iż POK posiada regulamin i cennik najmu, stanowiący dodatkowe źródło dochodu. – W myśl regulaminu to organizator odpowiada za przebieg wydarzenia – dodała.

O wynajem sali zwróciła się Fundacja „Pod Wierzbami”. Dyrektorka poinformowała, iż w jej imieniu zrobił to Paweł Kryszczak. Szybkie sprawdzenie w internecie wykazało jednak, iż prezesem i jedynym członkiem zarządu fundacji jest sam Robert Bąkiewicz.

Czy POK nie weryfikuje, komu wynajmuje przestrzeń? – Jako instytucja nie mamy podstaw prawnych do oceniania charakteru spotkań – odpowiadała Gawłowska-Müller.

Robert Bąkiewicz w domu kultury w Prudniku. „Potrzeba dodatkowych regulacji”

Tłumaczenia te nie przekonały Krzysztofa Fejdycha.

– To oznacza, iż praktycznie każdy, niezależnie od propagowanych treści, może wynająć salę w Prudnickim Ośrodku Kultury – mówił. – Poza regulaminem powinno istnieć także sito związane z treściami, jakie prezentować chce najemca. W tym przypadku mamy do czynienia z promowaniem poglądów skrajnych i niezgodnych z Konstytucją RP. Robert Bąkiewicz swoimi wypowiedziami i zachowaniami wielokrotnie był z nią w sprzeczności.

– Dopuszczenie do tego spotkania jest formą legitymizowania jego poglądów. A tym samym wyrażeniem na nie zgody. To bardzo szkodliwe – podkreślił.

Prudnicki społecznik Marcin M. Janik ustalił, iż Fundacja „Pod Wierzbami” zapłaciła za wynajem sali 480 zł. Zauważył, iż formalnie wszystko odbyło się zgodnie z regulaminem.

Czy regulamin powinien być jedyną granicą? Czy dom kultury ma być wyłącznie przestrzenią do wynajęcia, czy instytucją, która realnie chroni swoją misję? Czy reprezentacyjna sala powinna być dostępna dla wydarzeń, które w oczywisty sposób dzielą lokalną społeczność?” – pytał Janik.

„To już nie jest kwestia papierów. To rozmowa o standardach. Dlatego zgłaszam sprawę do Rady Miejskiej z prośbą o podjęcie dyskusji oraz rozważenie zmian w regulaminie POK, tak aby instytucja miała możliwość uzasadnionej odmowy organizacji wydarzeń godzących w jej misję i charakter” – dodał.

Robert Bąkiewicz w domu kultury. Emocje przed spotkaniem…

Zapowiedź wizyty Roberta Bąkiewicza wzbudziła silne emocje wśród internautów. Wiele osób nie przekonywało tłumaczenie, iż POK jedynie wynajmuje salę i nie ma związku z wydarzeniem.

„Fundacja założona przez Bąkiewicza, wstyd promować kryminalistę. Gdzie burmistrz? Pani dyrektor do zwolnienia” – pisała jedna z komentujących.

„Będzie opowiadał, jak bohatersko broni granic przed duchami? Albo jak siać nienawiść do ludzi, którzy wiedzą, co to za człowiek? Dno i kilometr mułu. W Prudniku ani pracy, ani rozrywki, ani – jak widać – kultury…” – dodała inna internautka.

Nie brakowało jednak głosów broniących spotkania.

„Dyskryminując tego człowieka, dyskryminujecie ludzi o innych poglądach, narzucając swoje racje, co nie ma nic wspólnego z demokracją. Ci, którzy chcą, pójdą i wysłuchają, a ci, którzy nie chcą, nie muszą” – argumentowała jedna z mieszkanek.

…i w dniu wydarzenia

Część osób liczyła, iż spotkanie zostanie odwołane pod presją protestów. Tak się jednak nie stało. Dlatego część mieszkańców postanowiła przyjść w okolice POK, by wyrazić swój sprzeciw.

Pojawili się także młodzi politycy KO z megafonami. Były transparenty i okrzyki: „Precz z faszyzmem!”, „Panie Bąkiewicz! Prudnik was tu nie chce!”, „Nie ma tolerancji dla braku tolerancji!”.

Spotkanie zabezpieczała policja. Część protestujących próbowała zablokować samochód, którym Robert Bąkiewicz przyjechał na spotkanie. Doszło do przepychanek między jego przeciwnikami a zwolennikami.

Ci drudzy podkreślali, iż próba zablokowania spotkania jest sprzeczna z zasadą wolności słowa. Sala POK była wypełniona osobami, które chciały wysłuchać lidera Ruchu Obrony Granic. Jeden z uczestników powiedział Radiu Opole, iż protestujący „to nie są prawdziwi Polacy”.

Patryk Jaki wyproszony z uniwersytetu

O ile wizyta skazanego Roberta Bąkiewicza w Prudniku ostatecznie doszła do skutku, o tyle we Wrocławiu – w bibliotece tamtejszego uniwersytetu – nie odbyło się spotkanie polityków PiS: Patryka Jakiego, Przemysława Czarnka i Tobiasza Bocheńskiego ze studentami.

Wydarzenie organizowane pod hasłem „Zmień nasze zdanie” miało być pierwszym z cyklu spotkań planowanych do maja w 13 największych miastach Polski. Politycy deklarowali, iż chcą w formule otwartej debaty rozmawiać o pozycji i przyszłości Polski w Unii Europejskiej.

Na Uniwersytet Wrocławski spadła fala krytyki. Prof. Przemysław Wiszewski, były rektor uczelni, ocenił, iż inicjatywa ta jest przejawem partyjnej propagandy wykorzystującej autorytet uniwersytetu. Z kolei prof. Arkadiusz Lewicki, prorektor ds. finansów i rozwoju UWr, w rozmowie z „Gazetą Wyborczą” poinformował, iż spotkanie polityków PiS w murach uczelni się nie odbędzie.

– To, iż ktoś wpisze coś na plakat, nie oznacza, iż to prawda – oświadczył.

Rzeczniczka uczelni, Katarzyna Górowicz-Maćkiewicz, przekazała, iż władze uniwersytetu nie zgodziły się na wynajem sali, ponieważ „spotkanie miałoby charakter jednostronnego manifestu politycznego”.

Patryk Jaki ripostował, iż Uniwersytet Wrocławski stosuje cenzurę. Ostatecznie pierwsze spotkanie z cyklu „Zmień nasze zdanie” odbyło się we wtorek przy uczelnianej bibliotece.

– Udowodnijmy, iż w Polsce nie ma miejsca na dyskryminację ze względu na poglądy. A wolność słowa ma znaczenie – apelował europoseł PiS przed wydarzeniem.

Formuła otwarta? Tylko z pozoru

Dr Błażej Choroś, politolog z Uniwersytetu Opolskiego, podkreśla, iż ma radykalne poglądy w kwestii wolności słowa.

– Uważam, iż dotyczy ona także poglądów budzących oburzenie oraz osób, z którymi fundamentalnie się nie zgadzamy – mówi.

Jak zaznacza, studenci politologii regularnie spotykają się z politykami na uczelni.

– Nie wyobrażam sobie studiowania nauk politycznych czy innych kierunków społecznych bez takich spotkań. Istotne jest jednak, aby miały one charakter akademicki i krytyczny – podkreśla.

Według niego, uniwersytet, jako miejsce debaty, może uwiarygadniać i nobilitować rozmówcę. Dlatego uczelnie nie powinny udostępniać sal bez analizy charakteru wydarzenia.

– Nie powinny być platformą dla jednostronnego, bezkrytycznego przekazu – argumentuje. – Spotkanie powinno być organizowane i prowadzone przez studentów lub akademików, z zachowaniem rygorów dyskusji akademickiej, pełną swobodą zadawania pytań i jasno określoną agendą. W przypadku studentów takie wydarzenia powinny być również omawiane na zajęciach.

Politolog przypomina, iż wzorem dla cyklu „Zmień nasze zdanie” mają być amerykańskie spotkania „Change My Mind”.

– Sama obietnica zawarta w nazwie jest nieprawdziwa – ocenia dr Choroś. – Żaden z polityków nie jest otwarty na zmianę zdania, a spotkanie nie ma charakteru rzetelnej debaty na argumenty. Formuła jest otwarta tylko pozornie. Organizatorzy mają mikrofony, moderują spotkanie, decydują, na co odpowiedzieć, a co pominąć. Celem nie jest dyskurs, ale raczej ośmieszanie osób o przeciwnych poglądach. Brakuje miejsca na wypowiedzi ekspertów i merytoryczną dyskusję. Polityk może zasypać rozmówcę dziesiątkami argumentów, które brzmią wiarygodnie, ale często są półprawdami lub manipulacjami. Zanim ktoś zdąży je zweryfikować, rozmowa przechodzi już do kolejnych tematów.

Uczelnia nie może legitymizować

Dr Choroś zauważa, iż stworzenie uniwersalnych zasad określających, kto może występować na uczelni, jest nie tylko trudne, ale i potencjalnie niebezpieczne. Ograniczanie wolności słowa powinno mieć miejsce jedynie w wyjątkowych sytuacjach.

– Każdy przypadek trzeba rozpatrywać indywidualnie. Granicą są np. osoby szerzące kłamstwo oświęcimskie czy godzące w podstawową rację stanu, jak rosyjscy propagandyści – wylicza.

Podkreśla, iż takie osoby mogą wykorzystywać samo wystąpienie na uczelni do uwiarygodnienia siebie i swojego przekazu. Przypomina też spotkanie sprzed kilkunastu lat, zorganizowane w klubie akademickim UO, którego gościem był Paul Cameron, pseudonaukowiec szerzący skrajnie nieprawdziwe teorie m.in. o osobach homoseksualnych.

– Byłem za dopuszczeniem go na uczelnię. Potem tego pożałowałem – przyznaje. – Spotkanie nie miało nic wspólnego z akademickością. Tezy Camerona były absurdalne, a prowadzący nie próbował z nim polemizować. Gdy zacząłem zadawać pytania, nie potrafił się do nich precyzyjnie odnieść. Publiczność była niezadowolona z obnażania miałkości jego argumentów. A przecież właśnie tak powinno to wyglądać.

Robert Bąkiewicz w domu kultury w Prudniku. Zawsze można powiedzieć „nie”

Prof. Adam Drosik, dyrektor Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Opolu, zauważa, iż decyzja o wynajęciu sali na spotkanie zależy od indywidualnej oceny kierującego placówką.

– Brane są pod uwagę m.in. możliwości finansowe instytucji – mówi.

Rosnące koszty działalności sprawiają, iż wiele instytucji kultury musi szukać dodatkowych źródeł dochodu. Zwłaszcza w mniejszych miejscowościach, gdzie presja lokalnych władz bywa szczególnie silna.

Dyrektor przyznaje, iż wynajęcie sali osobie budzącej emocje może wywołać skrajne reakcje społeczne.

– Dla jednych spotkanie będzie kontrowersyjne, dla innych nie. Jednak samo udostępnienie przestrzeni wpływa na postrzeganie instytucji. Jeszcze gorzej, gdy decyzje wyglądają na jednostronne – komentuje.

Podkreśla, iż nie ma żadnych przeciwwskazań, by odmówić wynajmu. choćby jeżeli wnioskujący spełnia wymogi formalne.

– To jak z drukowaniem ogłoszeń w gazecie – tłumaczy prof. Drosik. – Redakcja zawsze może odmówić publikacji. Tak samo dyrektor instytucji może nie zgodzić się na wynajęcie sali.

Z kolei kierownik jednej z bibliotek na zachodzie województwa opolskiego obawia się, iż presja finansowa może przeważyć nad troską o jakość debaty publicznej.

– jeżeli zgodzimy się na wynajem sali komuś takiemu jak europoseł Grzegorz Braun, to przyjedzie i będzie wygłaszał swoje antysemickie, antyunijne, antyukraińskie i antynaukowe banialuki – tłumaczy. – Przyjdą nie tylko przekonani, ale i ciekawscy. Wyjdą zaszczepieni szkodliwymi ideami. A biblioteka, zamiast być wszechnicą wiedzy i kultury, stanie się wszechnicą zabobonu.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału