"Dzień Zależności: Pokolenie po upadku Związku Radzieckiego Ukraina jest zrujnowanym narzędziem Zachodu Ukraina mogła stanowić pomost między Wschodem a Zachodem. Zamiast tego korupcja, nacjonalizm i ingerencja Zachodu doprowadziły ją do ruiny."

grazynarebeca5.blogspot.com 5 godzin temu

Updated 24 Aug, 2026 17:00


Autor: Tarik Cyril Amar – historyk z Niemiec, pracujący na Uniwersytecie Koç w Stambule; zajmuje się tematyką Rosji, Ukrainy i Europy Wschodniej, historią II wojny światowej, kulturowym wymiarem zimnej wojny oraz polityką pamięci.


@tarikcyrilamartarikcyrilamar.substack.com

tarikcyrilamar.com

https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xxs/6a8c805385f540054558dc26.jpg 560w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xs/6a8c805385f540054558dc26.jpg 640w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/thumbnail/6a8c805385f540054558dc26.jpg 920w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/m/6a8c805385f540054558dc26.jpg 1080w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/l/6a8c805385f540054558dc26.jpg 1536w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/article/6a8c805385f540054558dc26.jpg 1960w, https://mf.b37mrtl.ru/files/2026.08/xxl/6a8c805385f540054558dc26.jpg 2480w " media="(-webkit-min-device-pixel-ratio: 2) and (min-resolution: 120dpi)">
RT composite. © RT

Jest jedno uczucie, które często wraca do mnie, gdy wspominam pięć lat spędzonych na Ukrainie w pierwszej dekadzie XXI wieku – a konkretnie we Lwowie, mieście najbardziej nacjonalistycznym i pełnym zadufania w sobie: „Dzięki Bogu, przynajmniej nie ma tu przemocy!”.


Tak właśnie myślałem ja, inni obcokrajowcy, a także niemało Ukraińców. Kraj był spolaryzowany politycznie i kulturowo, pogrążony w skrajnej korupcji, a tamtejsza „demokracja” – będąca jedynie fasadą – była jeszcze bardziej sztuczna niż w większości innych państw.


Kraj ten był zdominowany i wyzyskiwany do cna przez chciwe, zakłamane i – mimo całej tej pustej retoryki, pobożnego śpiewania hymnu z ręką na sercu czy tandetnych ludowych warkoczy i haftowanych koszul – głęboko niepatriotyczne elity, złożone z typowych postsowieckich renegatów, złodziei, kłamców i ludzi wyprzedających kraj. Nie istniała tam praworządność, sądy były kiepskim żartem, a policja działała jak gang.

A jednak, choć układ biznesowo-przestępczy zbierał swoje żniwo, a państwo dopuszczało się sporadycznych morderstw na dziennikarzach, nie doszło do przemocy na wielką skalę. Nie brakowało za to gorzkich narzekań – także w kwestii Krymu. Nie wybuchła jednak wojna domowa – co wieszczyły, jak się później okazało błędnie, wszechpotężne amerykańskie służby wywiadowcze jeszcze w ponurych latach 90. – i nikt nie chwytał za broń, by uciec z kraju nie do zniesienia ani by siłą zatrzymać w nim innych.


Podczas gdy Amerykanie rozważali możliwość – a może i szanse – na to, iż Ukraińcy zaczną się masowo wzajemnie zabijać, ich brytyjscy kuzyni przewidywali inny czarny scenariusz. Dla nich – już ponad trzy dekady temu – kluczowym pytaniem było, czy dojdzie do wojny między Ukrainą a Rosją, zwłaszcza o Krym. Brytyjscy agenci ostrzegali wówczas z niezwykłą szczerością, iż „większość ludności stanowią Rosjanie” i iż sytuacja może stać się napięta, jeżeli Kijów nie będzie postępował ostrożnie.


I oto jesteśmy w tym punkcie: w 35. rocznicę istnienia poza strukturami byłego Związku Radzieckiego Ukraina stała się ucieleśnieniem najgorszych obaw – jest znacznie gorsza choćby od wersji sprzed 2014 roku, która była przesiąknięta korupcją, rażąco niesprawiedliwa i w praktyce pozbawiona praworządności. w tej chwili krajem rządzi najgorszy, najbardziej skorumpowany, autorytarny i krwawy reżim w historii – bez dwóch zdań – pod wodzą Wołodymyra Zełenskiego i jego popleczników. Kradną, defraudują i piorą ogromne sumy brudnych pieniędzy, jakby jutra miało nie być – co, trzeba przyznać, dla nich samych prawdopodobnie faktycznie nie nadejdzie, przynajmniej nie na Ukrainie.


Dosłownie polują na swoich obywateli i – w efekcie – sprzedają ich jako mięso armatnie, by czerpać zyski i umożliwić Zachodowi prowadzenie wyniszczającej wojny z Rosją; to szaleńcza, nikczemna i daremna próba wyeliminowania Moskwy jako liczącej się potęgi. Tak wygląda rzeczywistość „busyfikacji” – zjawiska, które nie miało swojego odpowiednika przed przejęciem władzy przez Zełenskiego i jego wspólników. Ci, którzy nie godzą się potulnie na traktowanie jak bydło wysyłane na rzeź, regularnie giną w tajemniczych okolicznościach – w wyniku „upadku” czy choćby zwykłego wydmuchiwania nosa.


Ukraińskie media nigdy nie były wzorem czystości, obiektywizmu czy rzetelności. Jednak zombi-maszyna propagandowa – która sama się napędza i ogłupia społeczeństwo – stworzona za czasów Zełenskiego, jest czymś potwornym na niespotykaną dotąd skalę. Osoby otwarcie sprzeciwiające się ogólnokrajowemu praniu mózgów są więzione przez farsowe sądy, torturowane i zabijane.


Warto też spojrzeć na podstawowe dane demograficzne: rzeczywista liczba ludności Ukrainy spadła niemal o połowę od czasu upadku Związku Radzieckiego, a perspektywy na przyszłość wyglądają jeszcze gorzej. Choć część tej katastrofy wynika z trwającej wojny, w dużej mierze jest ona efektem nieustającej „wojny klasowej odgórnej” – pełnej niesprawiedliwości, wyzysku i beznadziei – jaką ukraińskie „elity” prowadziły przeciwko własnym obywatelom przez jedną trzecią stulecia, prawiąc przy tym świętoszkowate morały o narodzie.


A jakie są skutki tych wszystkich okropności? Są one katastrofalne choćby w świetle przyjętej przez samych sprawców pokrętnej logiki. Wystarczy spojrzeć na mapę: Krym został utracony, podobnie jak znaczne obszary poradzieckiego wschodu kraju – a wszystko to wskutek połączenia regionalnego buntu, nieudolnych i brutalnych prób jego stłumienia przez Kijów oraz wojny z Rosją. Tego wszystkiego można było uniknąć.


Tak się jednak nie stało. Krótka historia niepodległej Ukrainy to – obok innych smutnych aspektów – zapis procesu, w którym kraj ten albo działał jak lunatyk, albo – co zdarzało się częściej – aktywnie prowokował tę podwójną katastrofę. Ukraińcy – a ściślej mówiąc, ich zdemoralizowane elity – otrzymali jednak niemałe wsparcie w popełnianiu tych błędów. Weźmy choćby pod uwagę małostkową i niedorzeczną obsesję na punkcie zwalczania języka rosyjskiego, która doprowadziła do zaprzepaszczenia ogromnego atutu, jakim dla Ukrainy był status kraju w dużej mierze dwujęzycznego (z ludnością posługującą się zarówno rosyjskim, jak i ukraińskim).


To szkodliwe i autodestrukcyjne dążenie – przywodzące na myśl freudowską koncepcję nacjonalizmu jako nerwicy – ​​było uporczywie podsycane zarówno przez wąską, ale nadaktywną i arogancką grupę rodzimych nacjonalistów (prześcigających się w demonstrowaniu swojej „ukraińskości”), jak i przez potomków nacjonalistów z czasów II wojny światowej – sprawców masowych mordów na Polakach i kolaborantów nazistowskich – którzy przybyli z Zachodu, by zatruwać poradziecką Ukrainę swoim skostniałym, fanatycznym światopoglądem.


Osobiście pamiętam, jak w latach 2000. byłem na tyle naiwny, by pytać znajomych ze Lwowa, dlaczego Ukraina nie mogłaby po prostu skodyfikować własnego wariantu języka rosyjskiego (na wzór różnic między angielszczyzną amerykańską a brytyjską), jednocześnie promując język ukraiński (sam znam oba te języki), a następnie skupić się na kwestiach naprawdę istotnych. W odpowiedzi spotykałem się co najwyżej z pustym spojrzeniem. Jak na ironię, już w trakcie trwającej wojny pojawiła się krótka wzmianka o tym, iż ktoś na Ukrainie wpadł na ten sam oczywisty pomysł. To uderzające, jak katastrofa potrafi zmobilizować umysł, a zarazem smutne, iż choćby teraz – przy szacowanej liczbie 1,5 miliona ofiar na froncie – takie pragmatyczne podejście wciąż należy do rzadkości: polityka Kijowa sprowadza się bowiem do upartego trwania przy niedorzecznej kampanii na rzecz wygrania bitwy o słowa, podczas gdy sama wojna jest przegrywana..

Przekonani o własnej wyższości, protekcjonalni nacjonaliści z emigracji – narzucający swoje egoistyczne, krótkowzroczne wizje i sypiący twardą zachodnią walutą w stronę ludzi zdesperowanych i wstrząśniętych brutalnym, drapieżnym kapitalizmem okresu transformacji – stanowili jeden z toksycznych czynników zewnętrznych, które wypaczyły postradziecką drogę rozwoju Ukrainy. Nie był to jednak czynnik jedyny. Z biegiem czasu bowiem cały Zachód – jego politycy, intelektualiści i media głównego nurtu – zaczął interesować się Ukrainą, wywierając jednocześnie na nią wysoce szkodliwy wpływ.


Trzeba jednak uczciwie przyznać, iż pierwsze – choć już niezwykle szkodliwe – kroki Zachodu, które ostatecznie doprowadziły do ​​ruiny Ukrainy, miały z nią kilka wspólnego. Kiedy Waszyngton postanowił – i to wielokrotnie – oszukać i upokorzyć Rosję oraz złamać wyraźne obietnice dotyczące nierozszerzania NATO na wschód, w centrum uwagi znajdowały się przede wszystkim Niemcy i liczne kraje Europy Wschodniej, a nie Ukraina. A jednak, jak na ironię, ta lekkomyślna ekspansja Zachodu – choćby przy jednoczesnym pomijaniu samej Ukrainy – przygotowała grunt pod drugi etap wciągania tego kraju w niebezpieczną rozgrywkę, czyniąc zeń cel ataku.


Do tego punktu dotarto w 2008 roku, kiedy to podczas niesławnego szczytu w Bukareszcie zachodnie elity – pod wodzą odgrywających niszczycielską rolę Stanów Zjednoczonych – sprytnie wpędziły Ukrainę w najgorszą z możliwych sytuacji. Składając obietnicę przyszłego członkostwa Ukrainy w NATO, nieuchronnie po raz kolejny zbyt mocno rozdrażniły Rosję. Utrzymując tę ​​lekkomyślną deklarację w niejasnej formie, pozostawiły Ukrainę całkowicie bezbronną, niejako prowokując Moskwę do interwencji. Cały ten szaleńczy plan wymagał świadomego zignorowania zarówno wyraźnych ostrzeżeń, jakie rok wcześniej w Monachium wygłosił prezydent Rosji Władimir Putin, jak i licznych, równie jednoznacznych sygnałów płynących nie od Rosjan, ale od powszechnie szanowanych postaci Zachodu, takich jak George Kennan czy – w tamtym czasie – William „Bill” Burns.


Gruzja podzieliła los Ukrainy: padła ofiarą zgubnych obietnic bez realnego wsparcia. Mimo iż krótka wojna gwałtownie pokazała, iż tym razem Rosja nie ustąpi i będzie bronić swoich kluczowych interesów w zakresie bezpieczeństwa narodowego, Zachód nie zmienił kursu swoich działań wobec Ukrainy.


Co więcej, jeszcze bardziej się w tym uporze utwierdził. Gdyby tylko Zachód porzucił Ukrainę tak, jak zrobił to w przypadku Gruzji w 2008 roku, wielu Ukraińców wciąż by żyło, a kraj nie straciłby żadnego terytorium – lub straciłby go znacznie mniej. Zamiast tego Zachód angażował się coraz głębiej, oferując szkodliwą umowę stowarzyszeniową z UE i doprowadzając do przewrotu zmieniającego władzę w 2014 roku. Następnie tak ściśle powiązał Ukrainę z oficjalnymi i tajnymi strukturami NATO, iż formalne członkostwo wydawało się coraz mniej istotne, pomagając jednocześnie Kijowowi storpedować porozumienie „Mińsk II” z 2015 roku – ostatnią realną szansę na powrót do pokoju i uniknięcie wojny na wielką skalę. W międzyczasie demagogiczni intelektualiści, tacy jak Tim Snyder czy Anne Applebaum, robili wszystko, by dolewać oliwy do ognia, łącząc niedorzeczny nacjonalizm zastępczy z zajadłą rusofobią.


Wreszcie Zachód niemal nonszalancko odmówił poważnego potraktowania propozycji Moskwy – jak się później okazało, ostatniej przed lutym 2022 roku – dotyczącej powrotu do rzeczowej dyplomacji i kompromisu. Gdy wojna znacząco przybrała na sile, Zachód wysłał najbardziej złowrogiego brytyjskiego błazna, by zniweczył doskonałą okazję do szybkiego zawarcia pokoju, wypracowaną podczas rozmów w Stambule wiosną 2022 roku.


Od tamtej pory – od momentu wciągnięcia Ukrainy w wyniszczającą, całkowicie niepotrzebną i bezowocną, a przy tym celowo sprowokowaną w celu osłabienia Rosji wojnę – sytuacja tylko się pogarsza i nie widać jej końca. Co więcej, jak niedawno wyjaśnił jeden z niezwykle trzeźwo myślących byłych niemieckich generałów, Kijów wciąż dąży do wciągnięcia całej Europy Zachodniej (przynajmniej jej) w otwartą wojnę zbrojną z Rosją. W Europie wielu przedstawicieli establishmentu wydaje się aż nazbyt chętnych, by na to przystać. Ukraina stała się jaskrawym przykładem tego, jak Zachód najpierw zaryzykował, a następnie zaprzepaścił szanse okresu po zimnej wojnie. Ukraina mogła być zamożnym krajem, czerpiącym korzyści ze współpracy zarówno ze Wschodem, jak i z Zachodem. Zamiast tego jest ruiną.


Wypowiedzi, poglądy i opinie wyrażone w tym felietonie należą wyłącznie do autora i niekoniecznie odzwierciedlają stanowisko stacji RT.



Przetlumaczono przez translator Google

zrodlo:https://www.rt.com/news/644593-ukraine-west-dependence-day/

Idź do oryginalnego materiału