Dyplomacja na pokaz. Jak PiS buduje rolę Nawrockiego

6 godzin temu
Zdjęcie: Nawrocki


W polityce zagranicznej fakty rzadko mówią same za siebie. Zwykle trzeba im pomóc – odpowiednią interpretacją, sugestywnym cytatem, czasem choćby całkiem nową opowieścią. W ostatnich dniach Prawo i Sprawiedliwość z widoczną energią zabrało się za konstruowanie takiej właśnie narracji: tej, w której świat – a zwłaszcza Stany Zjednoczone – nie chce rozmawiać z premierem, za to chętnie dzwoni do prezydenta.

„Trudno się dziwić, iż Amerykanie potrafią zadzwonić i powiedzieć, iż nie chcą rozmawiać z Tuskiem, wolą rozmawiać z prezydentem Nawrockim” – stwierdził poseł Paweł Jabłoński w Radiu Zet. To zdanie stało się niemal gotowym nagłówkiem: prostym, sugestywnym i – co nie bez znaczenia – politycznie użytecznym. Wpisuje się bowiem w strategię PiS, polegającą na maksymalnym podkreślaniu roli Karola Nawrockiego, choćby jeżeli konstytucyjna i faktyczna architektura polityki zagranicznej mówi coś innego.

Jabłoński poszedł dalej. Jego zdaniem premier Donald Tusk sam miał „przyznać, jaka jest rzeczywistość: iż Amerykanie nie chcą z nim rozmawiać z jakiegoś powodu”. Tym „powodem” ma być rzekomo krytyczny stosunek Tuska do Donalda Trumpa i jego administracji. „Sposób, w jaki on się odnosił do Donalda Trumpa, nie przysparzał mu skuteczności” – oceniał polityk PiS, sugerując, iż relacje osobiste decydują dziś o pozycji państwa.

Problem w tym, iż dyplomacja to nie talk-show, a relacje międzynarodowe nie opierają się wyłącznie na sympatii liderów. Nawrocki rzeczywiście pozostaje w kontakcie z Trumpem, brał udział w wideokonferencji z udziałem prezydenta USA i Wołodymyra Zełenskiego, a jego wrześniowa wizyta w Waszyngtonie była szeroko komunikowana przez Kancelarię Prezydenta. W oficjalnych komunikatach podkreślano zaangażowanie Trumpa w proces pokojowy oraz znaczenie Polski – zwłaszcza lotniska Rzeszów-Jasionka – jako kluczowego hubu wsparcia dla Ukrainy.

To wszystko są fakty. Ale faktem jest również to, iż politykę zagraniczną prowadzi rząd, a nie prezydent. To Rada Ministrów odpowiada za relacje sojusznicze, negocjacje na poziomie NATO i Unii Europejskiej oraz codzienną, żmudną pracę dyplomatyczną. Kontakty głowy państwa – choćby intensywne – nie zastępują tych mechanizmów. PiS zdaje się jednak sugerować coś innego: iż oto powstał alternatywny ośrodek polityki zagranicznej, skuteczniejszy i bardziej „światowy” niż rząd.

Ten zabieg ma oczywisty cel. Po przegranych wyborach parlamentarnych partia Jarosława Kaczyńskiego potrzebuje silnego symbolu władzy, który nie podlega rządowej kontroli. Prezydent idealnie się do tego nadaje. Każda rozmowa, każda telekonferencja, każdy wpis na platformie X staje się więc dowodem na rzekomą marginalizację rządu. choćby jeżeli – jak w przypadku rozmów z Trumpem – są one elementem szerszych, wielostronnych kontaktów, a nie osobistym „telefonem z Waszyngtonu”.

Narracja PiS ignoruje też kontekst europejski. Polska polityka wobec wojny w Ukrainie, sankcji wobec Rosji czy współpracy transatlantyckiej nie jest dziś prowadzona w izolacji, ale w ścisłej koordynacji z partnerami. Twierdzenie, iż o pozycji kraju decyduje to, czy Trump „lubi” Tuska, upraszcza rzeczywistość do poziomu politycznego mema.

W tym sensie wypowiedzi Jabłońskiego więcej mówią o potrzebach opozycji niż o realnym stanie relacji polsko-amerykańskich. PiS robi, co może, by podkreślić rolę Nawrockiego. choćby jeżeli fakty – uparte jak zwykle – nie chcą się do końca do tej opowieści dopasować.

Idź do oryginalnego materiału