Dramat milionów Polaków. Liczby nie kłamią. To dotyka każdego z nas

1 godzina temu

Na początku roku firma audytorsko-doradcza Grant Thornton zapowiadała, iż mimo planowanych przez firmy podwyżek cen inflacja konsumencka w 2026 roku utrzyma się na spokojnym poziomie około 2,8 procent. Pół roku później dane wyglądają inaczej, bo w lipcu wskaźnik cen sięgnął 3 procent i był najwyższy od miesięcy. Dla portfeli mieszkańców Warszawy, gdzie usługi drożeją najszybciej, to sygnał, iż uspokajające komunikaty sprzed pół roku warto zweryfikować.

Fot. Warszawa w Pigułce

Co Grant Thornton prognozował na początku roku

Styczniowe badanie International Business Report, przeprowadzone przez Grant Thornton wśród średnich i dużych firm, pokazało utrzymującą się presję cenową po stronie producentów. Podwyżki cen w ciągu 12 miesięcy zapowiadało 60 procent przedsiębiorstw, a obniżki tylko 3 procent, co dało wskaźnik netto na poziomie 57 punktów procentowych, wyższy niż rok wcześniej, choć daleki od rekordów z lat 2021-2023.

Autorzy raportu uspokajali jednak, iż sama inflacja konsumencka pozostanie niska. Jak tłumaczył Marcin Mrowiec, główny ekonomista Grant Thornton, na wskaźnik odczuwany przez gospodarstwa domowe składają się nie tylko ceny krajowych towarów i usług, ale też ceny energii i towarów importowanych, a te miały być stabilne i hamować ogólny wzrost cen. Na tej podstawie firma prognozowała 2,8 procent na 2026 rok, a wyraźniejsze przyspieszenie dopiero w 2027 roku.

Co pokazał lipiec, czyli 3 procent zamiast spokoju

Rzeczywistość pierwszego półrocza tylko częściowo potwierdziła te założenia. Przez wiosnę inflacja rzeczywiście trzymała się celu Narodowego Banku Polskiego, w maju i czerwcu wynosiła 2,5 procent, a w styczniu spadła choćby do 2,2 procent. Przełom przyniósł jednak lipiec, w którym wstępny odczyt Głównego Urzędu Statystycznego pokazał 3 procent w skali roku i wzrost o 0,8 procent w stosunku do czerwca.

To wciąż mieści się w paśmie celu NBP, sięgającym od 1,5 do 3,5 procent, ale plasuje inflację przy jego górnej granicy i wyżej niż zakładała prognoza Grant Thornton. Zmienił się też kontekst polityki pieniężnej, bo Rada Polityki Pieniężnej obniżyła stopy procentowe już na początku marca, a nie utrzymywała ich bez zmian, jak sugerowały wcześniejsze opisy sytuacji.

Ironia danych, czyli paliwa i energia zamiast studzić, rozgrzały ceny

Najciekawszy jest jednak powód lipcowego wzrostu. Za skok odczytu odpowiadały przede wszystkim paliwa, które zdrożały o 15,8 procent rok do roku i o niemal 14 procent w ciągu jednego miesiąca, a także rosnące ceny energii elektrycznej. To dokładnie te komponenty, które styczniowa prognoza wskazywała jako czynnik stabilizujący i hamujący inflację.

Innymi słowy, element, który miał trzymać wskaźnik w ryzach, stał się głównym motorem jego wzrostu. Równocześnie ceny żywności zachowywały się odwrotnie do obaw i w lipcu były o 0,4 procent niższe niż rok wcześniej. Obraz inflacji okazał się więc znacznie bardziej ruchomy, niż zakładał spokojny scenariusz bazowy sprzed pół roku.

Presja producencka wciąż tam jest i czeka na swój moment

Choć jeden odczyt nie przesądza trendu, badanie Grant Thornton przypomina, iż presja po stronie firm nie zniknęła. Najczęściej deklarowana skala podwyżek mieściła się w przedziale 5-7 procent, wskazało ją 38 procent firm, kolejne 33 procent planowało wzrost o 3-4 procent, a łącznie kilkanaście procent przedsiębiorstw zapowiadało podwyżki sięgające 8-10 procent lub więcej. Wszystkie te wartości przewyższają obecny poziom inflacji konsumenckiej.

Firmy tłumaczą to twardymi kosztami. Wysokie ceny energii jako barierę rozwoju wskazywało 59 procent respondentów, a koszty pracy aż 64 procent, co pozostaje jednym z najwyższych wyników w historii badania. Producenci przenoszą te koszty na ceny z opóźnieniem liczonym w miesiącach, dlatego pełne skutki obecnych decyzji cenowych mają być widoczne dopiero w 2027 roku.

Dlaczego warszawiacy poczują to inaczej niż reszta kraju

Stolica odczuwa opisywane procesy w specyficzny sposób. Warszawska gospodarka opiera się w dużej mierze na usługach, a to właśnie inflacja usługowa od miesięcy rośnie znacznie szybciej niż ceny towarów, w niektórych odczytach choćby kilkukrotnie. Fryzjer, gastronomia, naprawy czy usługi biznesowe drożeją mocniej niż przeciętny koszyk, a z nich mieszkańcy Warszawy korzystają częściej niż statystyczny konsument.

Do tego dochodzi siła popytu. Jako rynek o najwyższej sile nabywczej w kraju Warszawa bywa miejscem, w którym sieci handlowe i producenci testują podwyżki najwcześniej. W połączeniu z wysokimi kosztami najmu i życia sprawia to, iż choćby umiarkowany ogólnopolski wskaźnik przekłada się w stolicy na wyraźnie odczuwalny wzrost codziennych wydatków.

Co to oznacza dla Ciebie? Inflacja w Warszawie po pół roku od prognoz

Najważniejszy wniosek dotyczy dystansu do nagłówków. Prognoza sprzed pół roku mówiła o spokojnych 2,8 procent, a lipcowy odczyt pokazał 3 procent napędzane paliwami i energią, więc uspokajające komunikaty i realne ceny na stacji czy w rachunku za prąd potrafią się rozjeżdżać. Świadomość tej rozbieżności jest ważniejsza niż pojedynczy odczyt, bo presja producencka ma się w pełni ujawnić dopiero w kolejnym roku.

Praktyczny wymiar jest warszawski i codzienny. Skoro najszybciej drożeją usługi, to właśnie na nie warto patrzeć planując domowy budżet, porównując ceny przy droższych zakupach i nie zakładając z góry, iż niski wskaźnik ogólny oznacza stabilne wydatki. Największe wzrosty dotyczą tych kategorii, z których w mieście korzysta się na co dzień.

Ten tekst porządkuje dane i nie jest poradą inwestycyjną ani finansową. Decyzje o oszczędnościach czy większych zakupach zależą od indywidualnej sytuacji, dlatego przy poważniejszych wyborach rozsądniej jest oprzeć się na bieżących danych GUS i NBP oraz, w razie potrzeby, na konsultacji z doradcą.

Idź do oryginalnego materiału