Donald Trump 2017-2026

2 dni temu

W lipcu 2017 roku prezydent USA Donald Trump wraz z żoną Melanią odwiedził Warszawę. 6 lipca na Placu Krasińskich odbyło się spotkanie z parą prezydencką. Byłem na nim.

Wystąpienie prezydenta Stanów Zjednoczonych było miodem dla uszu tysięcy zgromadzonych. Padały słowa, które wielu zapamiętało do dziś: o wolności, odwadze, historii i szczególnym miejscu Polski w świecie Zachodu. „Ameryka kocha Polaków” – to zdanie natychmiast stało się symbolem wizyty i politycznym cytatem powtarzanym jeszcze długo po jej zakończeniu.

Nie było przypadkiem, iż spotkanie odbyło się na Placu Krasińskich, przed Pomnikiem Powstania Warszawskiego. Trump nie mówił wyłącznie do Polaków zgromadzonych na placu, ale do całej Europy. Polska została przedstawiona jako naród, który przetrwał najgorsze doświadczenia XX wieku, ponieważ zachował tożsamość, wiarę i wolę oporu.

Trump był pierwszym prezydentem Stanów Zjednoczonych, który w tak bezpośredni sposób docenił polską odwagę, wysiłek i historię, zwracając się nie tylko do władz państwowych, ale przede wszystkim do obywateli. Wcześniej żaden amerykański przywódca nie kierował do Polaków tak mocnych słów uznania wobec narodu, który przez dziesięciolecia zabiegał o dostrzeżenie i wsparcie ze strony Zachodu.

Czytaj: „Donald Trump w Warszawie: Ameryka uwielbia Polskę, Ameryka kocha Polaków (dużo zdjęć)”.

W tamtym momencie brzmiało to jak przywrócenie równowagi w relacjach transatlantyckich. Amerykański prezydent nie pouczał, nie krytykował, nie stawiał warunków. Chwalił. Podkreślał znaczenie sojuszu wojskowego, doceniał polskie wydatki obronne i mówił o wspólnocie cywilizacyjnej Zachodu.

6 lipca 2017 r. Donald Trump z żoną Melanią za pancerną szybą na Placu Krasińskich w Warszawie, foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska. Kliknij, aby powiększyć.

Dla wielu uczestników – także dla mnie – było to wystąpienie silnie emocjonalne. Rzadko zdarza się, by polityk światowego formatu tak świadomie odwoływał się do polskiej pamięci historycznej i robił to językiem zrozumiałym dla zwykłych ludzi.

Trump pojawił się w Europie jako polityk nowy, nieobciążony wcześniejszym sprawowaniem władzy. Był symbolem sprzeciwu wobec politycznych elit i zapowiedzią zmiany światowego układu sił.

Jego przekaz był prosty: Zachód musi odzyskać wiarę w siebie. Polska w tej opowieści pełniła rolę dowodu, iż naród może przetrwać choćby wtedy, gdy historia wydaje się przesądzona.

Czytaj: „Mirowski: Wysłuchałem przemówienia Trumpa…”.

To trafiało w społeczne nastroje. Po latach dyplomatycznego języka pojawił się przywódca mówiący jasno i bez wieloznaczności. Dla wielu odbiorców oznaczało to autentyczność.

Z czasem zmienił się zarówno świat, jak i sposób postrzegania samego Trumpa. Polityk, który w Warszawie był przede wszystkim symbolem nadziei, zaczął być oceniany przez decyzje i styl działania.

Między rokiem 2017 a kolejnymi latami wydarzyło się zbyt wiele, by emocje mogły pozostać takie same: pandemia, narastające konflikty międzynarodowe, wojna na Ukrainie, ludobójstwo żydowskie w Gazie, rosnące poczucie globalnej niepewności, a niedawno nowe fakty dotyczące Jeffreya Epsteina. Cecha, która wcześniej przyciągała uwagę – nieprzewidywalność – zaczęła budzić niepokój.

Warszawskie przemówienie miało podniosły, historyczny ton. Późniejsze działania Trumpa coraz częściej stały z nim w sprzeczności. Zaczął pouczać Europę, traktować ją instrumentalnie i publicznie karcić europejskich partnerów. Z punktu widzenia interesów Stanów Zjednoczonych mogło to mieć swoją logikę, jednak nasz kontynent i państwa na nim leżące nie są uczniem, którego można w ten sposób traktować i poniżać. Sojusz zakłada partnerstwo, nie podporządkowanie.

Zmiana dotyczyła jednak czegoś jeszcze poważniejszego. Coraz wyraźniej widoczne stało się używanie amerykańskiej potęgi militarnej jako narzędzia realizacji własnych interesów politycznych i gospodarczych.

Działania wobec Wenezueli, a następnie konfrontacja z Iranem przedstawiane są jako obrona bezpieczeństwa Bliskiego Wschodu i świata przed zagrożeniem nuklearnym. Argument o irańskim programie atomowym o charakterze militarnym budzi jednak poważne wątpliwości i przywołuje skojarzenia z okresem poprzedzającym wojnę w Iraku, kiedy również mówiono o broni masowego rażenia, której ostatecznie nie odnaleziono.

Każda polityczna fascynacja przechodzi podobny proces. Najpierw pojawia się nadzieja, potem identyfikacja, a z czasem zmęczenie. Im silniejsze było pierwsze wrażenie, tym mocniejsze bywa późniejsze rozczarowanie.

W 2017 roku wielu ludzi widziało w Trumpie jednocześnie obrońcę Zachodu, polityka twardego wobec przeciwników i gwaranta stabilności. Z biegiem czasu okazało się, iż te oczekiwania nie mogą zostać spełnione równocześnie. Prezydent USA bardziej przypomina szaleńca niż kogoś, kto może być gwarantem spokoju i sprawiedliwości.

Co adekwatnie się zmieniło? Nie tylko on, ale także świat wokół niego i sposób, w jaki zaczęliśmy patrzeć na politykę. W lipcu 2017 roku na Placu Krasińskich wielu uczestników widziało początek nowej epoki. Dziś tamto przemówienie pozostaje zapisem konkretnej chwili – momentu, w którym emocje i wiara w polityczną zmianę spotkały się w jednym miejscu.

Historia rzadko pozwala, by takie chwile trwały długo.

→ M. Baryła

10.03.2026

• foto: Mariusz Baryła / Gazeta Trybunalska

• więcej o D. Trumpie: > tutaj

Idź do oryginalnego materiału