„TO NASZA PÓŁKULA” – ogłosił Departament Stanu Stanów Zjednoczonych na swoim profilu na Facebooku dużymi, czerwonymi literami, dwa dni po tym, jak amerykańscy komandosi porwali prezydenta Nicolása Maduro i jego żonę ze stolicy Wenezueli. Prezydent USA Donald Trump wydał rozkaz tej interwencji, która wyraźnie naruszała prawo międzynarodowe. Nie poinformował o tym Kongresu Stanów Zjednoczonych, a na swojej konferencji prasowej nie pozostawił wątpliwości, iż jej głównym celem było przejęcie kontroli nad wenezuelskimi złożami ropy naftowej. Gdy dziennikarz zapytał, potwierdził: choć nie konsultował się z amerykańskim parlamentem, to przed operacją koordynował działania z głównymi amerykańskimi firmami naftowymi. Prezydent nadał choćby temu zaskakująco uczciwemu, nowemu podejściu do polityki zagranicznej nazwę: „Doktryna Donroe’a”.
Powrót do stref wpływów
Teraz możemy znów poczuć się, jakbyśmy cofnęli się w czasie do XIX wieku, kiedy to wielkie mocarstwa podzieliły świat na strefy wpływów. To właśnie w tym stuleciu, a dokładnie w 1823 roku, prezydent James Monroe ogłosił, iż Ameryka jest dla Amerykanów, co oznaczało, iż Stany Zjednoczone nie będą tolerować żadnego mocarstwa europejskiego zdobywającego przyczółek na półkuli zachodniej. Wpływ tej doktryny trwał aż do XX wieku. Warto pamiętać, iż świat był najbliżej wojny nuklearnej, gdy prezydent John F. Kennedy w 1962 roku wymusił doktrynę Monroe’a na Nikicie Chruszczowowi, który potajemnie rozmieścił rakiety nuklearne na Kubie.
Jeszcze później, w 1989 roku, Ameryka rozpoczęła inwazję na Panamę, opierając się na tej samej doktrynie, choć nie przebiegła ona tak gładko, jak operacja wenezuelska. Wielu amerykańskich i panamskich żołnierzy straciło życie, a dyktator Manuel Noriega poddał się dopiero po tym, jak amerykańscy żołnierze „zbombardowali” ambasadę Watykanu, w której się ukrywał, nieprzerwanie głośną muzyką rockową. „Nic nowego pod słońcem” – mogliby natychmiast odpowiedzieć cynicy. Ameryka po prostu zachowuje się tak jak zawsze. Nic tu nie ma do rzeczy z doktryną Donroe’a. Ale się mylą.
Dlaczego Wenezuela i Ukraina stanowią punkt zwrotny
Rozpoczęcie wojny w Ukrainie oraz operacja w Wenezueli oznaczają zmianę paradygmatu. Wojna w Ukrainie była pierwszym znakiem, ponieważ po raz pierwszy od II wojny światowej europejskie mocarstwo rozpoczęło wojnę, by zająć sąsiedni, mniejszy kraj, powołując się na swoją strefę wpływów. Styczeń 2026 roku to epokowa granica, ponieważ dzięki interwencji w Wenezueli Stany Zjednoczone wysłały sygnał nie tylko swoim przeciwnikom – Iranowi, Rosji i Chinom – ale jednocześnie nadały militarną wagę swoim roszczeniom terytorialnym wobec Europy. Po raz pierwszy Unia Europejska jest zagrożona zarówno ze strony Zachodu, jak i Wschodu, tym razem w obliczu wezwań Trumpa do „anekcji” Grenlandii.
Jak napisał Mujtaba Rahman, szef Eurasia Group w Europie: „Ewentualna interwencja Stanów Zjednoczonych na Grenlandii jest największym źródłem zagrożenia dla sojuszu transatlantyckiego oraz spójności wewnątrz NATO i UE, prawdopodobnie znacznie większym niż [ryzyko] związane z inwazją Rosji na Ukrainę”.
Test dojrzałości Europy
Choć działania Trumpa w Wenezueli i jego balansowanie na granicy w sprawie Grenlandii mają wyraźnie wrogie intencje, należy porzucić złudzenia i w końcu przyznać, iż nastąpiło głębokie niezrozumienie systemu międzynarodowego. W Europie pojawiło się mnóstwo koncepcji i etykietek dotyczących działań Trumpa, w tym ta, iż obecna administracja USA stanowi większe zagrożenie dla Unii niż Rosja Władimira Putina. Jednak czytając między wierszami, można zasugerować, iż Trump realizuje to, co A. Wess Mitchell nazywa „strategią konsolidacji”, w której mocarstwo „proaktywnie umacnia swoją pozycję, aby z czasem zwiększyć swoją dostępną władzę” w oczekiwaniu na długoterminową rywalizację z potężnym rywalem, Chinami. W tym sensie Ameryka i doktryna Donroe mogą „mobilizować sojuszników do ponoszenia większego ciężaru obronnego i do głębszej integracji z amerykańskim przemysłem i technologią. Polityka Trumpa daje wielu sojusznikom silny impuls, którego potrzebowali, aby zmienić stare podejście do bezpieczeństwa i regulacji, które hamuje siłę Zachodu w rywalizacji geopolitycznej”, pisze Mitchell.
Wrażliwość to wybór
Środowisko, w którym znaleźli się Europejczycy, obnaża naszą strategiczną niedojrzałość. W tym samym eseju Mitchell pisze, iż „sojusznicy są niezbędni nie tylko do ponoszenia większego ciężaru lokalnej obrony, ale także do agregacji populacji, bogactwa i innowacji na rzecz długoterminowej konkurencji technologicznej i przemysłowej”. Chiny odniosły sukces w tych wymiarach. Jednak Europejczycy od dawna żyli w iluzji amerykańskiego parasola bezpieczeństwa i uważali za oczywistość asymetrię sił między nami a Wujkiem Samem.
Ciągłe wierzenie w tę iluzję pogłębia podziały i nie inspiruje do rozwoju prawdziwej europejskiej autonomii strategicznej, takiej, która docenia siłę sojuszy, ale jednocześnie daje środki i bodźce do obrony bez nadmiernego wsparcia zza oceanu. Co więcej, wciąga nas w paskudną, ale nieskazitelnie przebiegłą pułapkę zastawioną przez Rosjan. Według ujawnionego dokumentu, rozesłanego przez Administrację Prezydenta Rosji do mediów państwowych i prorządowych, dziennikarze mają przedstawiać propozycje Trumpa dotyczące Grenlandii jako dowód rozbicia Zachodu, a Europejczycy są przedstawiani jako wewnętrznie podzieleni, niezdolni do samodzielnej obrony swoich interesów i nadmiernie zależni od USA.
Czas działać
Gdyby Trump rzeczywiście zajął Grenlandię, byłby to moment, w którym musielibyśmy raz na zawsze zdecydować, czy chcemy żyć w rozbitej i słabej Europie, której pragną Donald Trump, Władimir Putin, niemiecka Alternatywa dla Niemiec (AfD), francuskie Zgromadzenie Narodowe i węgierski Fidesz. Ta sama Europa, która była źródłem najkrwawszych konfliktów XX wieku.
Albo Europa zaakceptuje ogrom pracy, wytrwałości i poświęceń potrzebnych do zbudowania zjednoczonej militarnie i silnej UE, która dzięki swojej sile gospodarczej będzie mogła cieszyć się szacunkiem jako drugie supermocarstwo świata, zdolne do obrony własnych granic przed każdym. W końcu, jeżeli czegoś się nauczyliśmy, to tego, iż Donald Trump, Władimir Putin i Xi Jinping tego świata rozumieją jedno: siłę.
—
Foto.: Foto.: The White House, P20260122DT-0329 President Donald Trump participates in the Board of Peace Charter Announcement and Signing ceremony, cropped by the RPN team, public domain.
—
Artykuł w jęz. angielskim został opublikowany 27 stycznia na Visegrad Insight. Oryginalne opublikowany na Valasz Online.

1 dzień temu









