Czy ktoś widział polityka Prawa i Sprawiedliwości albo Konfederacji, który wprost domagałby się reparacji wojennych od Rosji? Nie w formie ogólnego hasła, nie w publicystycznej aluzji, ale w oficjalnym stanowisku, uchwale, nocie dyplomatycznej czy projekcie ustawy? Odpowiedź jest prosta: nigdy. I to milczenie mówi znacznie więcej niż najbardziej emocjonalne wystąpienia o „suwerenności” czy „polityce historycznej”.
PiS (dość nieudolnie) uczyniło z reparacji wojennych od Niemiec jeden z elementów swojej narracji politycznej. Starano się budować emocjonalną opowieść o krzywdzie, niesprawiedliwości i „niedokończonej historii”. Ale o ile mówimy o reparacjach jako kategorii moralnej i prawnej, Związek Sowiecki – a dziś jego sukcesorka Rosja – był jednym z głównych agresorów, odpowiedzialnym za napaść na Polskę 17 września 1939 roku, zbrodnie wojenne i zbrodnie przeciwko ludzkości, masowe deportacje, grabież majątku, niszczenie elit, powojenną eksploatację gospodarczą i demontaż przemysłu.
A mimo to temat reparacji od Rosji nie istnieje w realnej polityce PiS. Nie jako błąd, nie jako przeoczenie – ale jako trwała decyzja Kaczyńskiego.
Konfederacja, która chętnie przedstawia się jako formacja „antysystemowa”, krytyczna wobec Zachodu, Unii Europejskiej i Niemiec. Retoryka bywa ostra, momentami wręcz agresywna. Jednak gdy dochodzi do Rosji, ton ulega wyraźnej zmianie. Nie ma projektów reparacyjnych, nie ma presji dyplomatycznej, nie ma choćby spójnej narracji historycznej. Pojawiają się za to relatywizowanie odpowiedzialności ZSRR, przesuwanie winy na „geopolitykę”, unikanie jednoznacznych deklaracji.
W praktyce Konfederacja omija temat Rosji szerokim łukiem, mimo iż z punktu widzenia strat ludzkich, terytorialnych i gospodarczych Polska ma wobec niej równie mocne – jeżeli nie mocniejsze – argumenty niż wobec Niemiec.
Dlaczego więc to milczenie?
Powodów jest kilka – i żaden nie jest przypadkowy.
Pomijając możliwe związki polityków PiS i Konfederacji z Rosją, co widać gołym okiem, są też inne powody. Rosja nie jest bezpiecznym celem politycznym. Niemcy są państwem demokratycznym, związanym strukturami UE i NATO, podatnym na presję medialną i symboliczną. Rosja nie reaguje na moralne apele – reaguje siłą, presją energetyczną i destabilizacją. Dla polityków, którzy lubią ostre słowa, ale nie lubią realnego ryzyka, to zasadnicza różnica.
Po drugie: reparacje od Niemiec to narracja wewnętrzna, a nie realny projekt międzynarodowy. Służy mobilizacji elektoratu, budowaniu tożsamości „oblężonej twierdzy” i odwracaniu uwagi od bieżących problemów. Reparacje od Rosji wymagałyby konsekwencji, spójnej polityki wschodniej i gotowości na długotrwały konflikt dyplomatyczny.
Po trzecie: w przypadku Rosji kończy się gra symbolami. Tu nie wystarczy raport, konferencja prasowa i sejmowa uchwała. Tu zaczynają się pytania o bezpieczeństwo, energetykę, wojsko, realne koszty polityczne. A na to ani PiS, ani Konfederacja nigdy nie byli gotowi.
Jeżeli ktoś naprawdę wierzy w ideę reparacji jako formy sprawiedliwości dziejowej, nie może wybierać agresora według wygody politycznej. Albo domagamy się konsekwencji od wszystkich odpowiedzialnych, albo przyznajemy uczciwie, iż reparacje są jedynie narzędziem bieżącej walki politycznej.
Fakt, iż żaden liczący się polityk PiS ani Konfederacji nie domaga się reparacji od Rosji, obnaża za to fundamentalną sprzeczność ich narracji. I powiązania, które ich mocno obciążają.

1 dzień temu





