
Demografia to kwestia złożona, wieloaspektowa, jednak zaskakująco często poprzestaje się na dość powierzchownym jej omówieniu. Przejawia się to w odmienianiu przez wszystkie przypadki tzw. współczynnika dzietności, czyli średniej liczby dzieci przypadającej na jedną kobietę w dowolnie wybranej społeczności lokalnej (miejscowość, jednostka samorządowa, grupa etniczna, naród). Oczywiście artykuł publicystyczny nie jest odpowiednią formą do prowadzenia pogłębionych analiz statystycznych. Chciałbym natomiast zwrócić uwagę na jeden z rzadko (lub wcale?) poruszanych aspektów matematyki demograficznej.
Newsletter
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dołącz do grona zawsze poinformowanych! Zapisz się na newsletter i otrzymuj cotygodniowe podsumowania naszej działalności oraz informacje o nadchodzących wydarzeniach.
Dziękujemy za zapis do naszego newslettera!
Trójnia Nowa kontra Czwórnia Stara
Aby uczynić niniejszy artykuł bardziej przystępnym, zacznę od przykładu. Celowo ma on stanowić uproszczenie, aby nie rozrósł się objętościowo. Wyobraźmy sobie dwa miasta, nazywające się – powiedzmy –Trójnia Nowa i Czwórnia Stara. W obydwu mieszkańcy żyją zawsze równo po 75 lat. Przyjmijmy, iż w każdym z miast pokolenia następują po sobie jednocześnie, tzn. ludzie danego pokolenia rodzą się jednocześnie i jednocześnie umierają. W Trójni Nowej dzieci rodzą się (jednocześnie, jak wspomniano) mieszkańcom po ukończeniu 20. roku życia i jest ich zawsze trójka. W Czwórni Starej to samo wydarzenie odbywa się po ukończeniu 30. roku życia, ale dzieci zawsze jest czworo. Łatwo można zatem stwierdzić, iż dzietność w Trójni wynosi 3, a w Czwórni 4. Wedle konwencjonalnego postrzegania reguł demograficznych, Czwórnia powinna lepiej radzić sobie z zastępowalnością pokoleń. Tymczasem jeżeli przyjmiemy początkową populację 100 000 mieszkańców, okaże się, iż po upływie 100 lat Trójnia liczy sobie 1 828 125 mieszkańców, zaś Czwórnia 1 400 000! Po 150 latach w Trójni Nowej będzie 4 113 281 mieszkańców, natomiast Czwórni Starej – zaledwie 2 400 000!
Ów może nieco zabawny i wyolbrzymiony przykład ilustruje coś, co zaawansowanej matematyki nie wymaga, ale w znaczący sposób zmienia myślenie o polityce demograficznej w ogóle.
Przypomnę zatem, iż wzór na wzrost funduszy zgromadzonych na lokacie z doroczną kapitalizacją zysku przedstawia się następująco:

gdzie Kn to uzyskany kapitał, K to wkład początkowy, p to oprocentowanie, zaś n to liczba lat. Istnienie zmiennej czasowej w wykładniku powyższego wzoru uzmysławia tkwiącą w niej moc. W formie uogólnionej, o ile kapitalizacja następuje w okresach innych niż rocznym, należy zmodyfikować p do stopy w przyjmowanym okresie, a n jest wtedy liczbą okresów kapitalizacji. Analogia nie jest – rzecz jasna – równoważnością. Pieniądze nie umierają po pewnym czasie, można naprawdę założyć, iż pojawiają się w ściśle określonych momentach itp. Niemniej konkluzja jest ta sama – dzieci urodzone, gdy rodzice są jeszcze młodzi, znacznie bardziej przyczyniają się do przyrostu naturalnego niż te, które pojawiają się na świecie w późniejszym wieku rodziców. Gwoli ścisłości, dodam jeszcze tylko, iż jeżeli następuje niż demograficzny (dzietność mniejsza niż 2, w praktyce poniżej 2,1, 2,2, ponieważ nie wszystkie dzieci dożywają pełnoletniości), sytuacja się odwraca, wówczas im późniejsze dzieci, tym wolniej społeczeństwo „się kurczy”. Zainteresowanemu Czytelnikowi pozostawiam wyprowadzenie tej zależności we własnym zakresie, jako iż opóźnianie katastrofy nie jest rezultatem, który należy pielęgnować. Nie zamierzam także wyprowadzać precyzyjnych wzorów na tempo rozwoju demograficznego narodów, gdyż byłyby one zbyt złożone jak na artykuł z gruntu publicystyczny.
Buduj z nami Nowy Ład!
Twoje wsparcie to inwestycja w rozwój Polski. Pomóż nam budować niezależny portal opinii broniący polskiej suwerenności i wartości narodowych.
Odniesienie do danych polskich
W świetle powyższych zależności należy ze zgrozą patrzeć na dane GUS-u, które wskazują, iż o ile w latach 1980–1990 mediana wieku urodzenia pierwszego dziecka wyniosła około 23 lat (a dzieci w ogóle ok. 26 lat), o tyle np. w roku 2021 było to odpowiednio około 29 i 31 lat! O ile w roku 1990 na matki przed 25. rokiem życia przypadało 44,4% urodzeń, o tyle w 2024 roku – zaledwie 11,4%.
Jako iż niższe współczynniki dzietności w kontekście posiadania dzieci w młodszym wieku dają się bronić matematycznie, warto wspomnieć, iż przekłada się to także na realne korzyści gospodarcze. Truizmem jest rzecz jasna stwierdzenie, iż im większa populacja, tym większa gospodarka, ale pożytków jest znacznie więcej, choć te bywają mniej oczywiste. Przykładowo, model rozwoju społecznego oparty o wcześniejsze macierzyństwo i ojcostwo powoduje zmniejszenie sumarycznej liczby godzin niezbędnej do przeznaczenia na osobę na wychowanie kolejnego pokolenia.
Mało tego – dziadkowie przez cały czas są często w dobrej formie fizycznej i mogą dużo aktywniej pomóc w wychowaniu najmłodszych, niż dzieje się to obecnie. Gdy przeważnie zostaje się rodzicem pierwszy raz w wieku 25 lat, dziadkiem jest się w wieku około lat 50; jeżeli natomiast pierwsze dziecko przychodzi na świat, gdy matka i ojciec mają średnio po 30 lat, zostają oni dziadkami jako 60-latkowie. A przecież życie to nie teoria (jak wcześniejszy przykład dwóch miast) – przyjście na świat pierwszego i ostatniego potomka w rodzinie dzieli z reguły kilka, czasem kilkanaście lat.
Niedomagania bieżącego układu społecznego
Tymczasem w środowisku studentów dzieci prawie się nie rodzą, kilka jest również małżeństw zawieranych w okresie nauki na uczelniach wyższych. Wyłamanie się z tendencji szkoła–studia–praca uchodzi nierzadko za przejaw braku ambicji czy wręcz niedomagania intelektualnego. Jednocześnie przez cały czas wiele osób podejmujących studia nie pracuje potem w zawodzie, do którego podczas studiów się przygotowywało (o ile w ogóle w tym kontekście istniała jakaś perspektywa zawodu przydatnego na rynku pracy). Posiadanie „papierka” jest atutem w rozmowach kwalifikacyjnych choćby na stanowiska, gdzie kompetencje nabyte w ramach studiów niespecjalnie mają przełożenie na umiejętności, a raczej traktowane jest to jako „zaświadczenie bycia co najmniej przeciętnie bystrym”, niesłusznie zresztą. W rezultacie uczelnie przepuszczają przez siebie coraz więcej ludzi, których wkład w rozwój nauki jest najczęściej zerowy, a na dodatek wykładowcy, zwykle bez doświadczenia zawodowego poza uczelnią, nie przyczyniają się do szkolenia bardziej wydajnych pracowników.
Rodzi się pytanie: po co w ogóle dążenie do jak najwcześniejszego ukończenia studiów przez jak największą część populacji? Kampanie wyborcze lat 90. ubiegłego wieku obfitowały w licytacje na liczbę magistrów. W połączeniu z masową emigracją fachowców miało to druzgocący wpływ na liczbę rąk do pracy w zawodach przemysłowych, tym bardziej iż kształcenie historyka czy językoznawcy jest kilkanaście razy tańsze niż kształcenie inżyniera chemicznego czy elektrycznego.
Młodzi ludzie – będący częścią rynku pracy nie od 24.–25., a od 18.–19. roku życia – mogliby wcześniej poczuć oparcie finansowe, choćby jeżeli nie zarabialiby wiele. Sprzyjałoby to także młodszemu zawieraniu małżeństw.
Jak przetrwać wielkie wymieranie? Kilka propozycji działań
Nowoczesna Teoria Demograficzna – ratunek dla wymierającego narodu
Co możemy zmienić?
Osiągnięcie tego jest – oczywiście – trudne. Można by wprowadzić dolną granicę wieku darmowej edukacji wyższej, np. 28–30 lat. Innym, mniej radykalnym rozwiązaniem byłoby zmodyfikowanie modelu niemieckiego, gdzie do wyników maturalnych z wiekiem doliczane są kolejne punkty do rekrutacji na uczelnie wyższe. Wprowadzenie opartego o wiek mnożnika prawdopodobnie pozwoliłoby skłonić większą liczbę młodych ludzi do wczesnego myślenia o pracy i rodzinie, a nie do wieloletniego „poszukiwania siebie” na zmienianych wedle uznania kierunkach studiów. Oczywiście można by rozważyć selektywne wyłączenie z owego mechanizmu dziedzin, dla których tego rodzaju wstrząs miałby negatywne skutki, np. dla kierunków medycznych. Trzeba wszelako mieć świadomość, iż zalewanie uczelni młodymi ludźmi, które obserwuje się od wielu lat, nie poprawiło stanu polskiej nauki. Przeciwnie – nasze uczelnie wyższe nie słyną z innowacji. Chyba najlepszym tego świadectwem jest to, iż młodzież chociażby z innych państw Unii Europejskiej nie bije się o miejsca na polskich uczelniach i nie uczy się zawczasu polskiego, aby mieć szansę dostać się na nie. To jednak osobny temat.
Skoro już o medycynie wspomniałem, nie bez znaczenia jest też pozytywny wpływ zdrowotny wczesnego posiadania dzieci, nie tylko dla nich samych, ale również dla matek. Ciąże młodszych kobiet są mniej narażone na powikłania (jest o tym mowa w specjalistycznych artykułach medycznych, a tych jest ogromna liczba). Nadto istnieją dowody, iż wczesne posiadanie dzieci pozytywnie wpływa na przebieg również i tych ciąż, które ta sama matka nosi w latach późniejszych.
Kolejne kłamstwo czasów współczesnych: przyrost naturalny jest powiązany z dobrobytem. Przestańmy w to wierzyć, nie ulegajmy tego rodzaju narracji. Gdyby rzeczywiście dzietność była związana ze stopniem zamożności, wówczas nie wyprzedzałyby nas w tym zakresie kraje afrykańskie. Przestańmy wierzyć, iż można zachętami finansowymi skłonić masowo ludzi do zmiany nastawienia do zakładania rodziny. To pomijalne czynniki, jeżeli cały model społeczno-gospodarczy pcha ludzi do kreowania życia jako portfolio potencjalnego pracownika. Czołowego zderzenia z takim postrzeganiem prawdopodobnie nie da się wygrać, ale można powstrzymać najmłodsze pokolenie przed tym, by do reszty oddało się pozycjonowaniu względem rówieśników.
Ludzie racjonalnie zakładają, iż to, co otrzymują z zewnątrz, bez wysiłku, mogą z dnia na dzień utracić. Tymczasem zawód wrasta w nas i daje przekonanie o możliwości spieniężenia własnych umiejętności niezależnie od zawirowań dziejowych i ideologicznych.
Od przeszłości ku przyszłości
Polityka demograficzna, jakkolwiek prowadzona, będzie jednak tym wydajniejsza, im młodszych dorosłych Polaków będzie dotyczyć. Wiek 18–25 lat to najważniejszy okres w życiu człowieka z punktu widzenia rozwoju demograficznego. Tymczasem co najmniej od połowy lat 80. XX wieku kwestii wieku rodzicielstwa nie można choćby powiązać z serią nieudanych rozwiązań. To przedmiot nieistniejącej dyskusji, przemilczanej debaty, walki niepodjętej, ba, całkowitej kapitulacji. Ta zasługuje już nie tyle na krytykę, ile na potępienie.
Piszę o tym w kategoriach walki, ponieważ ostatecznie liczebność narodów nie przestaje mieć znaczenia w ich rywalizacji międzynarodowej. Nie tylko zresztą na coraz istotniejszej płaszczyźnie militarnej, ale i gospodarczej. choćby mimo wzrostu znaczenia systemu samodzielnie wykonującego zadania mu powierzone (tzw. sztucznej inteligencji) ludzie pozostaną niezbędnym elementem wytwarzania wszelakich dóbr. W kraju kurczącym się populacyjnie nieuchronnie będzie mniej pracowników, mniej przedsiębiorstw, wreszcie mniej wojska, a zatem także mniej inwestycji (również zagranicznych), gdyż kraje podatne na inwazję są postrzegane jako mniej atrakcyjne pod względem lokowania kapitału, rozwijania produkcji etc. (fabryki, centrale logistyczne itp.). Niezależnie zatem, czy spory międzynarodowe, z którymi przyjdzie nam się mierzyć, zostaną rozstrzygnięte przy użyciu pieniędzy i produkcji, czy „żelazem i krwią”, tylko państwo prężne demograficznie będzie miało możliwość sprawnego przezwyciężania przeciwności i ostania się jako niepodległy byt.
Ten tekst przeczytałeś za darmo dzięki hojności naszych darczyńców
Nowy Ład utrzymuje się dzięki oddolnemu wsparciu obywatelskim. Naszą misją jest rozwijanie ośrodka intelektualnego niezależnego od partii politycznych, wielkich koncernów i zagraniczych ośrodków wpływu. Dołącz do grona naszych darczyńców, walczmy razem o podmiotowy naród oraz suwerenną i nowoczesną Polskę.

22 godzin temu













