Gdy ogłoszono nową koalicję antybalistyczną, brak w niej Polski od razu zinterpretowano jako pokłosie napięć z Kijowem. Rzeczywistość jest bardziej złożona. Rozmówcy Interii z kręgów rządowych twierdzą, iż Warszawa świadomie nie dołączyła, bo sam sojusz kilka dziś znaczy w praktyce.
Nie afront, ale wybór
Nieobecność Polski powiązano z kryzysem w relacjach z Kijowem niemal automatycznie. Według źródeł Interii taki wniosek jest jednak zbyt pochopny. Jak zapewnia osoba znająca kulisy rozmów, pozostanie poza koalicją na etapie jej ogłoszenia było własną decyzją Warszawy, a nie skutkiem odepchnięcia przez partnerów.
Sojusz, który dopiero raczkuje
Rozmówcy portalu przekonują, iż nowe porozumienie ma dziś charakter głównie deklaratywny. Realnych zdolności za nim nie ma, przynajmniej na tym etapie. Przystąpienie do inicjatywy, która istnieje bardziej na konferencji prasowej niż w terenie, dałoby Polsce niewiele, a mogłoby ograniczyć jej swobodę manewru.
Własne niebo najpierw
Zamiast tego Warszawa stawia na rozbudowę systemów obrony powietrznej, które już powstają nad krajem. Logika jest prosta. Sprawnie działająca tarcza chroni ludzi lepiej niż podpis pod kolejnym dokumentem. Własne zdolności dają też pełną kontrolę nad tym, kto i kiedy o nich decyduje.
Takie podejście mieści się w twardym realizmie, po który Polska sięga coraz częściej. O bezpieczeństwie przesądza gotowość sprzętu i ludzi, nie liczba sojuszy na papierze. Istotne pozostaje więc nie to, w ilu koalicjach widnieje nasza flaga, ale to, czy polskie niebo jest naprawdę osłonięte.
Źródło: Interia Wydarzenia











