Czy Premier RP już nam ostatecznie zwariował? (Część I - Raport CIA)

niepoprawni.pl 42 minut temu
Zastanawiałem się czy w ogóle poruszać temat ewentualnego zwariowania Premiera Donalda Tuska, bo nie jestem ani psychologiem, ani tym bardziej psychiatrą więc moje oceny psychiki oraz zachowań innych są jedynie subiektywne a ich konkluzje wynikają m.in. z osobistych doświadczeń zawodowych, posiadanej wiedzy ogólnej i marketingowej (psychologia ogólna – w tym psychologia zachowań konsumenckich, statystyka i inżynieria społeczna, NLP) oraz informacji, wypowiedzi innych i obserwacji dziejącej się rzeczywistości. Można mi tym bardziej zarzucić pewnego rodzaju tworzenie scenariusza oraz reżyserię filmu czy też konstrukcji i istoty tekstu z gatunku tzw. "teorii spiskowej", bowiem w większości traktuję moje słowa jedynie w kategorii "political fiction", satyry i szyderczego sarkazmu.
Śpieszę też wyjaśnić, iż używane nieraz w tekście określenia oznaczają:
– szyderczy sarkazm - werbalny lub niewerbalny przekaz, który jest przesadnie piękny i wyszukany, a jednocześnie ironiczny i szyderczy wobec danej osoby lub grupy osób,
– egocentroizm - moje słowo - neologizm - stworzone na potrzeby określenia zjawiska jednoczesnego występowania: egoizmu, egocentryzmu i cynizmu spowitych mgłą egotyzmu,
– megalomitomania - patologiczne zaburzenie psychiczne charakteryzujące się jednoczesnym występowaniem przesadnego poczucia własnej wielkości (megalomanii) oraz kompulsywnej skłonności do zmyślania i tworzenia fałszywych historii (mitomanii), które służą podtrzymaniu wyolbrzymionego obrazu własnej osoby,
– obsesyjna nienawiść - silne, uporczywe i nawracające uczucie wrogości, które zajmuje umysł osoby przez długi czas, często prowadząc do obsesyjnego myślenia o zemście lub krzywdzie. Osoba z obsesyjną nienawiścią może nieustannie rozmyślać o doznanych urazach i planować odwet, choćby jeżeli minęły lata od zdarzenia. Jest często podstawą patologicznej mściwości i może być elementem różnych zaburzeń psychicznych, takich jak zaburzenia osobowości (np. paranoidalne, obsesyjno-kompulsyjne) lub zaburzenia afektywne,
– psychologiczna projekcja – świadomy lub podświadomy mechanizm obronny, który polega na przypisywaniu innym ludziom własnych akceptowanych bądź nieakceptowanych myśli, emocji, pragnień, wad lub motywacji.
Oczywiście żadne z wymienionych określeń nie odnosi się bezpośrednio do zachowań Czcigodnego i Ukochanego Przywódcy, polskiego premiera Tuska Donalda, a wszelkie podobieństwa w tym zakresie są przypadkowe i niezamierzone.
Mówiąc w bardziej zrozumiałym, dla niektórych choćby chyba ojczystym, języku oznacza to wg. tłumacza Google mniej więcej to:
Für Deutschland – "Dla Niemiec" – (zwrot dodany do tekstu na pamiątkę słynnego aktu służebnie pochwalnego wobec Niemiec i Niemców wygłoszonego onegdaj przez D. Tuska):
Natürlich trifft keine der genannten Bezeichnungen direkt auf das Verhalten des verehrten und geliebten Führers, des polnischen Premierministers Donald Tusk, zu, und jegliche Ähnlichkeiten in diesem Bereich sind zufällig und unbeabsichtigt.
Tekst podzieliłem na części, które nie są merytorycznie chronologiczne a moim subiektywnym zdaniem są co najmniej ważne, czyli tak naprawdę kolejność części jest merytorycznie nieistotna. No chyba, iż po ich lekturze można będzie wyodrębnić zależności przyczynowo - skutkowe określonych postaw i zachowań naszego Gorącego Słońca Peru.
Ogólnie zaś muszę stwierdzić, iż napisanie tego tekstu rodziło się w "bólach tworzenia" i jak dla mnie trwało zbyt długo, oj... za długo. Wynikało to przede wszystkim z tego, iż – chyba po raz pierwszy w historii mojego blogowania (od 2008 roku) i pomimo tego, iż tekst ma charakter szyderczego sarkazmu i satyry – musiałem zmierzyć się z koniecznością autocenzury. Jej podstawą było zachowanie tzw. "ostrożności procesowej", która jest niezbędna w totalitarnym lub quasi totalitarnym państwie i w okolicznościach braku lub ograniczenia wolności słowa, czyli cenzury politycznej i ideologicznej, w tym mającej choćby charakter prewencyjnej.
Było to dla mnie nowe doświadczenie i teraz rozumiem ile pracy musieli włożyć w swój przekaz opozycyjni artyści, naukowcy, dziennikarze, etc. w okresie zamordyzmu i szalejącej cenzury czasów komuny. Tyle tylko, iż wtedy było jasne gdzie jest "zło" i jak ono (nawet prawnie - uchwalona 31 lipca 1981 roku przez Sejm PRL ustawa o kontroli publikacji i widowisk) wygląda. Teraz rządzący mogą dowolnie uznać, kto jest ich wrogiem i kogo należy prześladować lub w określony sposób zniszczyć. A opozycyjni twórcy a choćby zwykli ludzie zaczęli się po prostu bać systemu i nagminnie już stosują autocenzurę i autocenzurę prewencyjną.
--------------------------------------------------
No, ale starczy już tego przydługiego, ale dla mnie koniecznego wstępu i skupmy się na pewnym znamiennym fakcie.
Otóż stało się coś nieprawdopodobnego w dużym państwie europejskim, które chce uważać się za poważne.
Oto na oczach kamer, mikrofonów i ludzi, którzy podobno umieją czytać, dokonano publicznej prezentacji wniosków z chyba tajnego i "dość precyzyjnego" raportu CIA, który miał otrzymać od szefa tej agencji Johna Ratcliffa nasz Ukochany Premier Donald Tusk. Dokonał tego z pełną powagą. Słowami z dokumentu, którego jak się okazało... najprawdopodobniej nigdy nie było.
Nie było żadnej teczki. Nie było stron. Nie było numeru, daty, pieczęci, parafki ani choćby tej żałosnej kserokopii, którą u nas zwykło się nazywać oryginałem, bo oryginał „jest w sejfie Kancelarii Premiera”. Był człowiek, choćby Premier RP. Były kamery i mikrofony. Była powaga tak gęsta, iż można było nią kroić powietrze. I był głos, który przez dłuższy czas prezentował to, czego najpewniej nigdy nie sporządzono. A przed nim siedziało lub stało grono osób w polskim Sejmie oraz m.in. podczas spotkania z szefami rządów państw Grupy Wyszehradzkiej w Bratysławie.
"Otrzymałem w ostatnich godzinach dość precyzyjny raport bezpośrednio od szefa CIA dotyczący możliwych zdarzeń w najbliższych miesiącach i tak, jak już na ten temat mówiłem i ostrzegałem od wielu miesięcy. Należy spodziewać się różnych scenariuszy i Polska i cała Europa musi być przygotowana na różne scenariusze, jeżeli chodzi o sytuację nie tylko na froncie rosyjsko-ukraińskim, ale także na wschodniej flance UE" - stwierdził był nasz Czcigodny Premier [1].
Zresztą zobaczcie i usłyszcie to (razem z komentarzem) na własne oczy i uszy...
Na takie dictum odpowiedział prezydencki minister Marcin Przydacz: "Nie było żadnego »tajnego raportu CIA« na biurku. Wymyślone kłamstwo, żeby zelektryzować opinię publiczną i przyszpanować. Paski naiwnych mediów grzały dwa dni. Nikt nie sprawdził, nikt nie zweryfikował. Kto mu uwierzy, gdy rzeczywiście coś się będzie miało wydarzyć?" [2].
Do narastających wątpliwości odniósł się też Tomasz Siemoniak, przedstawiając kulisy przekazania informacji ze stolicy USA. Jak wyjaśnił, natychmiast po rozmowie przeprowadzonej w Waszyngtonie z szefem amerykańskiej agencji wywiadowczej przekazał szefowi rządu najważniejsze ustalenia: "Przekazałem je premierowi nie w postaci pisemnego raportu, po prostu można to nazwać ustnym raportem" – sprecyzował Tomasz Siemoniak. Dodatkowo poinformował, iż te same, precyzyjne informacje niezwłocznie po paru dniach trafiły również do Prezydenta RP [3].
Pozwolą Państwo, iż opiszę rzecz po kolei, gwoli ścisłości, skoro ścisłości właśnie nam odmówiono.
Najpierw ustami polskiego premiera powiedziano, iż dokument istnieje. Potem, iż w sumie jego treść jest co do zasady raczej utajniona, więc nie może być pokazana. Potem, iż "raport - niewidka" został już pokazany — właśnie teraz, ustnie — i iż kto nie słuchał, ten nie czytał. Na koniec "między wierszami" dodawano, iż wątpliwości co do istnienia dokumentu są choćby atakiem na powagę państwa i jego bezpieczeństwo. I fanatyczni zwolennicy KO czy lewacko-demoliberalne elity unijne kiwali z wielką powagą głowami, jakby kiwanie było formą lektury.
Nie wiem, kto i dlaczego uznał, iż werbalny zwrot „przedstawiam” zastępuje papier. Nie wiem, kto i dlaczego nauczył część dziennikarzy z nabożeństwem zapisywać "wyplute z gardła" przez D. Tuska treści, których – z dużą dozą prawdopodobieństwa graniczącego z pewnością – nikt nigdy nie napisał.
Ale wiem jedno. Od tej chwili dokument nieistniejący ma już swój żywot publiczny, bogatszy niż niejeden dokument istniejący. Ma interpretacje. Ma obrońców. Ma krytyków, którzy spierają się o nieistniejący przecinek. Ma ludzi, którzy choćby „czytali go w całości”, choć całość składa się z kilku zdań wypowiedzianych do mikrofonu: iż dokument (w kontekście rosyjskiego imperializmu) jest bardzo istotny dla polskiego i europejskiego bezpieczeństwa.
Prezentujący części raportu nasz Ukochany Premier D. Tusk był nad wyraz poważny, jakby faktycznie wierzył w istnienie tego raportu.
A może on rzeczywiście w to wierzył, może też sam go wymyślił albo miał jakieś urojenia lub słyszał głosy czytające mu jego treść? Mogło być też tak, iż zrobił to na rozkaz jego mocodawców z Berlina albo też najzwyczajniej z własnej potrzeby, bo po prostu jest "patologicznym kłamcą" i kłamiąc odczuwa specyficzną formę jakiejś chorej ekscytacji i satysfakcji? Albo też zrobił to bardzo cynicznie licząc na wywołanie w Polakach psychozy strachu przed ewentualną agresją i wojną z Rosją? Może też skierował te słowa do debilnej części swojego fanatycznego elektoratu, który bezgranicznie i bezrefleksyjnie uwierzy w każdą wypowiedzianą przez niego bzdurę? A może jest to pośredni wyraz jego nieskrępowanej i widocznej już niemal obsesji na punkcie Prezydenta Karola Nawrockiego, którego podziwia a jednocześnie zazdrości mu wszystkiego tak mocno, iż aż go we wszystkim nienawidzi?
No i poniżej mamy "wariację" sztucznej inteligencji na temat wspomnianej obsesji:
]]>]]>
Autor: wariacja AI – bezosobowego "GPT Image" na podstawie hipotetycznego i "sardonicznie uśmiechniętego" mojego zapytania: "Jak mogłaby wyglądać mroczna obsesja Premiera Donalda Tuska na punkcie osoby Prezydenta Karola Nawrockiego?"
Każdy z tych w/w powodów jest możliwy i każdy z nich można by było omówić w osobnym felietonie albo też zanalizować je wszystkie by wykazać, iż przyczyną zachowania Premiera jest tak naprawdę ich "mix", czyli ich współzależny zespół. I rzeczą najważniejszą jest określenie wewnętrznej struktury ich stopnia wpływu na decyzje i zachowania naszego Słońca Peru. Niemniej każdy z nich jest co najmniej niebezpieczny dla Polski i Polaków, bo przecież dotyczy osoby samego Premiera Polski a Polska nie zasługuje na premiera być może: nierównoważnego psychicznie, z ewentualnym kompleksem niższości lub też możliwego patologicznego kłamcę i zawistnika.
No bo jak określić osobę, która "ciągle się wścieka", opowiada o nieistniejących w rzeczywistości faktach, bywa patologicznym kłamcą i cynicznym hipokrytą z silnie zakorzenionym "mechanizmem wyparcia", u której często widać wybujałe ego a jednocześnie jakiś nieokreślony "kompleks niższości" czy też charakteryzującą się nad wyraz rozwiniętą i w sumie infantylną potrzebą posiadania władzy i oceniającą innych "podług własnej miary"? A dodatkowo wyczuwa się u niej brak empatii lub ta empatia jest raczej udawana.
Czy jest ona egocentroikiem, megalomitomanem a może już osobą niemal chorą psychicznie projektującą swoje wyobrażenia o innych na podstawie wyobrażeń o własnej osobie? Nie mnie to rozstrzygać – są od tego różni specjaliści. Ja tylko subiektywnie i w "krzywym zwierciadle"* opisuję to co widzę i jak to – być może całkowicie błędnie – odbieram i interpretuję. A szczerze... to chciałbym w tym temacie być naprawdę w "mylnym błędzie".
Człowiek naiwny (dla przykładu jakiś dziennikarz), a więc dziś niemal wywrotowiec — mógłby zapytać, czy może dostać egzemplarz omawianego raportu. Odpowiedź na to niemal zawsze jest jedna i wypowiadana z wyrzutem, iż egzemplarz właśnie został przekazany publicznie. Ustnie. I iż domaganie się papieru jest niepoważne, bo papier można sfałszować, a powagi nie. Na to nie ma już odpowiedzi, bo odpowiedź wymagałaby dokumentu, a dokumentu nie ma, więc zamyka się jakąkolwiek dyskusję w imię dokumentu.
I tu dochodzimy do rzeczy, która powinna każdego normalnego człowieka zadziwić, postawić na nogi i skłonić do poważnej refleksji.
Skoro dokumentu nie ma, to nie ma też tego, co dokument rzekomo przedstawia, nakazuje lub przed czym przestrzega. Nie ma więc podstawy, aby stanowił podstawę wyciągania na jego podstawie jakichkolwiek wniosków, bo przecież dokumentu po prostu nie ma a jest tylko przekaz ustny. I na jakiej podstawie ten ustny przekaz premiera powstał? Na podstawie dokumentu, którego nie ma? Istny "misz masz", jakieś koło absurdu i hipokryzji, które zamknęło się tak szczelnie, iż prawda nie ma już którędy wejść ani wyjść.
Mówiąc kolokwialnie: pokazano nam pustkę i kazano jej bić brawo.
Najpierw było zdanie. Potem stało się cytatem. Cytat stał się źródłem. Źródło stało się dokumentem. Dokument stał się podstawą tworzenia atmosfery strachu. A kiedy ktoś już pyta o papier, to słyszy, iż jest ignorantem, bo „wszyscy już to słyszeli”. Wszyscy. Czyli nikt nie musi już sprawdzać. Sprawdzanie bowiem byłoby brakiem zaufania do wszystkich i atakiem na bezpieczeństwo państwa, a brak takiego zaufania jest dziś jedynym przestępstwem, które nie wymaga dokumentu.
Pozostawiam w próżni pytanie, które i tak ciśnie się na usta: o ile dokument nie istnieje, to co adekwatnie zostało zaprezentowane z taką drgającą powagą?
Odpowiedź jest prosta i dlatego nie padnie na żadnej konferencji prasowej. Zaprezentowano naszą gotowość, żeby uwierzyć. Nic więcej. Ani strony, ani podpisu, ani treści. Tylko gotowość. I ta gotowość — to trzeba powiedzieć z całą szyderczą powagą, na jaką stać felieton — była jedynym załącznikiem, jaki tego dnia naprawdę wniesiono na salę.
A na koniec opowiem Państwu, co mi się śniło...
...Była sala. Duża, urzędowa, z wodą w karafkach, których nikt nie pije, bo picie wyglądałoby na lekceważenie powagi. Na stole leżała teczka. Gruba. Z napisem „DOKUMENT”. Prezentujący otworzył ją z namaszczeniem, z jakim otwiera się rzeczy ostateczne. W środku nie było kartek. Było lustro. I każdy, kto zajrzał, zobaczył nie treść, tylko własną minę, już zgodną, już kiwającą, już cytującą artykuł, którego nie ma. A im dłużej patrzył, tym bardziej był pewien, iż właśnie przeczytał. I zaczął poprawiać innych: iż w podkreślonym i omawianych akapicie raportu jest inaczej, iż załącznik mówi wprost, iż kto nie widzi, ten nie chce widzieć. A lustro milczało. Lustro zawsze milczy. To ludzie dopisują mu głos. I ten głos był coraz pewniejszy, i coraz bardziej oburzony, i coraz głośniej żądał postępowania prokuratorskiego wobec wszystkich, którzy śmią twierdzić, iż w teczce nic nie ma... aż się przebudziłem.
Oj, jak to dobrze, iż to był tylko sen...
Tylko iż przemówienie premiera nie było snem. Było całkiem realne. Z mikrofonem. Z powagą. Z dokumentem, którego nie było. I z nami, którzyśmy już prawie zaczęli go cytować.
Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad... a o ile już musisz zostawić jakiś dokument, zostaw taki, który da się wziąć do ręki...
Koniec części I. Niedługo będą kolejne. A może Państwo mają jakieś propozycje zachowań premiera, którymi warto się sarkastycznie przyjrzeć? Bo dziś chyba już tylko satyra nam pozostaje, zupełnie jak za czasów komuny...
[2] Tamże
*„w krzywym zwierciadle” – związek frazeologiczny, który oznacza przedstawianie rzeczywistości w sposób celowo zniekształcony, przesadzony i karykaturalny, zwykle po to, aby coś wyśmiać, skrytykować lub obnażyć czyjeś wady. W literaturze, filmie i publicystyce zwrot ten oznacza zastosowanie satyry, parodii lub groteski.

Zostaw za sobą dobra, miłości i mądrości ślad...

© Krzysztof Jaworucki (krzysztofjaw)
Idź do oryginalnego materiału