Czy po wojnie wzejdzie słońce? Europa w epoce pozachodniej

1 dzień temu

Niekiedy „lata grozy”, „lata terroru” i „lata ołowiu” zamieniają się w „dekadę chaosu”, „czarną dekadę” lub „straconą dekadę”, te zaś nieuchronnie prowadzą do „wieku niepokoju”, „epoki upokorzenia” bądź „wieku upadku”. Czy więc powinniśmy przygotować się na nadejście dłużej trwającej „ery niepewności” i „czasów smuty”? Czy przed nami nowe „wieki ciemne”?

Doświadczenie i prawa natury uczą nas, iż po każdej nocy wreszcie nadchodzi poranek i nastaje nowy dzień. Jak jednak uczy nas historia, mroczne czasy – choć przypominają noc – nie zawsze kończą się równie gwałtownie jak ona. Niekiedy „lata grozy”, „lata terroru” i „lata ołowiu” zamieniają się w „dekadę chaosu”, „czarną dekadę” lub „straconą dekadę”, te zaś nieuchronnie prowadzą do „wieku niepokoju”, „epoki upokorzenia” bądź „wieku upadku”. Czy więc powinniśmy przygotować się na nadejście dłużej trwającej „ery niepewności” i „czasów smuty”? Czy przed nami nowe „wieki ciemne”?

Epoka przebudowy

Gołym okiem widać i oglądamy to wszyscy razem przy pomocy wszelkich dostępnych środków masowego przekazu i masowego komunikowania, jak kończy się era dominacji Zachodu, a z dużym prawdopodobieństwem – kończy się po prostu Zachód. Nie chodzi jednak o snucie kolejnej apokaliptyczno-dekadenckiej opowieści, jakich nasłuchaliśmy się już wiele w naszych dziejach, które jak zwykle mogą – ale nie muszą – się ziścić, a tak wnikliwie i z rozrzewnieniem dysputowali o nich filozofowie. Chodzi raczej o nazwanie adekwatnymi słowy świata, który wszyscy oglądamy. Ten świat zmienił się w ostatnich latach i ten świat zmienia się cały czas na naszych oczach – wręcz każdego dnia zmianę tę oglądamy na ekranach naszych telefonów. Niewątpliwie symbolem tej zmiany – niekoniecznie wyłącznie jej wykonawcą – jest amerykański prezydent Donald Trump. Choć wielu przypisuje mu iście mesjańskie zdolności, które wyrwać mają Amerykę z imaginarium rzekomo „lewackich” pułapek i pomyłek, to jednak w rzeczywistości jest on jedynie wyrazicielem pewnych zmian, zarówno mentalnych, jak i geopolitycznych, które w amerykańskiej wyobraźni i międzynarodowej rzeczywistości już się dokonały bądź właśnie się dokonują. jeżeli można mówić o jakichś jego „zasługach” w tej sprawie, to co najwyżej o zmian tych przyspieszeniu.

Trump jest niczym „lodołamacz rewolucji”, który przygotowuje grunt pod radykalną – rewolucyjną wręcz – zmianę porządku, jednocześnie uczestnicząc w tej zmiany dokonywaniu. W tym przypadku Trump jest lodołamaczem ery pozachodniej – choć sam jest elementem systemu zachodniego, to jednocześnie zarówno przygotowuje podstawy pod nowy porządek, który powstanie na gruzach tegoż, jak i przyjmuje rolę burzyciela, który podejmuje się namacalnych działań, które upadek ten przyspieszają. Gdyby jednak Trump czytał Suworowa, to wiedziałby, iż lodołamacz niekoniecznie dopływa do przewidywanego celu. Amerykański prezydent wierzy, iż zmiana porządku – wszak dokonuje się na naszych oczach, tu i teraz! – nadejdzie szybko, nowy ład bezpardonowo ukonstytuuje się na zgliszczach, a on stanie się jedną z naczelnych figur tego nowego świata. Nic bardziej mylnego. Najprawdopodobniej ów lodołamacz będzie musiał spocząć na gruzowisku starego świata i nie będzie kosztował owoców tego, co wyrośnie na zgliszczach dawnej potęgi Zachodu. Lodołamacz, choć wprowadza Zachód w epokę przebudowy, nigdy nie ujrzy kresu tego procesu i na pewno nie stanie się jego beneficjentem. A kto będzie beneficjentem tych zmian? Tego jeszcze nie wiemy.

Trump symbolizuje koniec Zachodu i jednocześnie za jego sprawą ów koniec Zachodu się realizuje. Stany Zjednoczone pod jego przywództwem dokonują pierwszego kroku w kierunku wycofania się z sojuszu amerykańsko-europejskiego, który stał się fundamentem świata stworzonego po II wojnie światowej. Kiedy 2 kwietnia 2025 r. w ogrodzie różanym Białego Domu Trump ogłosił Dzień Wyzwolenia (Liberation Day) i rozpoczął ofensywę taryfowo-celną przeciwko całemu światu, de facto zakończył okres pogłębionej współpracy gospodarczej między Stanami Zjednoczonymi a Europą. Oczywiście nie zakończył go z dnia na dzień (wszak nie sposób coś takiego zrobić!), bo przecież trwających i pogłębiających się przez dekady, bliskich relacji handlowych między obu stronami Atlantyku, ot tak zakończyć się nie da. Jednoznacznie zademonstrował jednak, iż stosunki te nie są i nie będą już dla Amerykanów priorytetem. Kiedy w marcu 2025 r. powiedział, iż „w ten czy inny sposób”, ale doprowadzi do zdobycia Grenlandii, de facto zakończył okres pogłębionej współpracy politycznej Ameryki z Europą. Choć z oczywistych względów efektów tych zmian jeszcze nie widzimy, to jednak nie należy mieć złudzeń: te zmiany już się dokonały i nie ma już powrotu do status quo ante. Wszystko, co w Europie możemy zrobić, to pogodzić się z takim porządkiem rzeczy i przygotować się na nowy świat.

Wojna o świat

Era przebudowy będzie okresem burzliwym, niestabilnym i nieprzewidywalnym. Zresztą ostatnie lata – w szczególności zaś ostatnie miesiące – dobitnie pokazują, jak owa niestabilność powoli rozprzestrzenia się na kolejne regiony i sfery życia. Świat w tym okresie pogrąży się w wojnie… A adekwatnie wojna ta rozpoczęła się już jakiś czas temu! Tak, jesteśmy świadkami pierwszych odsłon wojny o świat. Pamiętajmy jednak, iż „wojna o świat” nie musi być sensu stricto „wojną światową” – niekoniecznie towarzyszyć jej muszą na skalę globalną wybuchy bomb, masowe migracje ludności, czystki etniczne, zmiany granic i ofiary wśród ludności cywilnej. Wielcy tego świata mają w czasach współczesnych więcej narzędzi do prowadzenia tego typu wojen, choć – nie miejmy złudzeń – z instrumentów wojny konwencjonalnej korzystają również, kiedy tylko jest to w ich interesie. Sceny najnowszej wojny o świat obserwujemy już chociażby za pośrednictwem mediów społecznościowych: bombardowania Ukrainy przez Rosjan, sprowadzani przez białoruskie służby migranci używani do szturmowania granic z Polską i Litwą, prowokacje i incydenty na morzu i w powietrzu, manewry przygraniczne, podważanie statusu państwowego terytoriów i obszarów strategicznych, wojna informacyjna i dezinformacja etc.

Zapewne dla wielu najważniejsze jest pytanie, czy wojna o świat przeistoczy się w III wojnę światową. Gdyby decyzja o niej zależała od Stanów Zjednoczonych kierowanych przez ruch MAGA bądź od dyktatury wojennej, którą z Federacji Rosyjskiej uczynił Putin, to udzielona odpowiedź nie byłaby bynajmniej oczywista. Jednakże koncert mocarstw aktualnej ery przebudowy stanowi układankę dużo bardziej skomplikowaną niż w erze pojałtańskiej. Multipolaryzm współczesnego świata sprawia, iż decyzje o istotnych interwencjach dotyczących sposobu prowadzenia wojny zapadają w wyniku wielopoziomowej – sieciowej wręcz – kalkulacji interesów i sił. Relacje między państwami i innymi podmiotami stosunków międzynarodowych w zglobalizowanym świecie przenikają się i plączą. Nie ma poza tą sieciową plątaniną żadnego podmiotu, który odgrywałby jakiekolwiek znaczenie w tej wojnie. Jedna decyzja skutkować może ciągiem kolejnych, te zaś rykoszetem odbić się mogą na samym decydującym. Efekt motyla we współczesnym zglobalizowanym świecie może natychmiastowo niweczyć kalkulacje najbardziej choćby wytrawnego stratega. Paradoksalnie więc najważniejszym instrumentem największych dowódców aktualnego spektaklu wojny jest ostrożność.

Wojna o współczesny świat to wojna lisów, nie zaś jeży! Choć Isaiah Berlin w swoim słynnym eseju radzi, aby prawdziwy przywódca polityczny był zarówno lisem, jak i jeżem, to jednak w czasach zawieruchy lisy okazują się bardziej skuteczne. Jeż kieruje się jedną naczelną zasadą świata, którą pragnie urzeczywistnić. Jest skupiony na realizacji celu, zdeterminowany, gdyż wierzy w swoją wizję i pragnie pozostać wiernym swoim ideom. Lis tymczasem akceptuje chaos i nieporządek, rozumie, iż świat pełen jest sprzeczności, karmi się pluralizmem i różnorodnością, pozostaje realistyczny i elastyczny, choć nie brak mu empatii. Poradzenie sobie ze światem w erze nieporządku i przebudowy dla jeża okaże się zadaniem nie do wykonania, odnajdzie się w nim jedynie lis. Jeż jest dogmatykiem, ślepym na złożoność i skomplikowanie otaczającego nas świata – tym bardziej skomplikowanego, im więcej w nim chaosu. Berlin przestrzegał, iż do największych tragedii świata dochodzi wtedy, gdy światem rządzą jeże, które zapominają, iż świat per se jest lisem. jeżeli przyjrzymy się przywódcom państw odgrywających kluczową rolę w nowym koncercie mocarstw, wówczas niewątpliwie będziemy w stanie dostrzec zarówno jeże, jak i lisy. To może nam unaocznić, która ze ścieżek przebudowy globalnego porządku okaże się zwycięska.

Świat po wojnie

Przyglądając się współczesnemu światu pewne wydaje się to, iż świat ten po wojnie pozostanie światem wielobiegunowym. Wiele mieliśmy w dziejach ludzkości epok, które opierały się właśnie na multilateralizmie: od państw chińskich w okresie walczących królestw (V-III w. p.n.e.) i świata hellenistycznego po Aleksandrze Macedońskim (IV-II p.n.e.), poprzez świat islamu i Eurazję między X a XIII w., aż po europejski porządek po kongresie wiedeńskim (1815-1853) i świat przed I wojną światową (1871-1914). Na pewno przewagą systemów światowych opartych na porządku wielobiegunowym jest brak jednego hegemona definiującego zasady gry i naturalnie kształtująca się równowaga sił. Potencjalny upadek jednego z podmiotów, stanowiących część układu współzależności, zwykle nie prowadzi do zawalenia się całego porządku. Choć sojusze są w nim zmienne i elastyczne, to jednak mniejsi aktorzy międzynarodowi są w stanie skuteczniej i bardziej podmiotowo balansować pomiędzy poszczególnymi centrami ładu. Brak w tym systemie jednego, silnego i dominującego strażnika zasad, odpowiednio silnego, aby był w stanie wymuszać na innych aktorach posłuszeństwo względem reguł. Niestabilność sojuszy może skutkować chaosem i rywalizacją, która z kolei może prowadzić do konfliktów – choć zwykle są to konflikty na mniejszą skalę.

Multicentryczność świata pozachodniego sprawi, iż post-Zachód, czyli osobno postrzegane Stany Zjednoczone, Kanada, Europa i Australia, staną się regionalnymi potęgami, jednakże żadna z nich nie będzie w stanie rościć sobie pretensji do bycia światowym hegemonem. Żadna z nich, czyli również nie będą to Stany Zjednoczone. Znaczenie Zachodu jako całości spadnie, bo de facto Zachód jako całość po prostu przestanie istnieć. Każdy z podmiotów post-Zachodu będzie zmuszony do budowania nowych współzależności, zarówno tych regionalnych, jak i tych, które pozwolą na uregulowanie relacji z największymi potęgami świata. Europa ma takie zdolności i jest w stanie – występując pod szyldem Unii Europejskiej – wchodzić w bilateralne porozumienia nie tylko z Amerykanami, ale również z Kanadą, Chinami, Indiami, Brazylią czy konkretnymi blokami państw latynoamerykańskich, arabskich czy afrykańskich. Pozycja Europy w formowaniu się takiej nowej sieci współzależności w świecie pozachodnim zdaje się być całkiem niezła i skłaniać wzrastające potęgi regionalne do dogadywania i układania się z Europejczykami. Wymaga to jednak nie tylko odwagi i realizmu politycznego, ale w pierwszej kolejności wyzwolenia się z sideł mentalnej niewoli, w jakiej znalazła się dominująca część europejskich elit, przywiązana do mitologii o Zachodzie i profetycznej roli Ameryki.

Pewna pozostało jedna rzecz: centrum dowodzenia tym nowym światem pozachodnim znajdować się będzie gdzieś w okolicach Indo-Pacyfiku. To w tym obszarze krzyżują się z sobą trzy najważniejsze dla porządku światowego osie władzy: gospodarcza, militarna i technologiczna. To przecież aż 60% światowego PKB powstaje w regionie Indo-Pacyfiku, tutaj żyje ponad połowa światowej populacji i tutaj znajdują się najszybciej rozwijające się gospodarki świata. Przez Indo-Pacyfik przebiegają najważniejsze dla światowego handlu szlaki: Morze Południowo-Chińskie, Cieśnina Malakka i Cieśnina Tajwańska – to właśnie tymi trasami przepływa większość światowej produkcji urządzeń elektronicznych i komponentów technologicznych, jak również surowce energetyczne z innych części świata. To Indo-Pacyfik wreszcie jest sercem zaawansowanych półprzewodników, które są dziś kluczem do rozwoju technologicznego – trudno sobie bez nich wyobrazić już nie tylko rozwój narzędzi sztucznej inteligencji, ale również produkcję najnowocześniejszego uzbrojenia czy skuteczne przeprowadzenie transformacji energetycznej. To w tej części świata aktualnie najszybciej rozwija się sektor zbrojeniowy, a rakiety hipersoniczne i broń kosmiczna to tylko przykłady produkowanych tutaj i zakupywanych przez największe państwa technologii.

Nadzieje Europy

Choć ten wielobiegunowy świat, który ukształtuje się po najnowszej wojnie o jego porządek i organizację, pozostaje dla nas wciąż zagadką i niewiadomą, to jednak wiele już – jak widać – jesteśmy umiemy o nim powiedzieć. Co ważne, eksperci opisują ten przyszły pozachodni świat już od kilku dekad i naprawdę wystarczy czasami ich poczytać bądź posłuchać, aby odpowiednio się na to, co przyszłe i nowe, przygotować. Jęki i płacze co niektórych europejskich sierot po Zachodzie na pewno usłyszymy wielokrotnie, ale rzecz nie w tym, by bezsensownie łkać, ale by uzbroić się – nie tylko militarnie – na to, co nadejdzie (a – jak się wydaje – nadejść musi). Wydaje się, iż Europa w tych przygotowaniach radzi sobie całkiem nieźle, choć jej przywódcy muszą uderzyć się w pierś i przyznać, iż w ostatnich dekadach drzemali spokojnie, udając, iż nie widzą tego wszystkiego, co się działo wokół. Podpisana w 2016 r. umowa o wolnym handlu między Unią Europejską a Kanadą (CETA), wynegocjowana w 2019 r. umowa z Mercosur czy też wznowienie w 2022 r. i zakończenie w 2026 r. negocjacji w sprawie odpowiedniej umowy z Indiami – to namacalne dowody na to, iż Europa usiłuje odnaleźć się na nowej-przyszłej szachownicy świata. Niezależnie od kontrowersji wokół każdego z tych porozumień, widać dobitnie, iż Europejczycy nie zamierzają pokornie pochylić głowę przed chińską potęgą ani błagać o litość i wstrzymanie lodołamacza przez aktualnego lokatora Białego Domu. Czy zatem po nadchodzącej bądź już trwającej wojnie wzejdzie słońce? Tak, wzejdzie na pewno, jednak nie wiemy, jak długo potrwa wojna.

Idź do oryginalnego materiału