Czy grozi nam (nieuchronnie) „agresja rosyjska”?

myslpolska.info 2 godzin temu

Tak na okrągło opowiadają nam politycy (wszyscy, prawie bez wyjątku), a oni przecież wiedzą wszystko najlepiej. Nie tylko na temat Rosji.

Przecież lepiej wiedzą od władz amerykańskich co jest w interesie USA, podobnie w przypadku władz w Kijowie, a choćby Chin. Co prawda ostatecznie państwa te okazują się „nieprzewidywalne”, bo nie dostosowują się do „ichnich” prognoz.

Może tylko dlatego, iż tych prognoz nie znają, bo wtedy na pewno postępowałyby zgodnie z naszymi zaleceniami. Ciekawe, czy Rosja zna nasze prognozy i dokona „nieuchronnej” agresji? Na kogo? Z tego co wiemy z naszych obowiązujących prognoz, to na jakieś „państwo wschodniej flanki NATO”. Czyli może na nas. Jakie jest (nasze) uzasadnienie nieuchronności tej „agresji”? Do końca nie wiadomo, ale podawane są motywy ogólne, bo Rosja „ma (jakoby) cechy imperialne”, „chce przetestować jedność NATO” lub chcę „odtworzyć ZSRR”. W dodatku w tych uzasadnieniach są rażące sprzeczności, bo od ponad czterech lat przekonują nas, iż dopóki Ukraina walczy z Rosją to właśnie nas „ruskie” nie zaatakują. Przedtem słyszeliśmy, iż po likwidacji banderowskich władz w Kijowie „Rosja się nie zatrzyma” i pójdzie dalej na Zachód po to, aby zdobyć zagraniczne hipermarkety umiejscowione w naszym kraju. Teraz dowiadujemy się, iż jedno drugiemu nie przeszkadza i „ruszą na Zachód” już teraz. jeżeli brać to na serio, to nasze wsparcie dla „walczącej Ukrainy” nie miało żadnego sensu, bo Rosja, mimo iż „przegrywa (naszą) wojnę”, musi nieuchronnie dalej atakować. Jak już rozsypią się te wszystkie „teorie”, pozostanie jeszcze na deser przekonanie o „nieprzewidywalności” Rosji.

Ale mogło być jeszcze gorzej. Od kilku lat w tzw. kręgach dobrze poinformowanych powtarzana jest opowieść o planie udziału naszego państwa w… podziale Ukrainy wespół z Węgrami przy milczącej akceptacji Rosji, której udział w tym podziale byłby największy. Ostatnio przypomniał o tej legendzie (?) znany polityk będący również adwokatem, a jeden z ważnych ministrów upowszechnił jego wypowiedź. Przypomnę, iż Węgry miałyby wziąć Zakarpacie, a my większość ziem, które należały przed wojną do II RP (łącznie z Wołyniem?). Ponoć koronnym dowodem prawdziwości tej opowieści była wizyta wysokich oficjeli jeszcze „PiSowskiego rządu” na Ukrainie na początku tej wojny, gdy zaproponowaliśmy, żeby na te tereny wkroczyły „wojska NATO” (czyli polskie).

W ciągu ostatnich czterech lat opowiadano najbardziej absurdalne wizje naszej roli w stosunkach z Ukrainą. Byli choćby tacy, którzy chcieli nas do niej… przyłączyć: miały się odbywać wspólne posiedzenia parlamentów obu państw oraz ich rządów. Przy okazji wyjaśnię dlaczego używam słowa „przyłączenie” (a nie „połączenie”) i to w dodatku do Ukrainy (a nie odwrotnie – do Polski). Tę koncepcję lansowali (?) polscy komentatorzy, celebryci a choćby naukowcy, którzy obwieszali się flagami ukraińskimi, które powiewały również na gmachach publicznych naszego państwa (przypomnę, iż na Ukrainie nikt polskich flag nie wywieszał) i nie bez powodu zasłużyli oni na miano „sług narodu ukraińskiego”. Zresztą owo przyłączanie było wyłącznie w interesie obecnych władz w Kijowie, a dla nas byłoby oczywistą katastrofą. Była również wspomniana już koncepcja (równie absurdalna) owego podziału, czyli wchłonięcia przez państwo polskie kolebki banderyzmu, czyli na wskroś antypolskiej części tamtego państwa. Wraz z pomnikami UPA i ich przywódców. Byłby to z punktu widzenia Polski i Polaków krok samobójczy (w każdym tego słowa znaczeniu). Przypomnę, iż przed wojną istniały na tych terenach zbrojne bojówki antypolskie, Ukraińcy zabijali polskich funkcjonariuszy publicznych (nawet ministra spraw wewnętrznych), a Wojsko Polskie pacyfikowało zbuntowane wsie ukraińskie. Opresyjna II RP rządzona niepodzielnie przez „Marszałka”, nie dawała sobie rady z banderowcami. O naszej słabej, w dodatku do cna skłóconej państwowości, która miałaby objąć we władanie ziemie zdominowane politycznie przez antypolską tradycję, lepiej nie myśleć: skończyło się to wojną, którą – podobnie jak przed 1939 rokiem – przegralibyśmy.

A wracając do „agresji rosyjskiej” – jedynym racjonalnym z punktu widzenia Moskwy wariantem zakończenia ich wojny jest właśnie pozostawienie samej sobie banderowskiej części Ukrainy, która jest (i będzie) zarówno antyrosyjska, jak i antypolska. Ma być ona „niepodległa” i powinna być przyjęta do UE. Wtedy nie będziemy mieć wyjścia: albo my albo oni, bo wstąpienie do UE okrojonej od wchodu Ukrainy będzie największym sukcesem politycznym Rosji, bo rozsadzi od wewnątrz tę organizację. Każdy wariant przyszłości jest zły, albo choćby jeszcze gorszy. Przecież przez ostatnie lata „wyhodowaliśmy” najbardziej złowrogi dla nas wariant przyszłości. Gdyby ktoś tu umiał wykroczyć poza granice swojej nienawiści wobec Rosji, w dodatku w imię przeciwstawienia się „agresji rosyjskiej”, to po cichu nie przeszkadzałby podporządkowaniu Rosji całej Ukrainy, a przede wszystkim jej zachodnich rubieży: pacyfikacja tych ziem „okupanta” zużywałaby przez lata jej siły i środki bez szansy na sukces. choćby nienawidząc Rosji i działając na jej szkodę, można postępować racjonalnie albo na własną szkodę. Jak dotąd (nawet z perspektywy rusofobów) popełniamy te same błędy.

prof. Witold Modzelewski

Myśl Polska, nr 31-32 (2-9.08.2026)

Idź do oryginalnego materiału