Człowiek wilkowi wilkiem

3 godzin temu
Zdjęcie: człowiek


Najpierw jest cisza, taka jak bywa tylko przed świtem. Droga gminna jeszcze pusta, asfalt wilgotny od rosy. Z jednej strony kilka domów, światła w kuchennych oknach, z drugiej – ściana lasu, która w Bieszczadach nigdy nie kończy się w sposób oczywisty, tylko miękko przechodzi w łąki i podwórka. W takiej scenerii granica między dzikim a ludzkim jest umowna. Czasem ma szerokość rowu, czasem tylko siatki ogrodzenia.

Z zarośli wychodzi zwierzę. Zatrzymuje się. Nie ucieka. Patrzy.

Ludzki organizm reaguje szybciej niż myśl. Puls przyspiesza, zawęża się pole widzenia, ciało podpowiada jedno słowo: zagrożenie. To odruch starszy niż prawo i starszy niż statystyka.

Dopiero później pojawiają się liczby, zestawienia i decyzje administracyjne. I okazuje się, iż konflikt człowiek-wilk wcale nie zaczyna się na skraju lasu. Zaczyna się w głowie.

Rejestr zamiast legend

W gminie Czarna temat wilków przestał być domeną opowieści przekazywanych od sąsiada do sąsiada. Urząd prowadzi formalny, szczegółowy rejestr zgłoszeń mieszkańców, odpowiedź na kolejne telefony i interwencje. Każde zdarzenie ma datę, lokalizację, opis sytuacji, czasem odległości zwierzęcia od człowieka, a choćby sposób płoszenia.

To nie kronika sensacji, ale dokument administracyjny.

Z przekazanych przez urząd danych wynika, iż w 2025 r. odnotowano 34 zgłoszenia dotyczące obecności wilków w okolicach ludzkich siedzib, a 20 z nich dotyczyło szkód materialnych – zabitych owiec, cieląt, psów stróżujących. Zdarzenia powtarzały się cyklicznie, często w tych samych miejscowościach i na tych samych trasach przemieszczania się zwierząt. Wilki widywano kilka-kilkadziesiąt metrów od domów, na drogach gminnych, przy przystankach, w sąsiedztwie budynków gospodarczych.

Wpisy mają chłodny, urzędowy język: obserwacja przy zabudowaniach, brak reakcji ucieczkowej, płoszenie skuteczne. A jednak z tej suchej formy wyłania się obraz stałej obecności – nie incydentu, ale powtarzalności. Czegoś, co przestaje być wyjątkiem, a zaczyna być elementem krajobrazu.

Jednocześnie urząd zaznacza: nie odnotowano bezpośrednich ataków na ludzi. I zaraz obok: subiektywne poczucie zagrożenia mieszkańców jest wysokie. To zestawienie dwóch prawd, o pogodzeniu których trudno mówić.

Zdarzenie ma datę i godzinę

Gdy spojrzymy na rejestr jak na kalendarz, konflikt nabiera rytmu.

Wiosna: ataki na psy na ogrodzonych posesjach.
Lato: owce zabite mimo siatki i pastucha elektrycznego, drapieżnik podkopujący się pod ogrodzeniem, pogoń za psem aż do budynku mieszkalnego.
Jesień: kolejne szkody w stadach przy drogach wojewódzkich.
Zima: wilk przy przystanku – kilka metrów od dziecka czekającego na autobus, zagryziona pięcioletnia krowa, tropy kilku osobników.

Każdy z tych wpisów to osobna historia, ale zestawione ze sobą tworzą coś więcej – mapę napięcia, które rozlewa się po gminie. W dokumentacji nie ma przymiotników. Nie ma słowa groźny. Jest tylko fakt: zwierzę było blisko. Czasem bardzo blisko. A to wystarczy, by w wyobraźni odległość między lasem a domem skurczyła się do zera.

Samorząd: edukacja i odstraszanie

Reakcja gminy Czarna jest metodyczna. Najpierw informacja: tablice w przestrzeni publicznej, materiały dla szkół, 1000 ulotek rozdanych mieszkańcom, instrukcje, jak zabezpieczać odpady i jak zachować się przy spotkaniu z drapieżnikiem. Potem Internet i media społecznościowe – komunikaty, ostrzeżenia, przypomnienia.

To próba uporządkowania strachu wiedzą.

Równolegle uruchomiono instrumenty prawne. Dnia 3 stycznia 2025 r. wójt wystąpił do RDOŚ o zgodę na płoszenie, a 21 stycznia wydano decyzję zezwalającą na odstraszanie do 2029 r. do 10 wilków. Petardy, race, pistolety hukowe – hałas zamiast broni palnej. Celem nie jest eliminacja, ale przywrócenie dystansu między zwierzęciem a człowiekiem.

To rozwiązanie najbardziej zachowawcze, ale też pokazujące granice samorządu. Gmina może informować i odstraszać. Nie może rozstrzygnąć, czy wilków jest zbyt dużo.

Państwo: system działa

Na poziomie krajowym narracja jest spójna i konsekwentna. Ministerstwo Klimatu i Środowiska mówi o kompleksowym systemie minimalizowania konfliktów: derogacja wobec osobników problemowych, odszkodowania za szkody w inwentarzu, działania edukacyjne oraz wsparcie techniczne przy zabezpieczaniu stad. W dokumentach wszystko się zgadza – jest ścieżka zgłoszenia szkody, jest komisja szacująca straty, jest decyzja administracyjna i przewidziana prawem rekompensata finansowa. Konflikt zostaje opisany językiem procedur: wniosek, protokół, wypłata.

Resort podkreśla również szerszy kontekst przyrodniczy. Wilki, jako drapieżniki szczytowe, ograniczają liczebność jeleniowatych i dzików, a więc pośrednio zmniejszają presję na uprawy rolne i młodniki leśne. W tym ujęciu ich obecność nie jest problemem, ale elementem regulującym ekosystem i stabilizującym bilans szkód w krajobrazie. Z tego powodu – jak deklaruje ministerstwo – zmiana statusu ochrony gatunku nie jest planowana, a działania powinny koncentrować się na prewencji i rekompensatach, nie na redukcji populacji.

To język systemu: racjonalny, wyważony, oparty na bilansie zysków i strat, w którym każdy element ma swoje miejsce w tabeli. Problem w tym, iż strach nie działa jak bilans.

Rolnicy: system na papierze

Zupełnie inaczej brzmią wypowiedzi rolników i hodowców. Dla nich wilk nie jest elementem równania ani mieszkańcem ekosystemu, ale bardzo konkretną stratą: cielęciem, które miało zostać sprzedane, owcą będącą częścią stada, psem pilnującym obejścia. Każde takie zdarzenie ma wymiar nie tylko finansowy, ale też organizacyjny i emocjonalny – bo oznacza konieczność zabezpieczania gospodarstwa w warunkach niepewności.

Kilkaset kilometrów dalej, w zupełnie innym krajobrazie przyrodniczym, sytuacja jest zaskakująco podobna – choć zamiast pojedynczych wpisów w rejestrze pojawiają się setki wniosków odszkodowawczych. Warmińsko-Mazurska Izba Rolnicza wskazuje, iż największe napięcia rodzą się nie tyle przy samych atakach, ile na etapie procedur. najważniejszy przepis mówi o braku odszkodowania w przypadku zwierząt pozostawionych bez bezpośredniej opieki (…) od zmierzchu do świtu – pojęcia, które nie zostało zdefiniowane ani w ustawie, ani w aktach wykonawczych. W praktyce prowadzi to do uznaniowości decyzji i odmów wypłat choćby w sytuacjach, gdy stosowano ogrodzenia lub pastuchy elektryczne.

Skalę zjawiska pokazują liczby przekazane przez Izbę na podstawie danych RDOŚ w Olsztynie: 135 wniosków o odszkodowanie w 2020 r., 154 w 2021 r., 214 w 2022 r., 279 w 2023 r. oraz 227 w 2024 r. To setki spraw rocznie, przy czym – jak zaznacza Izba – rzeczywista liczba szkód może być wyższa, ponieważ część rolników rezygnuje ze zgłaszania strat, uznając procedurę za zbyt czasochłonną lub nieskuteczną.

W tej perspektywie hasło system działa brzmi inaczej. Bardziej jak formuła z urzędowego pisma niż doświadczenie z podwórka.

Biologia zamiast mitu

Przyrodnicy przypominają o jeszcze jednym wymiarze, który w debacie publicznej łatwo ginie pod ciężarem emocji. Wilk nie kalkuluje i nie testuje odwagi człowieka. Nie planuje. Reaguje. Jego zachowanie jest wypadkową bodźców środowiskowych: zapachu pokarmu, łatwo dostępnej zdobyczy, braku presji ze strony człowieka, naturalnej potrzeby eksploracji terenu. Nie widzi wyraźnej granicy w miejscu, gdzie kończy się zwarty kompleks leśny, a zaczynają rozproszone zabudowania. Dla niego to wciąż to samo terytorium.

Dlatego do wsi przyciągają go rzeczy prozaiczne: niezabezpieczone odpady, resztki poubojowe, padlina przy drogach, kompostowniki, psy biegające luzem, zwierzęta gospodarskie bez nocnych zabezpieczeń. To nie utrata lęku, ale rachunek energetyczny: najmniejszy wysiłek przy największej korzyści. Tak działa każdy drapieżnik.

Jak podkreśla Sylwia Szczutkowska, biolożka ze Stowarzyszenia Pracownia na rzecz Wszystkich Istot, badania prowadzone w Ameryce Północnej i Skandynawii pokazują, iż odstrzały interwencyjne nie przynoszą oczekiwanych efektów. Rozbijanie stabilnych watah prowadzi do rozpadu struktur rodzinnych, zwiększenia liczby młodych, niedoświadczonych osobników i większej skłonności do ryzykownych zachowań w pobliżu ludzi. Paradoksalnie więc presja łowiecka może nasilać konflikty zamiast je ograniczać.

Na tym tle szczególnie wybrzmiewa fakt, podkreślany przez przyrodników, iż w Polsce od zakończenia II wojny światowej nie udokumentowano przypadku ataku dziko żyjącego wilka na człowieka. Statystyka jest jednoznaczna, choćby jeżeli nie uspokaja wyobraźni.

To język biologii i etologii – pozbawiony dramatyzmu, oparty na prawdziwych mechanizmach, nie na intencjach. Chłodny. Niewzruszony. I właśnie dlatego tak trudno przyjąć go wtedy, gdy strach podpowiada coś zupełnie innego.

Instynkt kontra instynkt

W tym miejscu spotykają się dwa porządki, które rzadko poddają się językowi przepisów i procedur. Wilk działa instynktownie – reaguje na zapach, ruch, dostępność zdobyczy, wybierając to, co w danej chwili oznacza najmniejszy koszt energetyczny i największą korzyść. Nie kalkuluje ryzyka w ludzkim rozumieniu, nie odczytuje intencji. Odpowiada jedynie na bodźce środowiska.

Człowiek, choć przywykł postrzegać siebie jako istotę racjonalną, w sytuacji zagrożenia reaguje zaskakująco podobnie. Najpierw uruchamia się odruch obronny – przyspieszone tętno, napięcie mięśni, zawężona uwaga – dopiero później pojawia się analiza. Biologia wyprzedza rozsądek. Dlatego suche dane nie uspokajają, a statystyki nie neutralizują lęku.

W praktyce oznacza to, iż dla mieszkańców pierwszorzędne znaczenie ma to, co przeżyte bezpośrednio, a nie to, co zapisane w oficjalnych stanowiskach instytucji czy publikacjach naukowych. Spotkanie z wilkiem w pobliżu własnego domu, świeże tropy pod oknem, martwe zwierzę odnalezione rano w stadzie – to doświadczenia konkretne, osadzone w miejscu i czasie, ingerujące w elementarne poczucie bezpieczeństwa i w codzienny porządek życia. Raport ministerstwa czy tabelaryczne zestawienie szkód operują natomiast perspektywą uśrednioną, zdystansowaną, pozbawioną ciężaru jednostkowego przeżycia. Te dwa sposoby opisu rzeczywistości rzadko się pokrywają. Dlatego komunikaty o niskim poziomie ryzyka nie zawsze przynoszą oczekiwany efekt, a decyzje administracyjne – choć porządkują procedury – nie są w stanie unieważnić tego, co zostało zobaczone i zapamiętane.

Państwo próbuje tę rozbieżność porządkować dzięki przepisów, decyzji i procedur. Przyroda pozostaje jednak obojętna na paragrafy. Funkcjonuje według własnych, niezmiennych praw natury, które nie podlegają administracyjnym korektom. Konflikt pojawia się najczęściej tam, gdzie zamiast dostosowywać sposób użytkowania przestrzeni do obecności dzikich zwierząt, usiłujemy regulować ich zachowania aktami prawnymi. Tymczasem procesów biologicznych nie sposób negocjować ani zadekretować.

Pomiędzy tymi porządkami stoi człowiek – ten sam, który o świcie dostrzega drapieżnika kilkanaście metrów od swojego domu i reaguje dokładnie tak, jak reagowali jego przodkowie: instynktownie, zanim do głosu dojdzie rozum.

Może dlatego spór o wilki tak łatwo przestaje dotyczyć samych zwierząt, a przenosi się na relacje między ludźmi – między rolnikiem a urzędnikiem, między naukowcem a mieszkańcem, między decyzją zapisaną w dokumencie a doświadczeniem zapisanym w pamięci. Wilk pozostaje konsekwentny w swojej biologii. To my, ulegając własnemu lękowi, coraz częściej stajemy się dla siebie wilkami.

Idź do oryginalnego materiału