Części Zachodu

pecuniaolet.wordpress.com 12 godzin temu

O Duginie krążą różne opinie. Szczerze mówiąc mało mnie one interesują, gdyż nie interesuje mnie ideologia głoszona przez Dugina. Interesują mnie jego celne analizy, które wysoko cenię. Akurat niedawno agencja Ria Nowosti opublikowała jedną z nich. Dotyczy ona podziałów, jakie powstały w zachodnim świecie, po dojściu do władzy Donalda Trumpa. Analiza napisana jest pod kątem rosyjskiego czytelnika, ale paradoksalnie mogłaby być interesująca także dla nas. Mogłaby, ale nie będzie. Dlaczego? Bo w naszym kraju nie ma żadnych sił politycznych, które działałyby dla dobra Polski. Sił i ośrodków, które analizowałyby zachodzące na świecie wydarzenia pod kątem możliwego wykorzystania ich na korzyść naszego kraju. Taka jest smutna prawda. Do policzenia nielicznych, działających na własną rękę wyjątków, wystarczy palców jednej ręki. Niestety, kondycja umysłowa społeczeństwa nie daje nadziei na poprawę. To nie jest zarzut!! Od lat 90-tych, gdy nasze media zostały przejęte przez Zachód, jesteśmy poddawani działaniu intensywnej antyrosyjskiej propagandy. Padła ona na podatny grunt, gdyż nasz bałwochwalczy, bezkrytyczny i wiernopoddańczy stosunek do Zachodu, czyli nasza „murzyńskość”, wzmocniły jej działanie. Ale przede wszystkim to nie jest prymitywna propaganda, jaką znamy z PRL-u! To nowoczesne, wykorzystujące odkrycia psychologii, działanie na naszą podświadomość. W dużej mierze niezauważane i nieuświadamiane, bo nierozumiane. choćby osoby o wysokiej inteligenci są wobec niej bezbronne! Badania wykazały, iż jedynie kilka procent każdej populacji jest odporne na ten rodzaj propagandy. I także ta odporność nie zależy od inteligencji. Dlatego nie można nikomu zarzucać głupoty! Można jedynie współczuć, iż nie należy do tych kilku procent. To jest przyczyna, iż próba przekonania kogoś do tego, iż Rosja nie stanowi dla nas zagrożenia, skończy się stekiem wyzwisk albo choćby obiciem mordy. Bo nikt nie rozumie tego, iż to my jesteśmy zagrożeniem dla Rosji! Nie dlatego, iż jesteśmy jakąś potęgą! Ale dlatego, iż każdy atak na Rosję musi wyjść z naszego kraju, a my wcale nie ukrywamy, iż bardzo chętnie użyczymy go do tego celu!! Nie tylko „naszej” elitce infantylno-agenturalnej, ale niestety także sporej części naszego społeczeństwa marzy się wojna polsko-ruska pod flagą biało-czerwoną z białymi gwiazdami! I Rosja dobrze o tym wie! Niestety, Rosja prowadzi bardzo głupią politykę propagandową, która jeszcze bardziej wzmacnia wzajemną nienawiść.

Nie rozumiemy tego, iż największym naszym zagrożeniem są Niemcy i Ukraina, a w dalszej kolejności Anglia i USA. Nasza obecna sytuacja przypomina tę z 1939 roku. Śnimy sny o potędze i nikt nie widzi tego, iż kolejny raz zmierzamy prostą drogą do katastrofy, do której pchani jesteśmy przez te same siły co wtedy. O ile w 1939 roku nie mieliśmy dobrego wyjścia, to teraz je mamy, ale świadomie nie chcemy z niego skorzystać.

Ale ja tu ględzę, a wszyscy chcą przecież przeczytać analizę Dugina!

Początek tłumaczenia.

Trump rozbił Zachód na pięć części.

Autor: Aleksander Dugin

W polityce światowej zachodzą bardzo szybkie i dynamiczne procesy. W dużej mierze wynika to z polityki Trumpa, który wprowadził do systemu stosunków międzynarodowych wysoki poziom zawirowań, nieprzewidywalności i radykalizmu, a wydarzenia rozwijają się w coraz szybszym tempie.

Na naszych oczach rozpada się wyobrażenie o kolektywnym Zachodzie, czyli o solidarnej i dość przewidywalnej polityce głównych mocarstw zachodnich oraz tych krajów, które całkowicie podążają śladami Zachodu. Taki konsensus już nie istnieje. Globalistyczne projekty pękają w szwach, pod znakiem zapytania stoi choćby jedność euroatlantycka, los NATO i ONZ. Trump otwarcie stwierdził, iż prawo międzynarodowe go nie dotyczy i działa on w oparciu o własne wyobrażenia o tym, co jest moralne, a co nie. Żądanie Trumpa dotyczące przyłączenia Grenlandii do Stanów Zjednoczonych i groźby aneksji Kanady, radykalnie odmienne od europejskich mocarstw podejście do Ukrainy i Izraela (brak bezwarunkowego poparcia dla reżimu Zełenskiego, a wręcz przeciwnie pełne poparcie dla Netanjahu i jego polityki bliskowschodniej) jeszcze bardziej pogłębiają zapowiadający się i niemal już dokonany rozłam.

W sytuacji, gdy kolektywny Zachód jako jednolita całość polityczna, ideologiczna i geopolityczna już nie istnieje, stopniowo wyłania się nowa mapa, na której w jego miejsce pojawia się kilka odrębnych i często sprzecznych ze sobą formacji. Nie jest to jeszcze model ostateczny, a jedynie proces o nieokreślonym finale. Niemniej jednak już teraz można założyć, iż w miejsce jednolitego Zachodu powstanie pięć odrębnych podmiotów geopolitycznych. Spróbujmy je opisać.

Stany Zjednoczone w erze Trumpa 2.0 jako numer jeden na Zachodzie

Poglądy geopolityczne Trumpa znacznie odbiegają od globalistycznej strategii, którą stosowały poprzednie administracje, nie tylko demokratyczne, ale także republikańskie (jak w przypadku George’a Busha juniora). Trump otwarcie głosi bezpośrednią hegemonię amerykańską, która ma kilka etapów. Przede wszystkim chce on umocnić dominację USA w obu Amerykach. Znajduje to odzwierciedlenie w najnowszej wersji Strategii bezpieczeństwa narodowego, w której Trump odwołuje się bezpośrednio do doktryny Monroe, dodając do niej własną wizję.

Doktryna Monroe została sformułowana przez prezydenta Jamesa Monroe 2 grudnia 1823 roku w corocznym orędziu do Kongresu. Główną ideą było osiągnięcie pełnej niezależności Nowego Świata od Starego (tj. od europejskich metropolii), a Stany Zjednoczone były postrzegane jako główna siła polityczno-gospodarcza w wyzwoleniu państw obu Ameryk spod kontroli europejskiej. Nie powiedziano wprost, iż jedna forma kolonializmu (europejska) zostanie zastąpiona inną (ze strony Stanów Zjednoczonych), ale sugerowano pewną hegemonię Stanów Zjednoczonych w regionie.

W nowoczesnej interpretacji, uwzględniającej innowacje Trumpa, doktryna Monroe zakłada, co następuje:

– pełną i absolutną suwerenność Stanów Zjednoczonych oraz niezależność od jakichkolwiek instytucji transnarodowych, odrzucenie globalizmu;

– powstrzymanie istotnych wpływów geopolitycznych innych wielkich mocarstw (Chin, Rosji, a także państw Europy) na wszystkie kraje obu Ameryk;

– ustanowienie bezpośredniej hegemonii militarno-politycznej i gospodarczej Stanów Zjednoczonych nad obiema Amerykami i przylegającymi do nich obszarami oceanicznymi.

Do tej doktryny wpisuje się wspieranie przez Stany Zjednoczone reżimów wasalnych w Ameryce Łacińskiej, usuwanie polityków niepożądanych dla Waszyngtonu oraz ingerowanie w sprawy wewnętrzne wszystkich państw tego regionu — często pod pretekstem walki z handlem narkotykami, nielegalną imigracją, a choćby komunizmem (Wenezuela, Kuba, Nikaragua). Ogólnie rzecz biorąc, nie różni się to zbytnio od polityki prowadzonej przez Stany Zjednoczone w XX wieku.

Nowością w doktrynie Trumpa jest jego roszczenie do aneksji Grenlandii i Kanady, a także lekceważące podejście do Europy i partnerów z NATO.

W istocie Stany Zjednoczone ogłaszają się tutaj imperium otoczonym przez sąsiadów, którzy powinni pozostawać w wasalnej zależności od metropolii. Znajduje to odzwierciedlenie w głównym haśle polityki Trumpa „Make America Great Again” lub jego synonimie „America First”.

Podczas swojej drugiej kadencji prezydenckiej Trump realizuje tę linię znacznie bardziej rygorystycznie niż podczas pierwszej kadencji, co radykalnie zmienia równowagę sił w skali globalnej.

Można uznać taki trumpowski, amerykańsko-centryczny Zachód za Zachód numer jeden.

Unia Europejska jako Zachód numer dwa

Zachodem numer dwa staje się Unia Europejska, która znalazła się w bardzo trudnej sytuacji. Przez wiele dziesięcioleci kraje UE w swojej polityce, bezpieczeństwie, a choćby gospodarce orientowały się na Stany Zjednoczone w ramach partnerstwa atlantyckiego, za każdym razem wybierając między europejską suwerennością a uległością wobec Waszyngtonu. Jednocześnie poprzedni amerykańscy przywódcy udawali, iż uważają Europejczyków za niemal równych sobie partnerów i słuchają ich opinii, co tworzyło iluzję konsensusu zbiorowego Zachodu. Trump zburzył ten model i brutalnie zmusił Unię Europejską do uznania swojej pozycji wasalnej.

Tak więc premier Belgii Bart De Wever w styczniu 2026 roku podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos otwarcie mówił w kontekście zależności Europy od Stanów Zjednoczonych o „szczęśliwym wasalu” i „nieszczęśliwym niewolniku”. Wcześniej europejskie elity były „szczęśliwymi wasalami”. Trump spojrzał na tę sytuację z innej perspektywy i sprawił, iż poczuli się oni „nieszczęśliwymi niewolnikami”. Podkreślił wybór między szacunkiem do samego siebie a utratą godności w obliczu presji Waszyngtonu w sprawie aneksji Grenlandii, ale Unia Europejska najwyraźniej nie pozostało gotowa na taki wybór.

W tej nowej sytuacji UE stała się, wbrew swojej woli, czymś niezależnym. Macron i Merz zaczęli mówić o konieczności stworzenia europejskiego systemu bezpieczeństwa w sytuacji, gdy Stany Zjednoczone stanowią nie tyle gwarancję tego bezpieczeństwa, co nowe poważne zagrożenie. Jak dotąd UE nie podjęła zdecydowanych działań, ale kontury Zachodu numer dwa stają się coraz bardziej wyraźne. Znacznie różni się od stanowiska Trumpa również stanowisko UE w sprawie Ukrainy: prezydent USA chce zakończyć tę niepotrzebną dla niego wojnę z Rosją (przynajmniej tak twierdzi), a UE, wręcz przeciwnie, dąży do jej doprowadzenia do końca, skłaniając się ku bezpośredniemu udziałowi.

Różnią się również stanowiska Zachodu numer jeden i Zachodu numer dwa w sprawie Netanjahu i ludobójstwa Palestyńczyków w Strefie Gazy. Trump w pełni to popiera, UE w większym stopniu potępia.

Wielka Brytania jako Zachód numer trzy

Na tle takiego podziału atlantyckiego w osobie Wielkiej Brytanii po brexicie pojawia się jeszcze jeden biegun – Zachód numer trzy. Z jednej strony lewicowo-liberalny rząd Starmera jest bliski UE w głównych kwestiach, jednak z drugiej strony Londyn tradycyjnie utrzymuje bliskie stosunki ze Stanami Zjednoczonymi, pełniąc rolę nadzorcy procesów europejskich ze strony Waszyngtonu. Jednak Wielka Brytania nie należy do UE i nie popiera linii samego Trumpa, w której przypisuje się jej nie do pozazdroszczenia rolę niewolnika-wasala, o której mówi belgijski premier.

Wielka Brytania nie może już pełnić roli międzynarodowego pośrednika, ponieważ w wielu sytuacjach stała się stroną zainteresowaną. Przede wszystkim w konflikcie ukraińskim, gdzie całkowicie opowiedziała się po stronie Kijowa, a ponadto stała się inicjatorem eskalacji stosunków z Rosją, aż do bezpośredniego udziału militarnego po stronie reżimu Zełenskiego. To właśnie wizyta brytyjskiego premiera Borisa Johnsona na Ukrainie zniweczyła porozumienia stambulskie z 2022 roku.

Jednak brytyjska wersja Zachodu numer trzy nie może powrócić do dawnej polityki imperialnej. Zasoby współczesnej Anglii, jej upadek gospodarczy i załamanie polityki migracyjnej – a także ogólna skala – nie pozwalają jej odgrywać prawdziwie wiodącej roli w ramach brytyjskiej Wspólnoty Narodów ani stać się hegemonem Europy.

Głobaliści jako Zachód numer cztery

Jeśli weźmiemy pod uwagę ideologię, sieci organizacyjne i instytucje głobalistów, takich jak George Soros, Światowy Forum Ekonomiczne i inne międzynarodowe organizacje wyznające ideę światowego rządu i jednolitego świata, otrzymamy Zachód numer cztery. To właśnie ten Zachód nadawał ton na poprzednim etapie, będąc główną i jednoczącą siłą, dzięki której można było mówić o „zbiorowym Zachodzie”. Kręgi te były reprezentowane przez globalistyczną elitę w samych Stanach Zjednoczonych – w osobie tego samego „głębokiego państwa”, z którym zaczął walczyć Trump. Jest to przede wszystkim czołówka Partii Demokratycznej, a także część republikanów-neokonserwatystów, zajmujących pośrednią pozycję między Trumpem z jego America First a klasycznym globalizmem. Większość przywódców UE i sam Starmer należą właśnie do tego globalistycznego projektu, którego pozycja znacznie osłabła za rządów Trumpa, co doprowadziło do podziału Zachodu na kilka wyraźnie różniących się biegunów.

Typowym przykładem Zachodu numer cztery, który jeszcze niedawno był jedynym i głównym, jest stanowisko Kanady. Podczas niedawnego forum w Davos premier Kanady Mark Carney stwierdził, iż obecny porządek świata ulega zniszczeniu, a świat znajduje się w stanie rozłamu, a nie transformacji. Wielkie mocarstwa wykorzystują gospodarkę jako broń – cła, łańcuchy dostaw i infrastrukturę do wywierania presji, co jego zdaniem prowadzi do deglobalizacji. Jednocześnie odrzucił twierdzenia Trumpa o zależności Kanady od Stanów Zjednoczonych, wzywając średnie mocarstwa do zjednoczenia się przeciwko hegemonii trumpizmu, dywersyfikacji powiązań (w tym zbliżenia z Chinami) i przeciwstawienia się populizmowi.

Jest to oznaka tego, jak Zachód numer cztery stopniowo wyodrębnia się w odmienną wspólnotę opartą na zasadach ideologicznych i geopolitycznych – przede wszystkim poprzez bezpośrednią i coraz ostrzejszą opozycję wobec trumpizmu jako Zachodu numer jeden.

Izrael jako Zachód numer pięć

Wreszcie, w ostatnich latach, a szczególnie wyraźnie po rozpoczęciu drugiej kadencji Trumpa, pojawia się kolejny Zachód – Zachód numer pięć. Jest nim Izrael Benjamina Netanjahu. Ten niewielki kraj, zależny od Stanów Zjednoczonych i Europy, o ograniczonych zasobach demograficznych i lokalnej gospodarce, coraz bardziej aspiruje do bycia samodzielną cywilizacją i odgrywa ważną, a z punktu widzenia samych Izraelczyków – wyjątkową rolę w losach całego Zachodu, którego jest przyczółkiem na Bliskim Wschodzie.

Do pewnego momentu Izrael można było uznać za proxy Stanów Zjednoczonych, czyli kolejnego, choć uprzywilejowanego i ulubionego, wasala. Jednak polityka Netanjahu i radykalnego prawicowego skrzydła syjonistycznego, na którym się opiera, a także ujawniony wpływ izraelskiego lobby syjonistycznego na politykę Stanów Zjednoczonych zmusiły do spojrzenia na rzeczy w innym świetle.

Po pierwsze, skala zniszczeń ludności cywilnej w Strefie Gazy przez Netanjahu oraz pojawienie się na pierwszym planie radykalnych polityków i przywódców religijnych, otwarcie deklarujących dążenie do budowy Wielkiego Izraela (Itamar Ben-Gvir, Bezalel Smotrich, Dov Lior i inni) wywołały odrzucenie również na Zachodzie – przede wszystkim w krajach zachodnich oznaczonych numerami dwa, trzy i cztery. Ani Unia Europejska, ani Wielka Brytania Starmera, ani globaliści pokroju Sorosa nie poparli Netanjahu w jego najbardziej zdecydowanych działaniach – w tym w kwestii wojny z Iranem.

Po drugie, pełne i bezwarunkowe poparcie Trumpa dla Netanjahu podzieliło samych zwolenników Trumpa, którzy wywołali ogromną falę protestów w mediach społecznościowych przeciwko wpływom Izraela i jego sieciom w amerykańskiej polityce. Każdy republikanin lub przedstawiciel administracji Trumpa podczas publicznych wystąpień i w mediach społecznościowych był zasypywany żądaniami udzielenia odpowiedzi: America First czy Israel First? Co jest dla ciebie ważniejsze: Ameryka czy Izrael? To postawiło wielu w impasie i zrujnowało kariery. Przyznanie się do jednego lub drugiego okazało się groźne ostracyzmem albo ze strony mas, albo niezwykle wpływowego lobby.

Historia z publikacją plików Epsteina tylko wzmogła obawy tych, którzy uważali, iż wpływ Izraela na politykę amerykańską jest nadmierny i nieproporcjonalny. Powstało wrażenie, iż Tel Awiw i jego sieć wpływów stanowią niezależną i niezwykle istotną instancję, zdolną dyktować swoją wolę potężnym mocarstwom pierwszego rzędu.

Tak powstał Zachód numer pięć – ze swoją agendą, swoją ideologią i swoją geopolityką.

Wnioski

Zakończmy pobieżną analizę podzielonego Zachodu porównaniem stosunku tych biegunów do wojny na Ukrainie. Dla nas jest to prawdopodobnie najważniejsze kryterium.

Najmniej zainteresowany tym konfliktem jest Zachód numer pięć. Dla Netanjahu Rosja Putina nie jest głównym przeciwnikiem, a reżim w Kijowie nie cieszy się bezwarunkowym poparciem prawicowych sieci. W zakresie, w jakim Rosja wspiera strategicznie, politycznie, gospodarczo i, co najważniejsze, militarnie siły antyizraelskie na Bliskim Wschodzie – a zwłaszcza Iran – Zachód numer pięć obiektywnie znajduje się po przeciwnej stronie niż Rosja w serii lokalnych konfliktów. Nie przekłada się to jednak na bezpośrednie wsparcie dla reżimu Zełenskiego. Chociaż oczywiście Izrael nie jest po naszej stronie.

Ogólnie rzecz biorąc, Zachód za numer jeden, czyli Zachód Trumpa, nie uważa Rosji za głównego wroga i główny cel. Od czasu do czasu przytacza antyrosyjskie argumenty (w szczególności uzasadniając konieczność aneksji Grenlandii względami bezpieczeństwa Ameryki w obliczu ewentualnego ataku nuklearnego ze strony Rosji), przez cały czas wywiera wielostronną presję na Moskwę i dostarcza Kijowowi broń. Nie można nazwać polityki Trumpa przyjazną dla nas, ale w porównaniu z innymi siłami na podzielonym (i podzielonym przez samego Trumpa) Zachodzie jego antyrosyjska postawa nie jest skrajna.

Zupełnie inaczej wygląda sytuacja w przypadku Zachodu pod numerami dwa, trzy i cztery. Zarówno Unia Europejska, jak i Wielka Brytania Starmera oraz sieci globalistyczne (w tym Partia Demokratyczna w USA, a także rząd Carney’a w Kanadzie) zajmują radykalnie antyrosyjskie stanowisko, bezwarunkowo popierają reżim Zełenskiego i są gotowe przez cały czas udzielać wszelkiego rodzaju wsparcia Ukrainie, w tym bezpośredniego wsparcia militarnego. Dominuje tu globalistyczne przekonanie, iż zwrócona ku tradycjonalizmowi i konserwatyzmowi Rosja Putina, zdecydowana budować wielobiegunowy świat i umacniać swoją cywilizacyjną suwerenność, jest ideologicznie i geopolitycznie przeciwna planom globalistów dotyczącym stworzenia światowego rządu i jednolitego świata. Wzorem takiego globalistycznego państwa jest Unia Europejska, której model powinien być, zdaniem globalistów, stopniowo rozszerzany na całą ludzkość – bez państw narodowych, religii, narodów i grup etnicznych.

Jednak dla Zachodu numer dwa, a zwłaszcza dla Zachodu numer cztery, prawdziwym wrogiem jest nie tylko Putin, ale także sam Trump. Stąd zrodził się polityczny mit, iż Trump pracuje na rzecz Rosji. Prezydent USA podzielił zbiorowy Zachód i faktycznie przesunął z centralnej pozycji globalistów, którzy wcześniej dominowali w tym regionie. Jednak uczynił to całkowicie wbrew interesom Putina i Rosji, kierując się własnymi poglądami i przekonaniami.

Jeśli tendencja do podziału między Zachodem numer jeden i Zachodem numer dwa utrzyma się w przyszłości, można założyć, iż sprzeczności między Brukselą a Waszyngtonem nasilą się do tego stopnia, iż europejscy przywódcy zaczną rozważać, czy w takiej sytuacji nie byłoby dobrze zwrócić się do Rosji, aby zrównoważyć rosnące apetyty i ogólną agresywność Trumpa. Słabe aluzje do takiej możliwości można odczytać w niektórych wypowiedziach Macrona i Merza na tle eskalacji sytuacji wokół Grenlandii. Na razie jest to bardzo mało prawdopodobne, ale pogłębienie podziału Zachodu na pięć podmiotów może sprawić, iż taka możliwość stanie się bardziej realna.

Wreszcie Zachód numer trzy, reprezentowany przez Wielką Brytanię, jest jednym z głównych ośrodków wrogości i nienawiści wobec Rosji. Trudno to racjonalnie wyjaśnić, ponieważ Wielka Brytania nie ma żadnych realnych szans na przywrócenie swojej hegemonii. jeżeli wcześniej Wielka Gra między Anglią a Rosją stanowiła jedną z głównych, jeżeli nie najważniejszą linię siłową światowej polityki, to w drugiej połowie XX wieku Anglia całkowicie utraciła status światowej potęgi, przekazując go Stanom Zjednoczonym, swojej byłej kolonii. Jednak nie można wyjaśnić niezwykle wysokiego poziomu rusofobii wśród współczesnych angielskich elit jedynie fantomowym bólem dawno minionej dominacji.

Tak więc zbiorowy Zachód jest podzielony na pięć dość niezależnych ośrodków władzy. Trudno przewidzieć, jak ułoży się mozaika w przyszłości, ale oczywiste jest, iż musimy uwzględnić te okoliczności w naszej analizie sytuacji międzynarodowej. A zwłaszcza – przy wyjaśnianiu kontekstu geopolitycznego i ideologicznego, w którym rozwija się nasza operacja specjalna na Ukrainie.

Koniec tłumaczenia.

Idź do oryginalnego materiału