Czarnek żąda zakazu importu z Ukrainy. Chodzi o polską wieś i ceny

dzienniknarodowy.pl 3 godzin temu
Zdjęcie: Czarnek żąda zakazu importu z Ukrainy. Chodzi o polską wieś i ceny


Wiceprezes PiS Przemysław Czarnek zażądał na przejściu Dorohusk-Jagodzin zablokowania importu produktów rolno-spożywczych z Ukrainy. Według relacji Radia Maryja polityk mówił o zalewaniu polskiego rynku. Stawka jest konkretna: ceny skupu, bezpieczeństwo żywnościowe i ochrona rodzinnych gospodarstw przed nieuczciwą konkurencją.

Żądanie na granicy

Przemysław Czarnek, wiceprezes Prawa i Sprawiedliwości, zażądał zablokowania importu produktów rolno-spożywczych z Ukrainy. Jak podało Radio Maryja, polityk mówił o tym podczas konferencji prasowej na przejściu granicznym Dorohusk-Jagodzin i przedstawił dane o skali napływu ukraińskich produktów na polski rynek.

Miejsce nie było przypadkowe. Dorohusk-Jagodzin to drogowe przejście na granicy z Ukrainą, położone przy trasie DK12, a według informacji Lubelskiego Zarządu Obsługi Przejść Granicznych odprawa prowadzona jest tam przede wszystkim wobec ruchu ciężarowego i czasowo regularnych połączeń autobusowych. Właśnie tam najlepiej widać, iż handel rolny nie jest abstrakcyjną rubryką w arkuszu. To realne transporty, realne kontrole i realna presja na polski rynek.

Rynek rolny to interes narodowy

Spór o import z Ukrainy trzeba ustawić uczciwie. Ukraina walczy z rosyjską agresją i Polska ma interes w tym, by Moskwa tej wojny nie wygrała. Ale pomoc sąsiadowi nie może oznaczać zgody na rozregulowanie polskiej wsi. Narodowy realizm polega właśnie na tym: pomagać tam, gdzie to służy bezpieczeństwu Polski, i twardo bronić własnych rolników tam, gdzie uderza w nich źle ustawiona polityka handlowa.

Polska żywność jest jedną z najmocniejszych gałęzi naszej gospodarki. KOWR podał, iż w 2025 roku eksport towarów rolno-spożywczych osiągnął 58,4 mld euro, a dodatnie saldo handlu wyniosło 19,8 mld euro. To nie jest margines. To narodowy kapitał, miejsca pracy, podatki w Polsce i stabilność setek tysięcy rodzin.

Lekcja ukraińskiego zboża

Doświadczenie z lat 2022-2023 powinno raz na zawsze zakończyć naiwność. Najwyższa Izba Kontroli wskazała w raporcie o imporcie zboża i rzepaku z Ukrainy, iż import pszenicy z Ukrainy do Polski wzrósł z 3,1 tys. ton w 2021 roku do ok. 523 tys. ton w 2022 roku, a import kukurydzy z 6,2 tys. ton do 1 854 tys. ton. NIK pisała też o 4,3 mln ton zbóż i roślin oleistych sprowadzonych przez 541 firm w ciągu 16 miesięcy.

To były liczby, które przełożyły się na zapasy, ceny i protesty. Dlatego każde dzisiejsze żądanie ochrony rynku trzeba oceniać nie przez partyjną etykietę, ale przez doświadczenie polskiej wsi. Rolnik nie konkuruje z konferencją prasową. Konkuruje z towarem, który wchodzi na rynek przy innych kosztach produkcji, innym zapleczu i innej skali.

Embargo istnieje, ale pytanie brzmi: czy wystarcza

Po kryzysie zbożowym Polska wprowadziła ograniczenia. Rozporządzenie Ministra Rozwoju i Technologii z 15 września 2023 roku w sprawie zakazu przywozu z Ukrainy produktów rolnych jest dostępne w Dzienniku Ustaw pod pozycją 1898. Dotyczy ono wybranych produktów, w tym najważniejszych zbóż i nasion oleistych oraz części produktów przetworzonych.

Sedno sporu jest więc inne niż proste hasło „zakaz albo brak zakazu”. Pytanie brzmi, czy obecne zabezpieczenia obejmują wystarczająco szeroki katalog towarów i czy państwo potrafi skutecznie kontrolować realny obrót. Przy imporcie rolno-spożywczym furtki w przepisach gwałtownie stają się bramą. A koszty ponosi wieś, nie urzędnik w Warszawie ani komisarz w Brukseli.

W tym kontekście warto przypomnieć naszą wcześniejszą tezę, iż relacje z Ukrainą muszą opierać się na wzajemności. Wzajemność nie jest wrogością. Jest normalną zasadą między państwami, które chcą prowadzić poważną politykę.

Bruksela nie powinna decydować za polską wieś

Najgorszy scenariusz to taki, w którym polski rolnik zostaje sam między tanim importem, wymogami klimatycznymi, kosztami energii i decyzjami podejmowanymi daleko od gospodarstwa. Bruksela lubi mówić o solidarności, ale rachunek bardzo często trafia do konkretnych ludzi: producentów zbóż, hodowców, przetwórców i rodzin utrzymujących się z ziemi.

Polska prawica ma obowiązek mówić tu jasno. Suwerenność żywnościowa to część bezpieczeństwa narodowego. Państwo, które traci kontrolę nad własnym rynkiem rolnym, staje się zależne od cudzych decyzji i cudzych kryzysów. W sprawach wschodnich potrzebny jest realizm, nie sentymentalny automatyzm. Dobrze widać to także w sporach o politykę wobec Kijowa, gdzie Polska nie może dać się rozgrywać.

Ochrona rynku bez propagandy

Trzeba też zachować precyzję. Problemem nie są Ukraińcy jako ludzie. Problemem jest polityka handlowa, która może przerzucać koszty wojny i liberalizacji rynku na polskich producentów. jeżeli towar spełnia normy, podlega kontroli i nie niszczy lokalnego rynku, państwo może prowadzić handel. jeżeli napływ destabilizuje ceny i wypycha polskich rolników, państwo ma obowiązek reagować.

Dlatego żądanie Czarnka będzie politycznie ostre, ale nie jest oderwane od faktów. Po doświadczeniu zbożowym nikt odpowiedzialny nie powinien mówić polskiej wsi: „jakoś to będzie”. Stawką są portfele gospodarstw, ceny w skupach, bezpieczeństwo żywności i zdolność państwa do obrony własnego rynku. Polska może pomagać Ukrainie. Nie wolno jej poświęcać polskich rolników na ołtarzu cudzej wygody i brukselskich schematów.

Źródło: Radio Maryja, Najwyższa Izba Kontroli, KOWR, Dziennik Ustaw, Lubelski Zarząd Obsługi Przejść Granicznych

Źródło: Radio Maryja

Idź do oryginalnego materiału