Wyobraź sobie, drogi Widzu, iż włączasz wieczorem swój ulubiony serwis informacyjny. Zamiast znanych twarzy, dynamicznej czołówki i orkiestrowego motywu, który od lat wmawiał Ci, iż w kraju panuje raj, a za granicą same plagiaty i katastrofy, widzisz… czarny ekran. I jedno zdanie: „Media publiczne nie mogą kłamać. Przepraszamy za to, iż przez lata to robiły”.
Gdyby ktoś opowiedział mi ten scenariusz jeszcze dekadę temu, uznałbym to za wysoce niespójny szkic do orwellowskiej groteski albo odważny dowcip primaaprilisowy. A jednak na Węgrzech – w kraju, gdzie Fidesz przez szesnaście lat udowadniał, iż medialny monopol można wyhodować z niemal laboratoryjną precyzją – stało się to rzeczywistością.
Nowy premier Péter Magyar i jego ugrupowanie TISZA zrobili to, o czym opozycja marzyła w skrytości ducha, a co dla dotychczasowego obozu władzy graniczyło z blagą. Nie zamienili pionków na szachownicy. Rozsypali całą planszę i powiedzieli: „Przerwa na sprzątanie”.
Reset po węgiersku
Zamiast tradycyjnego przeciągania liny, nominacji „swoich” i pudrowania starych schematów, zafundowano publicznej telewizji M1 całkowity reset. Serwisy informacyjne spoczęły na półce, dyrektorzy dostali wypowiedzenia, a państwowy holding MTVA trafił pod opieki tymczasowego zarządu pod wodzą prawnika Andrása Horvátha. Zamiast codziennej porcji politycznej pałki, widzowie dostali w zamian archiwalia, dokumenty i filmy. Innymi słowy – media publiczne zaczęły znów służyć ludziom, dostarczając im przynajmniej nieco kultury, zamiast codziennego podnoszenia ciśnienia.
Cały ten zabieg okraszono zresztą symboliką godną historycznego dramatu. Gdy M1 wznowił nadawanie po paru godzinach głębokiego milczenia, zrobiono to dokładnie o 19:56 – czytelne, poetyckie odwołanie do zrywu z 1956 roku. Gest piękny, chwytliwy i bez wątpienia nośny medialnie.
Skądś to jednak znamy, prawda?
Znajomy zapach znad Wisły
Trudno uniknąć skojarzeń i nie uśmiechnąć się pobłażliwie pod nosem, patrząc na to z polskiej perspektywy. Przeprowadzka z „propagandy sukcesu” do „nowych standardów” budzi u nas nieodparte poczucie deja vu. Przerwa w nadawaniu, zmiana serwisu informacyjnego na nowy format, rozliczenia finansowe, wielkie słowa o pluralizmie – przerabialiśmy to całkiem niedawno, gdy po wyborach w 2023 roku telewizja na Wiejskiej i Woronicza zmieniała barwy, a „Wiadomości” stawały się historią.
Różnica polega na tym, iż Węgrzy podeszli do sprawy z rozmachem adekwatnym dla kraju, który musiał czekać na ten moment znacznie dłużej. Szesnaście lat budowania imperium MTVA, NMHH i stopniowego wchłaniania niezależnych redakcji zrobiło swoje. Podwaliny pod media Orbána kładziono od 2010 roku, cegła po cegle, ustawa po ustawie. Rozmontowanie tego układu to nie tyle kosmetyka, co pełnoskalowa rewolucja.
Prawdziwy test dopiero nadchodzi
Péter Magyar zarzeka się, iż nie chodzi o zastąpienie jednej tuby propagandowej drugą, ale zaledwie o przywrócenie normalności. Władza obiecuje otwarte konkursy, społeczne konsultacje i gruntowne audyty. Piękne słowa.
Sęk w tym, iż pokusa „użycia” zaplecza medialnego przez tych, którzy akurat dorwali się do sterów, jest w naszej części Europy silniejsza niż grawitacja. Zawsze znajdzie się jakiś wyższy cel, wyjątkowa sytuacja albo „stan wyższej konieczności”, który usprawiedliwi lekkie skrzywienie optyki na korzyść rządzących.
Rewolucje mają to do siebie, iż łatwo je zacząć od spektakularnego gestu – wyłączenia sygnału, przesterowania nadajnika czy powieszenia czarnej planszy. Prawdziwa sztuka polega jednak na tym, by po włączeniu kamer, gdy opadnie już kurz i minie zachwyt nad godziną 19:56, na ekranie pojawił się dziennikarz, który bez wahania zada trudne pytanie… samemu premierowi Magyarowi.
Jeśli tak się stanie – Węgrzy naprawdę zrobią krok w stronę Europy. jeżeli nie – okaże się, iż rewolucja po prostu zmieniła operatora suwaków w reżyserce. Dajmy im czas. Na razie dokumenty w M1 ogląda się całkiem przyjemnie.











