W Pionkach kampania przed referendum w sprawie odwołania burmistrza Łukasz Miśkiewicz przestała być debatą o przyszłości miasta. Coraz częściej przypomina coś znacznie gorszego. Brutalną, anonimową walkę na insynuacje, półprawdy i emocjonalne manipulacje.
Nie ma w tym nic przypadkowego.
Od kilku dni w mediach społecznościowych trwa zmasowana akcja zniechęcania mieszkańców do udziału w referendum. Przekaz jest prosty: nie idźcie głosować. Nie decydujcie. Zostańcie w domu. Demokracja? Owszem, ale tylko wtedy, gdy wynik jest wygodny. Problem w tym, iż za częścią tej narracji nie stoją ludzie gotowi podpisać się pod własnymi słowami.
Anonim jako narzędzie polityczne
Jeden z wpisów ostatnich dni pojawił się na profilu działającym anonimowo, a jednocześnie powiązanym z obecnym obozem władzy, co widać „gołym okiem”. Tekst uderzał bezpośrednio w pełnomocnika komitetu referendalnego, Joannę Ewę Klich. Zarzuty? Klasyczny zestaw: ambicje, pieniądze, rzekome powiązania polityczne i sugestie, iż całe referendum to prywatna gra o wpływy.
Bez dowodów. Bez podpisu. Bez odpowiedzialności.
To mechanizm dobrze znany. jeżeli nie można wygrać argumentami, próbuje się podważyć wiarygodność przeciwnika. Najlepiej anonimowo, bo wtedy nie trzeba odpowiadać za słowa.
Joanna Ewa Klich nie pozostawiła tych zarzutów bez reakcji. W opublikowanym oświadczeniu nie tylko odpierała kolejne tezy, ale też wskazała coś znacznie poważniejszego, próbę wpłynięcia na frekwencję referendum poprzez podważanie jej osoby.
– Cel pomysłodawców artykułu jest jeden… wpłynąć na wynik referendum i skutecznie przekonać mieszkańców, aby w nim nie uczestniczyli – napisała.
To zdanie trafia w sedno problemu. Bo dziś nie chodzi już wyłącznie o spór personalny. Chodzi o to, czy mieszkańcy będą mieli realną możliwość wypowiedzenia się przy urnach.
Fakty kontra narracje
W swoim stanowisku Klich punkt po punkcie odnosiła się do zarzutów. Zaprzeczyła, jakoby była inicjatorką wcześniejszych referendów, wskazała konkretne daty, decyzje i osoby odpowiedzialne za tamte wydarzenia. Podkreśliła również, iż nigdy nie sprawowała władzy, więc trudno mówić o „powrocie do niej”. Jednocześnie ujawniła kulisy publikacji informacji o kontroli Środowiskowego Domu Samopomocy, w tym fakt, iż dane dotyczące jej osoby zostały upublicznione bez wcześniejszej rozmowy z nią samą.
Strach przed kosztami czy przed głosem mieszkańców?
W anonimowym wpisie pojawił się też argument finansowy: referendum ma kosztować „kilkaset tysięcy złotych”. Problem w tym, iż nie podano żadnych konkretnych wyliczeń. Klich odpowiada krótko: koszty mogą być porównywalne do miesięcznej podwyżki opłat za śmieci. I tu pojawia się zasadnicze pytanie: czy naprawdę chodzi o pieniądze? Czy raczej o to, iż mieszkańcy mogą powiedzieć „sprawdzam”?
Demokracja nie jest wygodna
Najbardziej niepokojące w tej historii nie są choćby same oskarżenia. Jest nim próba zniechęcenia ludzi do udziału w procesie demokratycznym. Referendum, niezależnie od tego, kto je popiera, jest jednym z podstawowych narzędzi obywatelskiej kontroli władzy. Można się z nim nie zgadzać. Można je krytykować. Ale nawoływanie do bojkotu poprzez strach, manipulację i anonimowe ataki to zupełnie inna liga. To już nie jest spór o burmistrza. To spór o to, czy mieszkańcy Pionek mają prawo decydować.
I najważniejsze pytanie
31 maja mieszkańcy staną przed wyborem. Nie tylko w sprawie burmistrza Łukasza Miśkiewicza. Ale też w sprawie standardów, jakie akceptują w życiu publicznym. Bo jeżeli w debacie publicznej zaczynają dominować anonimowe profile, insynuacje i strach przed frekwencją, to znak, iż ktoś bardzo nie chce, aby obywatele zabrali głos. A to w demokracji, zawsze powinno zapalać czerwoną lampkę. I pozostało jedna rzecz, której nie można przemilczeć.
Bo w tej całej historii najbardziej uderzające nie są choćby same oskarżenia. Najbardziej uderzające jest to, kto je formułuje, a raczej kto nie ma odwagi się pod nimi podpisać.
Anonim w debacie publicznej nie jest żadnym „głosem ludu”. Jest dowodem słabości.
Bo jeżeli ktoś naprawdę wierzy w to, co pisze, ma odwagę powiedzieć to pod własnym nazwiskiem. Staje twarzą w twarz z odbiorcą. Bierze odpowiedzialność za słowa. Każdy, kto chowa się za fikcyjnym profilem, kto rzuca oskarżenia z ukrycia, pokazuje tylko jedno: iż nie ma ani argumentów, ani odwagi.
To nie jest odwaga. To nie jest walka o prawdę. To jest zwykłe tchórzostwo ubrane w internetowy profil.
I właśnie dlatego anonimowe ataki nie są oznaką siły żadnej ze stron. Są sygnałem paniki. Bo gdy kończą się argumenty, zaczyna się krzyk zza maski.
/Mariusz Grotkowski/

Powyższy tekst jest wyrazem naszej opinii, redakcyjnych obserwacji oraz blisko 20 lat obecności PIONKI24 na lokalnym rynku. Patrzymy, słuchamy, pytamy – i nie przestaniemy pytać. Bo Pionki zasługują na więcej.








