
W jednym z chińskich portali ukazał się tekst autorstwa Liu Sensena, który na Zachodzie funkcjonuje głównie jako sensacyjny cytat. W rzeczywistości jest to znacznie ciekawszy dokument: chłodna analiza procesu przejmowania realnej kontroli nad rosyjskim Dalekim Wschodem bez użycia siły militarnej. Liu opisuje coś, co w chińskiej myśli strategicznej uchodzi za oczywistość — iż w XXI wieku imperia przejmuje się nie czołgami, lecz infrastrukturą, kapitałem, technologią i walutą.
Rosyjski Daleki Wschód, obszar niemal siedmiu milionów kilometrów kwadratowych, słabo zaludniony i chronicznie niedoinwestowany, jawi się w tej optyce jako naturalne zaplecze gospodarcze Chin. Chińskie inwestycje w porty, drogi, mosty i lokalne przedsiębiorstwa, ekspansja juana oraz włączenie regionu w chińskie łańcuchy dostaw powodują, iż formalna przynależność państwowa traci znaczenie. Gospodarka zaczyna funkcjonować w obcym ekosystemie — a to on wyznacza realną władzę.
Ten opis bezpośrednio uzupełnia tezę, którą wcześniej postawiłem w tekście „Rosja dąży do rozpadu”. Rosja nie rozpada się dlatego, iż ktoś ją rozbija z zewnątrz, lecz dlatego, iż nie jest w stanie utrzymać spójności własnego imperium, gdy centrum zostaje przeciążone wojną, sankcjami i słabnącą demografią. Wojna na Ukrainie nie cementuje Rosji — ona ją zużywa. A zużyte imperia nie upadają z hukiem, lecz są stopniowo przejmowane przez bardziej efektywnych graczy.
Stąd kluczowy wniosek: trwająca wojna oznacza faktyczną wasalizację Rosji wobec Chin. Każdy miesiąc konfliktu pogłębia zależność Moskwy od chińskiego rynku, technologii, kredytu i politycznego parasola. Partnerstwo strategiczne staje się eufemizmem dla relacji, w której Rosja sprzedaje surowce po dyskontowych cenach, a w zamian traci autonomię decyzyjną. Daleki Wschód nie jest pierwszym obszarem tej cichej kolonizacji Chin — to samo widzimy w Afryce czy w Panamie.
W tym kontekście zrozumiałe staje się stanowisko Donalda Trumpa. Jego dążenie do szybkiego zakończenia wojny na Ukrainie nie wynika z sentymentu do Rosji ani z izolacjonizmu, lecz z chłodnej kalkulacji geopolitycznej. Długotrwały konflikt wzmacnia Chiny, bo zamienia Rosję w surowcowy i terytorialny dodatek do chińskiego systemu gospodarczego. Wojna działa jak akcelerator tej ekspansji. Pokój — nawet nieidealny — mógłby ją spowolnić.
Tu ujawnia się zasadnicza różnica interesów między Stanami Zjednoczonymi a Europą, w tym Polską. Dla Europy rozpad Rosji jest korzystny, nawet jeśli oznacza wzmocnienie Chin. Rosja jest zagrożeniem militarnym, rewizjonistycznym i destrukcyjnym. Chiny natomiast nigdy nie prowadziły wojen napastniczych w Europie i nie mają ku temu ani interesu, ani tradycji. Ich narzędziem jest kolonializm ekonomiczny — a to nie jest zagrożenie egzystencjalne, lecz forma zdrowej i twórczej konkurencji. Chiny budują, Rosja niszczy.
Kolonializm ekonomiczny można regulować, równoważyć i kontrować. Wojnę tylko przetrwać przy życiu tracąc cały majątek. Chiny inwestują, budują i handlują. Jeśli robią to skuteczniej niż inni, nie czyni ich to agresorem, lecz konkurentem. Dla Europy, cywilizacji prawa, kontraktu i rynku, taki typ ekspansji jest znacznie mniej destrukcyjny niż rosyjska logika czołgu, rakiety i mafijnych stref wpływów.
Z europejskiego punktu widzenia wniosek jest brutalnie prosty: rozpad Rosji jest procesem pożądanym, a chińska kolonizacja ekonomiczna jej peryferii jest kosztem, który da się ponieść. Imperium rosyjskie stanowi zagrożenie przez samo swoje istnienie. Chińska ekspansja gospodarcza jest jedynie wyzwaniem konkurencyjnym. A nawet jeśli jest zagrożeniem militarnym, to przenosi taki konflikt na Pacyfik. Wreszcie Europa może stać się peryferiami krwawych konfliktów, a nie ich zarzewiem!
Z tej układanki wynika jeszcze jeden wniosek, najbardziej niewygodny politycznie, ale zarazem najbardziej racjonalny z punktu widzenia Warszawy. W interesie Polski leży maksymalne wydłużenie rosyjskiego wykrwawiania się na Ukrainie, nawet jeśli oznacza to działania nie w pełni zbieżne z krótkoterminową kalkulacją USA.
Dla Ameryki wojna na Ukrainie jest jednym z wielu teatrów globalnej rywalizacji. Dla Polski — sprawą egzystencjalną. Każdy miesiąc, w którym Rosja traci ludzi, sprzęt i zdolność projekcji siły, to miesiąc realnego wzrostu naszego bezpieczeństwa. Każda dywizja zużyta pod Bachmutem to dywizja, która nigdy nie stanie nad Bugiem.
Z polskiej perspektywy wojna na Ukrainie pełni funkcję, której nie da się kupić za żadne pieniądze: rozładowuje rosyjski potencjał militarny poza naszym terytorium. Rosja nie przestaje być zagrożeniem wtedy, gdy podpisuje traktaty, lecz wtedy, gdy traci zdolność prowadzenia wojny. A tę zdolność traci dziś powoli, systemowo i nieodwracalnie.
Dlatego polskie wsparcie militarne dla Ukrainy nie jest romantycznym gestem ani ideologiczną deklaracją. Jest zimną, realistyczną polityką bezpieczeństwa. Nawet jeśli Waszyngton uzna kiedyś, iż dalsze przeciąganie konfliktu wzmacnia Chiny bardziej, niż osłabia Rosję, Polska nie ma luksusu takiego bilansu. Dla nas liczy się jedno: by Rosja nigdy nie odzyskała zdolności ofensywnych.
Im dłużej Rosja krwawi, tym bardziej staje się peryferyjnym zapleczem Chin, a tym mniej jest w stanie prowadzić samodzielną, agresywną politykę wobec Europy Środkowej. Wasal, nawet nuklearny, jest groźny głównie w retoryce. Imperium odbudowane po szybkim pokoju byłoby groźne realnie.
Nie mamy wpływu na globalną grę mocarstw. Mamy wpływ na to, gdzie Rosja przegrywa swoje wojny. I lepiej, by przegrywała je jak najdłużej — poza terytorium Polski.
Grzegorz GPS Świderski
]]>https://t.me/KanalBlogeraGPS]]>
]]>https://Twitter.com/gps65]]>
]]>https://www.youtube.com/@GPSiPrzyjaciele]]>
Tagi: gps65, wojna, Chiny, Rosja, USA, Europa, Polska, geopolityka









