Wywiad Thomasa Faziego dla „Berliner Zeitung” stawia niewygodne pytanie o unijne pieniądze, NGO i wpływ na debatę publiczną w Polsce. Komisja Europejska przedstawia program CERV jako wsparcie wartości, ale narodowe państwo ma prawo pytać, czy za tym językiem nie stoi budowa politycznego zaplecza Brukseli.
Raport, który uderza w wygodną legendę Brukseli
Niemiecki dziennik „Berliner Zeitung” opublikował rozmowę z Thomasem Fazim, autorem raportu „The EU's Propaganda Machine”. Teza jest ciężka: unijne pieniądze dla organizacji pozarządowych miały służyć nie tylko obywatelskiej aktywności, ale także kształtowaniu debaty w państwach, których rządy były w sporze z Brukselą. Wśród przykładów pojawiają się Polska i Węgry.
Trzeba od razu postawić granicę. Samo finansowanie NGO z budżetu Unii nie jest dowodem sfałszowania wyborów. Ale jest czymś politycznie poważnym, o ile pieniądze publiczne, zbierane także od Polaków, płyną do środowisk prowadzących kampanie zgodne z interesem Komisji Europejskiej w sporze z demokratycznie wybranym rządem państwa członkowskiego.
I tu właśnie leży stawka. Nie chodzi o abstrakcyjną dyskusję o grantach. Chodzi o pytanie, czy Bruksela ma prawo budować w Polsce własne zaplecze wpływu pod hasłem „wartości”, gdy w praktyce te wartości często oznaczają nacisk na suwerenność państwa, model rodziny, szkolną ideologię i polityczną zmianę kursu.
CERV, czyli pieniądze na „wartości”
Głównym punktem sporu jest program CERV, czyli „Obywatele, Równość, Prawa i Wartości”. Komisja Europejska opisuje go jako narzędzie wspierające prawa, równość, obywatelstwo i wartości Unii. Na oficjalnej stronie KE czytamy, iż budżet programu CERV na lata 2021-2027 wynosi 1,56 mld euro. To nie jest kieszonkowe dla kilku stowarzyszeń. To wielki mechanizm finansowania społecznego zaplecza określonej wizji Europy.
Fazi twierdzi, iż program tworzy sieć wpływu: pieniądze trafiają do organizacji, które później wzmacniają narrację Brukseli w mediach, edukacji, debacie publicznej i lokalnej aktywności. W rozmowie z „Berliner Zeitung” mówił o około 40 mln euro, które od 2021 roku miały trafić do Polski i podobnej kwocie w przypadku Węgier. Wcześniejszy raport autora wskazywał niższą kwotę bezpośredniego finansowania dla polskich organizacji, dlatego liczby trzeba podawać precyzyjnie: kwota 40 mln euro jest tezą z najnowszej wypowiedzi Faziego, a nie niezależnie potwierdzonym rozliczeniem każdej złotówki.
To zastrzeżenie nie unieważnia problemu. Przeciwnie, pokazuje, iż Polska potrzebuje pełnej jawności. Kto dostał pieniądze? Na jakie projekty? Jakie były cele? Czy beneficjenci prowadzili działania politycznie jednostronne w czasie kampanii albo w okresie poprzedzającym wybory? Bez odpowiedzi na te pytania hasło „społeczeństwa obywatelskiego” staje się parawanem dla wpływu silniejszego ośrodka władzy.
Polska i Węgry pod szczególną obserwacją
Nie jest przypadkiem, iż w tej dyskusji wracają Polska i Węgry. To państwa, które najgłośniej spierały się z Komisją Europejską o praworządność, migrację, kompetencje Brukseli i prymat prawa unijnego nad narodową demokracją. Dziennik Narodowy wielokrotnie opisywał, jak Komisja Europejska potrafi sięgać po twarde narzędzia nacisku, choćby przy forsowaniu Paktu Migracyjnego.
Węgry są tu ważnym punktem odniesienia. Budapeszt od lat traktuje konflikt z Brukselą jako spór o realną władzę nad państwem, a nie akademicką wymianę opinii. Widać to również w sprawach gospodarczych, gdy Węgry zapowiadały pozew przeciw Komisji Europejskiej w związku z polityką energetyczną. Tam dobrze rozumieją, iż za językiem procedur często stoi zwykły nacisk polityczny.
Polska nie może udawać, iż sprawa jej nie dotyczy. jeżeli unijne granty wchodzą w debatę publiczną, szkoły, media, NGO i kampanie społeczne, to wpływają na klimat polityczny. Nie trzeba fałszować kart wyborczych, by oddziaływać na wynik wyborczy. Wystarczy przez lata pompować pieniądze w jedną stronę sporu i nazywać to neutralną obroną demokracji.
Demokracja bez zagranicznego dopingu
Najbardziej obłudne w tej historii jest słowo „demokracja”. Bruksela lubi używać go jak pieczęci moralnej. Gdy narody wybierają po myśli unijnych elit, demokracja jest świętem. Gdy wybierają inaczej, zaczynają się raporty, rezolucje, blokady pieniędzy, presja sądowa i finansowanie „oddolnych” inicjatyw, które dziwnym trafem mówią językiem Komisji.
Nie oznacza to, iż każda organizacja korzystająca z CERV jest narzędziem propagandy. Takiego skrótu nie wolno robić. Wśród beneficjentów mogą być projekty pożyteczne i uczciwe. Problem polega na czym innym: państwo polskie ma obowiązek wiedzieć, gdzie pieniądze Brukseli przecinają się z polityką, edukacją i kampaniami społecznymi dotykającymi wyborów.
To samo napięcie widać poza Europą. Opisywaliśmy już węgierski raport o unijnym wsparciu lewicy w Ameryce Łacińskiej. Mechanizm jest podobny: pieniądze, granty, organizacje, język „wartości” i bardzo konkretna orientacja ideowa.
Stawka dla Polski
Polska demokracja nie potrzebuje kuratora z Brukseli. Potrzebuje jawności, równych reguł i polityki prowadzonej przez obywateli, a nie przez sieć grantów rozdawanych z centrum unijnej administracji. o ile Komisja Europejska finansuje w Polsce projekty społeczne, Polacy mają prawo znać pełną mapę tych pieniędzy.
To jest sprawa suwerenności. Nie tej od świątecznych przemówień, ale praktycznej: kto kształtuje debatę, kto płaci za kampanie, kto ustawia słownik dobra i zła w polskiej polityce. Naród, który nie pilnuje własnej debaty publicznej, oddaje część wolności bez jednego traktatu i bez jednego referendum.
Bruksela musi się tłumaczyć. A Warszawa musi żądać dokumentów, audytu i pełnej przejrzystości. Demokracja finansowana zza granicy nie staje się przez to bardziej obywatelska. Staje się bardziej zależna.
Źródło: Do Rzeczy, Berliner Zeitung, Komisja Europejska, MCC Brussels
Źródło: Do Rzeczy














