Rok 2025 zapisał się w polskiej polityce nie tyle nowymi otwarciami, ile jednym spektakularnym zamknięciem. Andrzej Duda, przez dekadę lokator Pałacu Prezydenckiego, po zakończeniu drugiej kadencji znalazł się w miejscu, którego władza nie lubi najbardziej: w próżni. Bez urzędu, bez realnego zaplecza politycznego, bez jasnego pomysłu na dalszą drogę. Upadek był widowiskowy nie dlatego, iż nastąpił nagle, ale dlatego, iż przez lata wszyscy udawali, iż go nie będzie.
Jeszcze niedawno Duda należał do najbardziej rozpoznawalnych twarzy państwa. Był obecny wszędzie: na uroczystościach, szczytach, konwencjach, w mediach. Mówił dużo – czasem o „wstawaniu z kolan”, czasem o „suwerenności”, czasem o konieczności „jedności narodowej”. Problem polegał na tym, iż im dłużej trwała prezydentura, tym mniej było jasne, kim adekwatnie jest Andrzej Duda jako polityk samodzielny, a nie funkcja.
Po wyborach prezydenckich 2025 roku okazało się, iż ta niejasność stała się jego największym obciążeniem. Odejście z urzędu nie otworzyło nowych drzwi. Przeciwnie – zamknęło te, które przez lata były otwierane automatycznie. Nie pojawiła się międzynarodowa posada, nie było zaproszeń do prestiżowych instytucji, nie było choćby wyraźnej oferty krajowej. Cisza po prezydencie okazała się głośniejsza niż niejedno exposé.
W Prawie i Sprawiedliwości Duda również nie znalazł dla siebie miejsca. Partia, której był przez lata politycznym beneficjentem i zakładnikiem jednocześnie, gwałtownie przeszła do porządku dziennego nad faktem, iż były prezydent nie ma już nic do zaoferowania. Nie stał się naturalnym liderem, nie został mentorem, nie objął symbolicznej funkcji „ojca założyciela”. Został odsunięty – miękko, bezkonfliktowo, ale skutecznie.
To odsunięcie boleśnie obnażyło prawdę, którą wielu komentatorów sygnalizowało od dawna: prezydentura Andrzeja Dudy nie zbudowała kapitału politycznego, który dałoby się zmonetyzować po jej zakończeniu. Był lojalny wobec obozu władzy, ale nie stał się jego architektem. Był rozpoznawalny, ale nie wpływowy. Był obecny, ale rzadko decydujący.
Sam Duda przez lata powtarzał, iż „prezydentura to służba, nie trampolina”. Brzmiało to szlachetnie, ale w 2025 roku okazało się także wyznaniem bezradności. Polityka nie znosi próżni, a byli prezydenci – jeżeli nie zadbają o własną tożsamość – gwałtownie stają się przypisem. choćby jeżeli przez dekadę byli na pierwszym planie.
Symboliczny jest fakt, iż w nowej debacie publicznej nazwisko Dudy pojawia się rzadko i najczęściej w czasie przeszłym. Jako element epoki, która się skończyła. Jako przykład prezydentury podporządkowanej, a nie sprawczej. Jako ostrzeżenie dla tych, którzy mylą urząd z polityczną podmiotowością.
Widowiskowy upadek Andrzeja Dudy nie polega więc na skandalu czy kompromitacji. Polega na czymś znacznie gorszym z punktu widzenia polityka: na braku znaczenia. Rok 2025 pokazał, iż prezydent, który nie zbudował własnej pozycji, po zejściu ze sceny znika szybciej, niż wielu się spodziewało. I zostaje z pytaniem, na które dziś nie ma dobrej odpowiedzi: co dalej?

13 godzin temu






