Były premier, nowe podejrzenia. Dlaczego PiS boi się Morawieckiego?

1 dzień temu

Prawo i Sprawiedliwość, zamiast rozliczać wyborczą porażkę, coraz częściej rozlicza własnych liderów. W centrum tej nerwowej układanki znalazł się Mateusz Morawiecki – polityk jednocześnie zbyt samodzielny i zbyt obciążony przeszłością, by spokojnie odnaleźć się w partii, która z dnia na dzień stała się opozycją. Krążące w PiS teorie na jego temat mówią dziś mniej o byłym premierze, a więcej o strachu i dezorientacji formacji po utracie władzy.

Tekst Piotra Semki w „Do Rzeczy” czyta się jak zapis wewnętrznego alarmu: oto Prawo i Sprawiedliwość po utracie władzy zaczyna podejrzewać samo siebie. W centrum tej nerwicy zbiorowej stoi Mateusz Morawiecki – były premier, który jeszcze niedawno był twarzą sukcesu obozu władzy, a dziś urósł do rangi problemu, a dla niektórych wręcz zagrożenia.

Semka opisuje ciąg zdarzeń z końca roku, które faktycznie ułożyły się w niepokojącą sekwencję. Wywiad Morawieckiego dla Gazeta.pl, jego nieobecność na posiedzeniu kierownictwa PiS 12 grudnia, ostre zderzenie z Jacek Kurski, a potem dwa świąteczne spotkania partii – wszystko to stworzyło wrażenie, iż pod powierzchnią jedności trwa poważny konflikt. Dopiero rozmowa telefoniczna Jarosław Kaczyński z Morawieckim miała, według relacji autora, przynieść chwilowe uspokojenie.

Problem w tym, iż „chwilowe” to dziś w PiS słowo klucz. Semka uczciwie odnotowuje emocje obu stron: ludzie Morawieckiego boją się, iż ktoś próbuje wypchnąć ich lidera z partii, natomiast spora grupa działaczy PiS obawia się, iż były premier – „mimowolnie lub na zlecenie z zewnątrz” – osłabia formację od środka. To zdanie, najważniejsze w tekście, brzmi jak streszczenie partyjnego lęku, a zarazem punkt wyjścia do najbardziej dziwacznych teorii.

Bo od podejrzeń do fantazji droga bywa krótka. W PiS krążą dziś opinie, iż Morawiecki „gra pod przyszłe centrum”, iż „sonduje układ z mediami sprzyjającymi obozowi Tuska”, a choćby – w wersji najbardziej oskarżycielskiej – iż działa w interesie sił zewnętrznych. Semka stawia pytanie zasadnicze: jak to się ma do faktów? I uczciwie przyznaje, iż odpowiedź nie jest prosta, bo w grę wchodzą emocje, obawy i poczucie zagrożenia.

Z perspektywy tygodnika opinii warto jednak pójść krok dalej. Fakty są bowiem uparte: Morawiecki nie stworzył alternatywnej struktury w PiS, nie rzucił wyzwania Kaczyńskiemu, nie zapowiedział nowego projektu politycznego. Jego „winą” jest raczej styl – nadmierna samodzielność i wiara, iż można prowadzić własną narrację w partii, która zawsze karała za indywidualizm. Wywiad dla Gazeta.pl nie był aktem zdrady, ale politycznym błędem: dowodem na brak wyczucia nastrojów w obozie, który po przejściu do opozycji stał się wyjątkowo podejrzliwy.

Semka broni PiS przed tezą o całkowitym rozpadzie i trudno się z nim tu nie zgodzić. Jednocześnie jednak jego tekst odsłania coś bardziej niepokojącego: partię, która zamiast chłodnej analizy przyczyn porażki wyborczej zaczyna produkować narracje spiskowe. W tej atmosferze każdy gest Morawieckiego urasta do rangi sygnału nielojalności, a każde milczenie – do dowodu winy.

W tle majaczy obsesja na punkcie Donald Tusk i „jego mediów”. jeżeli ktoś rozmawia z niewłaściwą redakcją, natychmiast pojawia się pytanie: po co i dla kogo? To już nie jest polityczna strategia, ale mechanizm obronny partii, która utraciła władzę i próbuje zachować kontrolę nad własnymi elitami.

Morawiecki z tekstu Semki nie jawi się jako zdrajca, ale jako polityk niepasujący do nowej fazy PiS. Partie w kryzysie rzadko tolerują takie postacie. Dlatego najdziwaczniejsze teorie na jego temat mówią dziś mniej o nim samym, a więcej o stanie umysłu formacji, która jeszcze nie pogodziła się z przegraną.

Idź do oryginalnego materiału