W środowy wieczór niemiecka policja wydała oświadczenie ws. zatrzymania grupki Polaków w tym Roberta Bąkiewicza. Wersja służb różni się od tej, którą przedstawia narodowiec. Ruszyli na Berlin, skończyli w kajdankach Gdy we wrześniu 2023 r. PiS ogłosiło swoje listy wyborcze, przecieraliśmy oczy ze zdumienia. Oto Jarosław Kaczyński postawił m.in. na Łukasza Mejzę, dla którego choćby szkoda stukać w klawiaturę, a także Roberta Bąkiewicza – narodowca, awanturnika i krzykacza, który zasłynął m.in. zagłuszaniem przemówienia Powstanki Warszawy Wandy Traczyk-Stawskiej. Tak na dobre rozpoczęła się wątpliwa kariera nacjonalisty, który robi coraz więcej, by punktować u Kaczyńskiego i ponownie dostać się na listy wyborcze PiS. Najnowszy przykład? Berliński cyrk. Robert Bąkiewicz i jego Ruch Obrony Granic odwiedzili we wtorek Berlin. Przynieśli duży krzyż, który chcieli umieścić przed głazem–pomnikiem upamiętniającym polskie ofiary II wojny światowej. Na miejscu pojawiła się niemiecka policja, która wyjaśniła narodowcom, iż nie zgłosili wcześniej manifestacji. Funkcjonariusze wyjaśnili, co grupa może robić, a co jest zabronione. Co istotne, instrukcje policji tłumaczono na język polski. Tak więc policja tłumaczyła, Bąkiewicz słuchał. A potem zrobił to, co chciał. Skończyło się płaczem na antenie Republiki, czerwonym noskiem, który był efektem skutecznej akcji niemieckiej policji. Mówiąc w skrócie: pajace z Ruchu Obrony Granic zostali rozgonienie i