Budowanie polis. Małe wspólnoty w erze cyfryzacji i polaryzacji

18 godzin temu

Współczesny świat zdaje się rozpadać na kawałki. Wszystko to, co jeszcze kilkanaście lat temu miało być dla nas gwarantem stabilności i bezpieczeństwa, rozsypuje się niczym domek z kart na naszych oczach. Człowiek rozgląda się wokół siebie w poszukiwaniu jakiejś przyjaznej przystani, ale ona również pozostała mrzonką. Nadzieją dla niego mogą być wspólnoty lokalne – pod warunkiem, iż obywatele wespół z samorządowcami i z myślą o lepszej przyszłości uczynią z każdej swojej małej ojczyzny nową polis.

Dlaczego polis?

Starożytna grecka polis była niewielkim obszarem, zamieszkałym przez zaledwie kilka bądź kilkanaście tysięcy ludzi. Większe i ludniejsze polis – jak chociażby Ateny czy Sparta – stanowiły rzadkość i raczej wyjątek od reguły. Obszar polis obejmował zwykle miasto i otaczające je okoliczne wioski, obszary rolne oraz nieużytki. Zwykle teren ten stanowił spójną całość, a jego mieszkańcy mogli bez większych problemów czy wysiłku przemieszczać się swobodnie – jeżeli rzecz jasna byli wolnymi ludźmi – po całej okolicy swojego państwa-miasta. W istocie bowiem każda polis była właśnie zarówno miastem, jak i państwem. Jako miasto stanowiła społeczność stosunkowo nieliczną, zwartą, spójną i samowystarczalną. Jako państwo pozostawała podmiotem w pełni niezależnym i suwerennym, posiadającym własne organy władzy, system prawny, wojsko i prowadzącym odrębną od innych polis politykę zagraniczną. Każda polis była strukturą stosunkowo łatwo zarządzaną i administrowaną, chociażby z tego powodu, iż obejmowała obszar nieszczególnie rozległy, zaś zamieszkany on był przez społeczność zwartą i dość jednolitą.

Niezależnie od ustroju, jaki występował w konkretnej greckiej polis, jej struktury organizacyjne i organy władzy były w miarę dostępne dla przeciętnego obywatela, a również dla mieszkańca niedysponującego prawami politycznymi rządzący stanowili widoczny atrybut państwowości. Władza była widoczna w życiu publicznym – także dla tych, którzy nie mieli najmniejszego wpływu na jej działania. W zależności zaś od konkretnego rozwiązania ustrojowego, także ten wpływ był różnorodny. Wbrew współczesnym uproszczeniom, w greckich polis nie dominowały ustroje demokratyczne, a wręcz stanowiły one zdecydowaną mniejszość. Wśród kilkuset greckich polis znaleźć można co najwyżej kilka, w których utrwaliły się przez pewien okres rozwiązania demokratyczne. Najważniejszym przykładem były rzecz jasna Ateny. W greckich państwach-miastach występowały zarówno rządy arystokratyczne czy oligarchiczne, jak i tyrańskie. Znaleźć można również szereg rozwiązań hybrydowych, jak chociażby ustrój Sparty, łączący w sobie cechy modelu monarchicznego, arystokratycznego i demokratycznego.

Sprawność zarządzania niewielką wspólnotą polityczną może stanowić także dla współczesnych asumpt do myślenia o większym upodmiotowieniu małych społeczności lokalnych. jeżeli wziąć do tego za wzór pewne przymioty polis, które odkryć można w dziejach Aten w erze demokracji, wówczas okaże się, iż jesteśmy w stanie również dziś wiele nauczyć się od starożytnych. Niewątpliwie najbardziej charakterystycznym dla ateńskiej demokracji było zaangażowanie obywateli w sprawy polis. Ponieważ ustrój ten nosił znamiona demokracji bezpośredniej, toteż zdecydowana większość obywateli partycypowała w najważniejszych decyzjach dotyczących swego państwa-miasta. Obywatelstwo zaś utożsamiane było ze swoistym imperatywem uczestnictwa. To życie państwa-miasta – nie zaś życie prywatne – stanowiło centrum zainteresowania wszystkich obywateli. Zainteresowanie, uczestnictwo i zaangażowanie były pojmowane jako obywatelskie cnoty, nie zaś jako zjawisko nadzwyczajne czy marginalne. Kiedy więc mówimy o budowaniu współczesnych polis, wówczas mamy na myśli te właśnie cechy greckich państw-miast, a w szczególności Aten w okresie demokratycznym.

Współczesny kryzys wspólnot

W latach 90. dwudziestego wieku wielu intelektualistów, komentatorów i publicystów przestrzegało przed indywidualistyczną pułapką, w jakiej znalazł się współczesny człowiek. Atomizm społeczny, neoliberalna retoryka konkurencji i przedsiębiorczości, kulturowy model życia intensywnego i skupionego na karierze zawodowej – zjawiska te zdawały się tyleż korzystne z perspektywy gospodarczej czy prywatnej, co niebezpieczne dla społecznego życia i kooperacji międzyludzkiej. Już wtedy zaczęto mówić o kryzysie wspólnot – zarówno tych mniejszych, jak i większych – oraz zanikaniu życia społecznego. Jakkolwiek alarmistyczna narracja krytyków ówczesnych procesów cywilizacyjnych słusznie była określana jako niekiedy przesadzony katastrofizm, to jednak na istotę tej krytyki i dostrzeżone negatywne zjawiska nie można było pozostać zupełnie obojętnym. Logika społeczeństwa w realiach późnego kapitalizmu rzeczywiście opiera się na daleko idącym procesie utowarowienia wszystkiego, co utowarowić się da. A – jak pokazuje codzienność – utowarowić można dosłownie wszystko: od edukacji i nauki, poprzez dzieciństwo i zdrowie, aż po uczuciowość i relacje międzyludzkie. Z tej perspektywy patrząc, rzeczywiście wskazywanie na kryzys wspólnotowości było diagnozą poprawną.

Wydawało się jednak jeszcze trzydzieści czy dwadzieścia lat temu, iż potencjalne zagrożenia i ryzyka, wobec których postawiony zostaje człowiek współczesny, zostaną zrównoważone przez osiągnięcia. Nowe narzędzia, zjawiska i procesy stworzą dla ludzkich społeczności nowe sfery i obszary działalności, dzięki czemu uda się otworzyć człowieka na nowe formy współpracy i zaangażowania. Tak przecież spoglądano na media społecznościowe, które nie dość, iż pozwalały każdemu użytkownikowi tworzyć własne treści i korzystać z treści generowanych przez innych użytkowników, ale dawały możliwość samoorganizowania się ludzi w interesującej ich wspólnej sprawie. Wystarczy przypomnieć sobie Arabską Wiosnę i to, w jaki sposób młodzi ludzie z państw Maghrebu umawiali się na protesty i manifestacje społeczne, czym – jak się wówczas wydawało – zadawali kłam wszystkim malkontentom i maruderom, którzy od samego początku krytykowali social media. Nadzieje, iż w ten sposób tworzyć się będą nowego typu trwałe społeczności, okazały się mrzonkami. Spustoszenie intelektualne, jakie dokonuje się przy udziale mediów społecznościowych, nie jest już dziś dla nikogo przesadą czy nadinterpretacją.

Jak się okazuje, cyfryzacja i powszechny dostęp do narzędzi nowych mediów jeszcze bardziej ów kryzys wspólnot pogłębiły. Zamiast nowych narzędzi pogłębiania wspólnotowości i formowania nowych relacji, otrzymaliśmy instrument niesamowitego wręcz utrwalania różnic i upowszechniania nienawiści. Społeczeństwo, które z założenia miało wejść w fazę tolerancji, empatii i akceptacji, otrzymało diabelski prezent, przy pomocy którego własne frustracje i rozczarowania może przeistaczać w bezinteresownie wylewany medialny hejt. W okresie mniej niż dwóch dekad wróciliśmy do epoki szlachetnego dzikusa czy człowieka pierwotnego – tylko zamiast okładać się drewnianymi pałkami, użytkownicy portali społecznościowych okładają się słowami, mniej lub bardziej wyszukanymi. Social media stały się instrumentem nowej fali polaryzacji, która niewinnych z pozoru ludzi przeistacza w krwiożercze, emocjonalne bestie, łudząc opowieścią o rzekomej anonimowości. Jednocześnie użytkownicy coraz częściej traktują media społecznościowe nie jako narzędzia komunikacji, ale jako kanały informacyjne, co otwiera szerokie bramy dezinformacji, propagandzie i rozprzestrzenianiu się fake newsów. Zamiast alternatywnej formy budowania wspólnotowości otrzymujemy karabin maszynowy bez instrukcji obsługi.

Nowa koncepcja polis

Zmiany cywilizacyjne i technologiczne powinny skłaniać nas do podejmowania prób odbudowania wspólnoty. jeżeli dążenie do wskrzeszenia państwowej wspólnoty politycznej uznalibyśmy za utopię, to warto przynajmniej rozważyć metody odbudowy wspólnotowości na poziomie najbliższym obywatelowi, czyli na poziomie lokalnym. Skoro gmina, dzielnica, osiedle czy małe miasto mają wśród swoich zadań własnych zaspokajanie podstawowych potrzeb mieszkańców, to niewątpliwie właśnie tam należy poszukiwać drogi do odbudowywania wspólnotowego myślenia. Nie zbudujemy jednak współczesnej wspólnoty bez postawienia jej namacalnych celów oraz zdefiniowania interesów. Minęła epoka wspólnot opartych na naturalnych więziach, gdyż społeczeństwa zmieniły się w porównaniu z tymi, które niegdyś rościły sobie pretensje do nazywania się „naturalnymi”. Tymczasem właśnie wspólne interesy, szczególnie związane z miejscem zamieszkania, są tym, co może ludzi łączyć, jednoczyć, mobilizować i otwierać pole do współpracy. Wspólnota lokalna rzeczywiście pod tym względem może przypominać grecką polis, której fundamentem działania będzie aktywność społeczna obywateli, którzy niekoniecznie muszą od razu rezygnować z obrony własnych partykularnych interesów, ale w ramach wspólnoty lokalnej mogą sprawiać, iż ich interesy prywatne zostaną uzgodnione i zsynchronizowane z interesem danej społeczności.

Próbą synchronizacji interesów prywatnych z interesem wspólnoty lokalnej jest idea budżetu obywatelskiego czy też budżetu partycypacyjnego. Wdrażanie jej w kolejnych miastach w różnych częściach świata dowodzi dobitnie, iż możliwe jest wyjście poza wyraźnie zarysowaną polaryzację i emocjonalny spór, kiedy ludzie zaczynają myśleć o swojej najbliższej przestrzeni społecznej i geograficznej, kiedy poszukują sposobu na usprawnienie instytucji i polityk publicznych, kiedy wychodzą poza perspektywę dobra wyłącznie prywatnego. Budżety partycypacyjne nie budzą takich emocji jak wybory parlamentarne, nie aktywizują farm trolli ani nie generują erupcji wulkanów nienawiści. Perspektywa wspólnego dobra, czyli tego, co w greckiej polis było sednem i esencją działalności obywatelskiej, staje się namacalnie obecna w życiu mieszkańców danej społeczności lokalnej, kiedy zastanawiają się nad alternatywnymi projektami zgłoszonymi przez obywateli i organizacje pozarządowe. Motywacja, która kieruje osobami głosującymi nad wybranym projektem zgłoszonym do finansowania w budżecie obywatelskim, ma charakter wyłącznie pozytywny, a celem jest jedynie podniesienie jakości życia wspólnoty lokalnej. Budowa placu zabaw czy siłowni plenerowej, utworzenie parku kieszonkowego czy zazielenienie ulicy, organizacja wydarzenia sportowego czy społecznego – nigdy nie będą polaryzowały ludzi tak, jak hejterskie wpisy internetowych trolli. I to właśnie tam zaczyna się nowa polis.

Możemy sobie wyobrazić oczywiście korzystanie przez wspólnoty lokalne również z narzędzi cyfrowych i elektronicznych, bo przecież lokalne grupy w mediach społecznościowych są dziś pewną codziennością, a konsultacje społeczne online umożliwiają wzięcie w nich udziału przez tych, którym życie zawodowe lub prywatne odbierałoby tę możliwość. Nic jednak nie jednoczy ludzi tak, jak wspólna aktywność, której celem jest dobro małej ojczyzny. Niezależnie od tego, w jakiej lokalnej wspólnocie mieszkamy, angażowanie się w działania – choćby były one jedynie doraźne – prospołeczne, jak sprzątanie lasów, zagospodarowywanie ogrodów sąsiedzkich, organizacja zbiórek dla osób potrzebujących czy aktywizowanie dzieci, młodzieży oraz seniorów, dopiero w sposób realny pozwala nam zbudować wspólnotę. Z oczywistych względów dobrze by było zachęcać mieszkańców do podejmowania działalności w ramach rad osiedli czy dzielnic, w ramach struktur sołeckich, w klubach sportowych lub ochotniczych strażach pożarnych – wszędzie tam, gdzie widoczny będzie ich namacalny wpływ, a decyzje będą oddziaływać na ich małą ojczyznę. Ważne, by ich decyzje były widoczne w lokalnej przestrzeni, pozostając jednocześnie transparentnymi.

Budowanie poczucia wspólnoty

Badania pokazują, iż partycypacja obywatelska wzrasta tam, gdzie istnieją więzi międzyludzkie, a więzi takie istotnie najłatwiej budować właśnie w ramach bliskiego sąsiedztwa. Spotkania, festyny, dyskusje, debaty, zbiórki charytatywne, pikniki rodzinne – to tylko wybrane formy spędzania czasu w ramach wspólnoty lokalnej, które pozwalają mieszkańcom budować i utrwalać więzi. Nie zbudujemy współczesnej polis bez takich relacji, ale jednocześnie musimy mieć świadomość, iż są one możliwe do zbudowania jedynie w najbliższym otoczeniu lokalnym. Każda przestrzeń do rozmowy i współpracy staje się międzyludzkim łącznikiem, a każdy międzyludzki łącznik jest szansą na przezwyciężenie atomizacji i polaryzacji, jaką serwują nam współczesne media społecznościowe. Z perspektywy organizatorów życia zbiorowego, czyli instytucji państwa oraz samorządów terytorialnych, istotnym postulatem byłoby oczekiwanie, aby za wszelką cenę podejmować działania obniżające bądź likwidujące bariery uczestnictwa. Upraszczanie procedur, organizowanie istotnych spotkań w godzinach dogodnych dla przeciętnego obywatela, zapewnienie mieszkańcom wsparcia organizacyjnego bądź poradnictwa – to tylko wybrane formy działań, które mogą podnieść skalę obywatelskiego zaangażowania, a jednocześnie uczynić z naszych małych ojczyzn prawdziwe, współczesne polis.

Czy wszystkie te propozycje są rewolucyjne i prawdziwie innowacyjne? Nie, żadna rewolucja nie jest w stanie sprawić, iż obywatele prawdziwie odbudują wspólnotowość w swoich ojczyznach lokalnych. Również innowacyjność niekoniecznie musi nas do tego prowadzić – jak już dostrzegliśmy w ostatnich dekadach, czasami narzędzia innowacyjne dają nam wiele nadziei, ale zwykle przynoszą też nowy pakiet zagrożeń. Droga do budowy nowej polis wiedzie dawno utartymi ścieżkami, jednakże współczesny człowiek odzwyczaił się wędrowania nimi. Najwyższy czas, aby przypomnieć mu, gdzie zaczyna się wspólnota i w jaki sposób o nią się troszczyć. Nadzieja, iż nasze wspólnoty lokalne staną się współczesnymi polis nie może pozostać płonna, choć jest niewątpliwie nadzieją niepoprawnego optymisty.

Idź do oryginalnego materiału