Zapowiedź budowy Portu Haller brzmi jak znajoma melodia. Jest rozmach, jest geopolityka, jest wątek niemiecki i – rzecz jasna – przekonanie, iż obecna władza „hamuje rozwój”, podczas gdy recepta leży gotowa w szufladzie prezesa. Jarosław Kaczyński, wspierany przez Mariusza Błaszczaka i Kacpra Płażyńskiego, ogłosił projekt nowego portu w pobliżu Gdańska – przedsięwzięcia, które ma być symbolem „ambicji i rozmachu prawicy”. Trudno o bardziej podręcznikowy przykład gigantomanii PiS.
Prezes PiS przekonuje, iż „10 mln więcej przeładunków u nas daje 10 mln mniej w Hamburgu, Rostocku i innych niemieckich portach”. To zdanie streszcza całą filozofię tej formacji: infrastruktura jako narzędzie symbolicznej rywalizacji, a nie element długofalowej, chłodno liczonej strategii gospodarczej. Port nie ma przede wszystkim zarabiać i wzmacniać systemu transportowego państwa – ma „odebrać Niemcom”. Brzmi dumnie, ale ekonomia rzadko bywa patriotyczna w takim sensie, w jakim widzi ją PiS.
Sam pomysł Portu Haller przedstawiany jest jako logiczne dopełnienie inwestycji w elektrownię atomową. Kaczyński mówi o miejscu „wyjątkowo sprzyjającym”, „dobrze skomunikowanym”, gdzie „budowę będzie można przeprowadzić gwałtownie i łatwo”. Słowa „szybko” i „łatwo” w ustach polityków PiS powinny jednak zapalać czerwoną lampkę. To właśnie pod tym hasłem realizowano w ostatnich latach projekty, które kończyły się opóźnieniami, wzrostem kosztów i chaosem prawnym.
Kacper Płażyński podkreśla, iż chodzi o wydatki rzędu 5 mld zł, „które i tak są konieczne” przy budowie atomu, a powstałą infrastrukturę „można wykorzystać” do portu RORO. To klasyczny chwyt: skoro coś już kosztuje, to dołóżmy jeszcze więcej, bo przecież „okazja”. W ten sposób PiS przez lata uzasadniał kolejne rozszerzenia projektów – od lotnisk po kanały – ignorując pytanie podstawowe: czy państwo naprawdę ma dziś na to pieniądze.
Bo zanim zaczniemy budować nowe porty z rozmachem godnym prezentacji wyborczej, warto byłoby policzyć rachunki z przeszłości. Lata rządów PiS zostawiły po sobie nie tylko wielkie hasła, ale też bardzo realne długi: finansowe, instytucjonalne i infrastrukturalne. Zadłużenie publiczne rosło w cieniu kreatywnej księgowości, fundusze celowe stały się równoległym budżetem, a wiele inwestycji – zamiast generować zyski – generuje koszty utrzymania. O tym w konferencyjnych zapowiedziach Portu Haller nie padło ani słowo.
Płażyński przekonuje, iż „przed nami jest szansa, której nie możemy przegapić, żeby gwałtownie zarabiać w Polsce duże pieniądze”, bo za pięć lat pojawi się „zupełnie nowy potok ładunków”. PiS od lat żyje w przyszłości: za pięć lat będzie CPK, za pięć lat będą nowe szlaki, za pięć lat wszyscy zobaczą, iż mieliśmy rację. Tyle iż rachunki przychodzą dziś, a obietnice wciąż pozostają w czasie przyszłym.
Dopełnieniem narracji jest argument bezpieczeństwa. Mariusz Błaszczak mówi o porcie jako hubie dla wojsk sojuszniczych, „bardziej oddalonym od Obwodu Królewieckiego”. Bezpieczeństwo narodowe to w retoryce PiS uniwersalny wytrych – nim można uzasadnić niemal każdą inwestycję, niezależnie od jej sensowności ekonomicznej. Problem w tym, iż bezpieczeństwo nie bierze się z powerpointów, ale z dobrze działającego państwa, stabilnych finansów i sprawnych instytucji.
Port Haller wpisuje się więc idealnie w styl PiS: wielki projekt, wielkie słowa, wielkie ambicje – i mało refleksji nad tym, co już zostało zaniedbane. Zanim zaczniemy stawiać nowe nabrzeża, warto byłoby spłacić długi poprzedniej epoki: uporządkować finanse, rozliczyć stare inwestycje i odbudować zaufanie do państwa. Bez tego choćby największy port może okazać się tylko kolejnym pomnikiem politycznej gigantomanii.

11 godzin temu










