Komisja Europejska nie ma z góry blokować zapowiadanej reformy PIT, ale oczekuje od Warszawy pokrycia jej kosztów w budżecie. Według doniesień WP i money.pl rząd rozważa m.in. stawkę około 24 proc., choć w planie dla Brukseli obiecał stabilne parametry PIT do końca 2028 r.
Warunkowe zielone światło z Brukseli
Komisja Europejska, według ustaleń Wirtualnej Polski, nie zamierza z góry zatrzymać polskiej reformy podatkowej. To ważna informacja, ale jeszcze ważniejsze jest słowo: warunek. Warszawa ma pokazać, skąd weźmie pieniądze na pokrycie ubytku w dochodach państwa.
Tak działa dzisiejsza unijna logika nadzoru. Formalnie podatki bezpośrednie pozostają kompetencją państwa. W praktyce, gdy kraj wpada w procedurę nadmiernego deficytu, każda większa zmiana fiskalna staje się przedmiotem tłumaczenia przed Brukselą. Polska może więc usłyszeć: róbcie reformę, ale pokażcie rachunek i kompensację.
PIT 24 procent i obietnice zapisane w planie
Jak podał money.pl, w rządzie omawiana jest zmiana PIT obejmująca m.in. dodatkową stawkę około 24 proc., obok obecnych stawek 12 i 32 proc. Ten kierunek ma łagodzić skok do wyższego opodatkowania, ale z punktu widzenia budżetu oznacza mniejsze wpływy. Wiceprzewodniczący Rady Fiskalnej prof. Andrzej Torój wskazywał w money.pl, iż skutki takich zmian mogą sięgać od kilku do kilkudziesięciu miliardów złotych rocznie, zależnie od parametrów.
Problem polega na tym, iż rząd sam wpisał się w unijny gorset. Ministerstwo Finansów informuje, iż średniookresowy plan budżetowo-strukturalny ma doprowadzić do ograniczenia deficytu nominalnego poniżej 3 proc. PKB w 2028 r. i do stopniowej redukcji długu. Z kolei KPRM podawał, iż plan na lata 2025-2028 zakłada zejście z deficytu 5,5 proc. PKB w 2025 r. do 2,9 proc. PKB w 2028 r.
W tym kontekście nowe obietnice podatkowe nie są już tylko elementem krajowej debaty. To część szerszego sporu o PIT 24 procent i wyższy CIT, czyli o to, kto realnie zapłaci za polityczne hasła rządu: podatnik, przedsiębiorca, budżet, czy kolejna grupa wskazana do fiskalnego dociśnięcia.
Procedura deficytu jako smycz
Polska jest objęta procedurą nadmiernego deficytu od lipca 2024 r. Ministerstwo Finansów przyznaje, iż w obecnych regułach kluczowa jest zgodność polityki fiskalnej z tempem wzrostu wydatków netto zaleconym przez Radę UE. Bruksela nie musi więc wydawać dramatycznego zakazu, by wpływać na decyzje podatkowe Warszawy. Wystarczy, iż będzie żądać spójności z planem, który przyjął sam rząd.
To wygodny mechanizm dla unijnych instytucji. Państwo członkowskie bierze na siebie zobowiązania, potem Komisja ocenia, czy kolejne decyzje pasują do tej ścieżki. Politycy w Warszawie mogą mówić o reformie i trosce o portfele obywateli, ale po drugiej stronie stołu czeka pytanie o miliardy. I to pytanie nie pada w Sejmie, tylko w procedurach unijnych.
Podobny schemat nacisku widzieliśmy już przy innych sporach z Brukselą, także przy działaniach Komisji Europejskiej wobec paktu migracyjnego. Najpierw pojawia się język koordynacji i odpowiedzialności. Potem okazuje się, iż realna przestrzeń decyzji narodowej kurczy się krok po kroku.
Kto zapłaci za podatkową obietnicę
Dla polskiej rodziny i polskiego przedsiębiorcy najważniejsze jest nie to, czy Komisja użyje słowa blokada. Ważne jest, czy reforma zostawi więcej pieniędzy w kieszeni, czy tylko przesunie ciężar w inne miejsce. o ile rząd obniży wpływy z PIT, a równocześnie będzie musiał zadowolić Brukselę w sprawie deficytu, rachunek wróci pod inną postacią: wyższych danin, cięć, długu albo kosztów przerzuconych na firmy.
Tu jest sedno sprawy. Polska potrzebuje prostszych, niższych i bardziej prorodzinnych podatków. Potrzebuje też odpowiedzialnego budżetu, bo bezpieczeństwo, armia i infrastruktura nie utrzymają się z konferencji prasowych. Ale suwerenna reforma podatkowa nie może być pisana tak, by najpierw dobrze wyglądała w krajowym przekazie, a potem przechodziła egzamin z posłuszeństwa w Brukseli.
Rząd sam wprowadził państwo w sytuację, w której obietnica podatkowa musi szukać aprobaty w unijnym rachunku deficytu. To cena polityki bez twardego realizmu. A dla Polaków stawka jest prosta: mniej pieniędzy zabieranych z pracy albo kolejna iluzja, za którą zapłacą z własnego portfela.
Źródło: Wirtualna Polska, money.pl, Ministerstwo Finansów, Kancelaria Prezesa Rady Ministrów.
Źródło: WP Wiadomości














