Unia Europejska po raz kolejny próbuje rozszerzyć swoje wpływy na obszar, który od zawsze należał do kompetencji państw członkowskich – prawo rodzinne. Pod hasłem ułatwienia życia rodzinom przemieszczającym się między krajami UE Komisja Europejska przygotowała rozporządzenie dotyczące wzajemnego uznawania rodzicielstwa. W praktyce może ono doprowadzić do sytuacji, w której Polska będzie zobowiązana uznawać skutki prawne rozwiązań sprzecznych z własnym porządkiem prawnym. Chodzi o handel dziećmi, który w kilku krajach unijnych jest legalny pod hasłem „surogacji”.
Bruksela znów chce narzucić Polsce elementy skrajnie lewicowej ideologii, uderzające w tradycyjną rodzinę. W naszym kraju surogacja nie jest dozwolona. Zgodnie z obowiązującym prawem matką dziecka jest tylko i wyłącznie kobieta, która je urodziła. Polski porządek prawny nie przewiduje możliwości zawierania umów o urodzenie dziecka dla innych osób ani handlu dziećmi, który pozostaje przestępstwem.
Tymczasem nowy projekt Komisji Europejskiej zakłada wprowadzenie europejskiego poświadczenia rodzicielstwa oraz zasadę, zgodnie z którą rodzicielstwo ustalone w jednym państwie członkowskim miałoby być uznawane także w pozostałych krajach. Zwolennicy rozwiązania argumentują, iż ma ono chronić prawa dzieci i zapewniać ciągłość ich statusu prawnego podczas przemieszczania się po Unii. Krytycy zwracają jednak uwagę, iż w praktyce oznaczałoby ono obchodzenie krajowych regulacji dotyczących prawa rodzinnego.
Podczas posiedzenia sejmowej Komisji do Spraw Unii Europejskiej 28 maja 2026 roku przedstawiciel polskiego rządu potwierdził, iż projekt obejmuje również przypadki aktów urodzenia, w których jako rodzice wpisane są dwie osoby tej samej płci, a także sytuacje związane z macierzyństwem zastępczym. To właśnie ten aspekt wywołuje największe kontrowersje.
Można sobie wyobrazić następujący scenariusz: obywatel Polski wyjeżdża do państwa, w którym komercyjna surogacja jest legalna. Tam zawierana jest umowa z kobietą, która rodzi dziecko i przekazuje je zamawiającym. Następnie sporządzany jest akt urodzenia zgodny z prawem tego państwa. Po powrocie do Polski, dzięki unijnym przepisom o wzajemnym uznawaniu rodzicielstwa, polskie organy mogłyby zostać zobowiązane do uznania skutków takiego aktu, mimo iż podobna praktyka nie byłaby dopuszczalna na gruncie polskiego prawa.
Dla wielu osób jest to przykład stopniowego przenoszenia decyzji dotyczących fundamentalnych kwestii etycznych z parlamentów narodowych do instytucji unijnych. Nie chodzi już wyłącznie o wspólny rynek czy swobodę przepływu osób, ale o redefiniowanie pojęcia rodziny, rodzicielstwa i granic ingerencji państwa w najbardziej podstawowe relacje społeczne.
Trudno nie odnieść wrażenia, iż część elit unijnych od lat realizuje projekt głębokiej przebudowy społecznej. W imię postępu i walki z dyskryminacją coraz częściej proponowane są rozwiązania, które wkraczają w obszary zastrzeżone dotąd dla demokratycznych decyzji poszczególnych państw. Jest to oczywisty przykład ideologicznej inżynierii społecznej, prowadzonej ponad głowami obywateli i wbrew tradycjom konstytucyjnym wielu krajów.
Szczególnie kontrowersyjna pozostaje kwestia finansowa surogacji. jeżeli kobieta otrzymuje wynagrodzenie za urodzenie dziecka przeznaczonego dla innych osób, pojawia się poważny problem etyczny związany z komercjalizacją ludzkiego życia i wykorzystywaniem kobiet znajdujących się często w trudnej sytuacji materialnej. Lewica oczywiście twierdzi, iż „odpowiednio uregulowana surogacja” może odbywać się z poszanowaniem praw wszystkich stron oraz służyć realizacji prawa do założenia rodziny, co jest logicznym absurdem. Dewianci, podobnie jak zoofile nie tworzą bowiem żadnych rodzin, ale ich parodie.
Niestety, na razie projekt uzyskał poparcie większości w Parlamencie Europejskim. Na szczęście w sprawach prawa rodzinnego ostateczna decyzja należy do Rady Unii Europejskiej, gdzie obowiązuje zasada jednomyślności. Oznacza to, iż każde państwo członkowskie dysponuje prawem zablokowania takiego rozwiązania. To właśnie dlatego decyzja polskiego rządu ma tak duże znaczenie. o ile Warszawa uważa, iż proponowane przepisy naruszają krajowy porządek konstytucyjny oraz przekraczają kompetencje Unii Europejskiej, powinna jednoznacznie bronić swojego stanowiska podczas prac w Radzie.
Spór o rozporządzenie nie dotyczy jedynie technicznych zasad uznawania dokumentów. Dotyka fundamentalnego pytania o to, kto powinien decydować o definicji rodziny i granicach prawa rodzinnego – demokratycznie wybrane parlamenty narodowe czy instytucje Unii Europejskiej. Niestety, obawiamy się, iż klika Donalda Tuska poprze proponowane zmiany, gdyż już wielokrotnie pokazała, iż idzie drogą realizacji wszystkich antyludzkich postulatów skrajnej lewicy.
Polecamy również: Depopulacja – szalona ideologia pseudoelit

4 godzin temu










