W ostatnim wywiadzie udzielonym pani Monice Jaruzelskiej pan Grzegorz Braun był uprzejmy poruszyć temat swoich relacji z naszym tygodnikiem oraz środowiskiem skupionym wokół Myśli Polskiej. Pozwolę sobie przytoczyć jego słowa: „Redakcja Myśli Polskiej – gazety, z którą bywałem i nie wątpię, iż będę jeszcze nie raz w istotnych sporach politycznych. Ja nie mam komunii dusz z redaktorami Myśli Polskiej. Ale to jest przynajmniej jakiś produkt intelektualny”.
Z takiego postawienia sprawy cieszę się przynajmniej z kilku powodów.
Po pierwsze, pan Braun był uprzejmy zdystansować się wobec nas, zanim my musieliśmy zdystansować się wobec niego i jego projektu politycznego. Fakt, iż niektóre osoby związane z naszą redakcją upatrują swojej przyszłości w kandydowaniu z list Grzegorza Brauna, nie oznacza bowiem mariażu pomiędzy Myślą Polską a Konfederacją Korony Polskiej. Nasze role są przecież zupełnie inne. Partia Grzegorza Brauna zabiega o poparcie wyborców i uzyskanie wpływu na bieżącą politykę państwa — taka jest rola partii politycznych. Myśl Polska nie jest partią, ale gazetą, a — jak słusznie zauważył sam Braun — także środowiskiem intelektualnym. Określenie „produkt intelektualny” uważam jednak za nieszczęśliwe. Dziś mówi się wprawdzie o „think tankach”, ale odrzucając obrzydliwe makaronizmy, możemy powiedzieć wprost: postrzegamy się jako ośrodek wpływu i takim pozostaniemy. Chcemy wpływać na Polskę nie poprzez udział w bieżącej polityce, który na obecnym etapie uważamy za bezowocny, ale poprzez kształtowanie metapolityki. To przynosi owoce znacznie ważniejsze i znacznie trwalsze.
Po drugie, Grzegorz Braun wspomina o „komunii dusz”. Jest to pojęcie tak głęboko obce mojemu aparatowi pojęciowemu, iż postrzegam je niemal jako egzotyczne. Gdyby pan Braun mówił o odmiennym postrzeganiu priorytetów czy różnym rozumieniu racji stanu, operowalibyśmy przynajmniej w tym samym obszarze pojęciowym. Sam fakt, iż używa on kategorii „komunii dusz”, najlepiej świadczy o tym, iż — niezależnie od licznych punktów zbieżnych w ocenie bieżącej polityki — w obszarze istoty tożsamości znajdujemy się w całkowicie odrębnych zbiorach. My opieramy się na rozumie, pokornie dostrzegając dysfunkcje wynikające z niedoskonałości naszego aparatu intelektualnego. Tymczasem Braun jest politycznym mistykiem i romantykiem — takim samym jak konfederaci barscy czy powstańcy styczniowi.
Po trzecie wreszcie, w ostatecznym rachunku – wszystko jest kwestią smaku. Grzegorz Braun budzi moją sympatię. Niezależnie od doskonale wystudiowanej retoryki i erystycznych sztuczek pozostaje postacią ciekawą, wzbudzającą moje zainteresowanie — podobnie jak znaczna część jego otoczenia. Jednak pewna, być może mniejsza, część tego środowiska jest dla mnie całkowicie nieakceptowalna.
Rozumiem, iż dla niektórych kolegów perspektywa powrotu na polityczne salony przesłania kwestię smaku. Dla mnie — nie. Nie będę stał w jednym szeregu z Olszańskim, Walusiem i innymi. Nie dlatego, iż nie potrafiłbym zastosować sofistycznych zabiegów, by uzasadnić swoją obecność w tym towarzystwie. Zwyczajnie mi to nie odpowiada. Jak już pisałem – to kwestia smaku.
Wierzę, iż Grzegorz Braun — a w szczególności większość, jeżeli nie niemal całość jego wyborców i sympatyków — to ludzie, którym na sercu leży dobro naszej ojczyzny. Nieskromnie powiem, iż sam również do takich osób się zaliczam. Nie musimy jednak iść razem, by zmierzać w tym samym kierunku. Jak trafnie ujął niegdyś Stanisław Kozanecki „Różnorodność jeżeli respektuje drugiego poprzez współzawodnictwo pozwala każdemu wznosić się po lepsze i wyższe. Tak nas stworzono i dlatego buntowanie się przeciwko różnorodności jest pozbawione sensu (…) w dziedzinie ideowo-politycznej – idziemy na szczęście do tego samego Celu, ale nie rzadko różnymi drogami. To jest normalne. Oby tylko mieliśmy dość iły i wiary, by kroczyć w tym samym kierunku, i spotkać się na mecie”. Idźmy więc oddzielnie – nie przeszkadzając sobie i nie wchodząc sobie w drogę.
Przemysław Piasta












