Dlaczego pozostaję liberałem?
Nie sposób przejść obojętnie obok książki Profesora Adama Wielomskiego, będącej wywiadem-rzeką, jakiego udzielił Kamilowi Klimczakowi. Książkę znamiennie zatytułowano: „Dlaczego nie jestem liberałem?”. Dostarcza ona wyrazistej krytyki współczesnego liberalizmu (neoliberalizmu).
Krytyki, dodajmy, uargumentowanej zgodnie z przesłankami filozoficznymi i politycznymi, z jakimi utożsamia się Autor książki – nie pozbawionej tedy subiektywizmu. Nie czynię z tego zarzutu, ale akcentuję ów aspekt zważywszy na fakt, iż w naukach humanistycznych aprioryzmy epistemologiczne badacza, zapętlone w jego ideologicznym/kulturowym – ipso facto hermeneutycznym – podejściu do przedmiotu poznania, nie prowadzą do obiektywizacji adekwatnej dla nauk przyrodniczych. Stwarzają jedynie kolejną perspektywę interpretacyjną.
Spętlenie hermeneutyczne wyprowadza przeto Profesora Wielomskiego na pole batalii ze współczesnymi karykaturami liberalizmu. Te zaś kitwaszą się w egotyzmie i sobkowstwie. Soków żywotnych tym narcystycznym tworom dostarcza doktryna neoliberalizmu, która ich przeświadcza, iż (dixit Wielomski) „człowiek rodzi się jako istota rozumna i doskonała. Istnieją tylko i wyłącznie jednostki, które tworzą wspólny kosmopolityczny świat”. Dominuje w nim przekonanie, iż „człowiek posiada tylko i wyłącznie uprawnienia”. W epoce postmodernizmu liberalne ego „emancypuje się choćby od biologicznej natury ludzkiej. I może sobie na przykład określać, którą jest płcią ze 147 płci. To są etapy emancypacji związanej z przekonaniem, iż «ja» stoi ponad jakąkolwiek wspólnotą (…) Wszyscy ci, którzy uważają, iż mająca w tej chwili miejsce cała ta rewolucja LGBT to jest jakiś tam socjalizm, marksizm kulturowy, winni pamiętać, iż jej źródła znajdują się w apologii «ja» – czyli w liberalizmie”.
Bez dwóch zdań, tak zobrazowany liberalizm wygląda zgoła dadaistycznie i nadaje się na kontrkulturowy wernisaż. Niemniej jednak mówimy o liberalizmie jako idei, która legła kamieniem węgielnym u podstaw nowożytnej cywilizacji zachodniej. Ale w przypadku dzisiejszego neoliberalizmu widzimy, jak owa idea zwyrodniała, podobnie jak onego czasu inkwizycja i polowanie na czarownice wykraczały poza pierwiastkowe nauki chrześcijaństwa, jak faszyzm załgał sedno nietzscheanizmu, a stalinizm czy maoizm wykoślawiły doktrynę Marksa. Toteż taki neoliberalizm zwalcza się równie łatwo jak trzepnięciem packi eliminuje się muchy. Zresztą adekwatnsze będzie nazwanie adherentów takiego neoliberalizmu libertarianami lub liberalistami.
Uważa się, iż oczkiem w głowie liberalizmu jest wolny rynek ucieleśniony przez gospodarkę światową, co z kolei konceptualizuje minimalistyczne pojmowanie przez liberałów roli państwa narodowego – byle nie drzemało stróżując nocą. Nadto liberalizmowi przypisuje się wrogość do autorytaryzmu, połączoną z gotowością do zbrojnych interwencji międzynarodowych „w imię demokracji”, oraz kultywowanie praw człowieka. Nie warto jednak wpierać doktrynie liberalizmu tych przymiotów jako integralnie scałkowanych w niej, niezależnie od czasu historycznego i od różnych myślicieli liberalnych. Tych ostatnich łączyło to, iż pospołu adorowali prywatną własność środków produkcji i wolny rynek. Atoli liberalizm nie odrzucał ingerencji państwa w kontekst społeczno-gospodarczy. Rządy ulegające liberalizmowi sprzyjały np. polityce protekcjonistycznej dla ochrony krajowego rynku przed obcym importem; pozyskiwały nowe rynki i źródła surowców w drodze podboju kolonialnego; tłumiły instytucje oporu klasy pracowniczej (związki zawodowe, strajki itp.). Jak zauważa Andrzej Walicki, „scentralizowana władza państwowa, działająca na rzecz unifikacji praw i oceniająca jednostki według kryteriów merytokratycznych, często bywała sojusznikiem liberalnej wolności. Służba państwu pozwalała jednostkom wymknąć się spod despotycznych, wszechogarniających wspólnot wyznaniowych i stanowych, lokalnych (jak np. wspólnoty wiejskie) i klanowych, gildyjnych i cechowych”.
W krajach słabiej rozwiniętych, które przymierzały się do przyspieszenia industrializacyjnego, interwencjonizm państwa – w tym również w zakresie pozyskiwania środków na inwestycje – odgrywał rolę pierwszoplanową przy budowaniu gospodarki wolnorynkowej. W tym wypadku synergia między państwem – nierzadko zresztą ujawniającym ciągoty autorytarne – a wolnym rynkiem zakrawa bardziej na prawidłowość niż na okazjonalną zbieżność. Nadmienić zarazem należy, iż mówimy tu o państwie przynależącym do cywilizacji zachodniej lub znajdującym się pod silnym wpływem kulturowym Zachodu (jak powojenna Japonia i Republika Korei).
Liberalizm często utożsamia się z demokracją. Rzeczywiście, ludzie nastawieni liberalnie, a więc na szczyt systemu wartości wydźwigający wolność jednostki, wzdragają się wobec perspektywy rządów despotycznych. Starożytni Grecy tego typu rządów upatrywali we wschodnich despocjach, zwłaszcza w Persji. Despotes w języku starogreckim oznaczał autorytarnego patriarchę rodu, który swą wolą czy wręcz kaprysem przytłaczał na mocy uzusu podległych domowników. A osadzone na tej logice systemy polityczne przetrwały tysiąclecia w strefie pozaeuropejskiej, od Chin i Indii, poprzez Środkowy i Bliski Wschód, na państwach Azteków i Inków kończąc. Dla Greków, a następnie dla myślicieli europejskich aż do czasów współczesnych, był to system wszechogarniającego niewolnictwa, które bardziej tłamsiło rozwój jednostki ludzkiej niż fizyczna przemoc niewolnictwa antycznego lub amerykańskiego wobec Murzynów. Być niewolnikiem umiesz, ale nie zasmakowałeś tego, czym jest wolność – sarkastycznie ripostowali Spartanie zdobnemu w drogie szaty perskiemu satrapie, który posłował do Sparty, by namówić ją do ukorzenia się przed achemenidzkim „władcą władców”. Zresztą pojęcie wolności – czyli obywatelskiej podmiotowości i godności człowieka – miało swój odpowiednik terminologiczny tylko w grece i łacinie: eleutheria i libertas, nie występowało zaś w żadnym orientalnym języku owej epoki.
Otóż wolność w rozumieniu europejskim oznacza swobodę poczynań politycznych i społeczno-ekonomicznych jednostki, zgodnie z prawem osadzonym na pryncypiach wolnościowych i obywatelskich. Pryncypia te nie tylko obdarzały obywatela swobodą słowa i współdecydowania o losach wspólnoty, nie tylko potwierdzały jego własność prywatną środków produkcji, ale nakazywały mu obywatelską aktywność w ramach demokratycznego procesu decyzyjnego, opodatkowania oraz nakazu obrony ojczyzny. Skądinąd owa aktywistyczna wolność partycypacyjna bardziej przemawia do mnie, niż eskapistyczna (i w tym sensie negatywna) wolność od zaangażowania obywatelskiego, swoboda w prywatności, postulowana przez Benjamina Constanta. Postawa liberalna wymaga także zdroworozsądkowej krnąbrności i nie odrętwiania się klepanymi w swojskim otoczeniu patriotycznymi komunałami. Pisał Władysław Konopczyński o polskim tradycyjnym indywidualizmie: „To fatalne nieporozumienie! Indywidualizm, którego kwintesencją było rzekomo liberum veto (…) zniweczył nam prawodawstwo i rząd, ale indywidualności on nie wychował. Wręcz przeciwnie, w atmosferze sejmików, pod rządem jednomyślności, dla niepsucia bratniego nastroju, musiała wszelka osobowość milczeć, niwelować się, giąć i łamać, bo inaczej popsułby się sejmik”.
Liberalizm, przy całym swym eksponowaniu indywidualizmu, wyrasta nade wszystko ze zdrowego rozsądku i przemożności wektorów etycznych (cnót), wyrosłych z prawa naturalnego. Ono zaś na co dzień przypominało jednostce ludzkiej, iż jest istotą społeczną, która swą wolę i poczynania musi coraz to uzgadniać ze zbiorowością, do której przynależy. Uzmysławiało to jednostce, iż u podstaw jej wolności leżą racjonalny namysł i poczucie odpowiedzialności. Można zgoła powiedzieć, iż odpowiedzialność, która karmi się aksjologią prawa naturalnego, człowieka wolnego bardziej obarcza obowiązkami i samoograniczeniami, nie zaś wyściela mu drogę do hulaszczości. Okazuje się on zdany głównie na siebie i musi się konfrontować z ciężkimi wyzwaniami, w imię afirmacji własnej skuteczności i godności. Dlatego niemała część ludzi, wyzbytych siły woli i walki o sukces, „ucieka od wolności” (Erich Fromm) we wspólnotowość i kolektywizm, które ich infantylizują i nieodłącznie pętają plagami władzy „ojcowskiej”, autorytarnej, duszpasterskiej.
Współcześnie „ucieczkę od wolności” – choć przedstawianą jako „ucieczka do wolności” – ucieleśnia migracja do Europy uchodźców z Afryki i Azji, ponoć politycznie prześladowanych, choć w istocie dobierających się „za frajer” do rogu obfitości, jaki przedstawia świat Zachodu. Tacy uchodźcy z natury swej są antyliberalni, skoro brak im obywatelskiego pojmowania, dlaczego u nich w kraju źle się dzieje i jak temu godnie oraz czynnie przeciwdziałać. o ile władza w ich kraju jest zła, nie usiłują jej korygować, ale czmychają pod ochronę zasiłków europejskich. W tym kontekście pojawia się – wiązana z liberalizmem – kategoria praw człowieka. Otóż liberalizm prawa człowieka rozumie jako jego powinność obywatelską, a nie jako roszczeniowość drapichrustów spoza siedmiu mórz.
Ideę liberalizmu przenikają sprzeczne sygnały i można niekiedy odnieść wrażenie, iż liberalizm jawi się jako semafor na rozdrożu, który równocześnie wyświetla światło zielone, żółte i czerwone. Na pewno światło czerwone sygnalizuje frywolności libertarianizmu i neoliberalizmu, gdzie wolność upodabnia się do permisywizmu. Wtedy liberalizm przeobraża się w jakaś gąbczastą czy galaretowatą formę życia, łatwo go też skojarzyć z aferzystami i ekstrawagantami. A choćby z kozaczyzną, gdy degraduje się do stanu rozkiełznania katatonicznego, tradycyjnie uznawanego w Rosji za swobodę („wolia”): bezmyślnego kozackiego niszczenia, palenia i zabijania, a potem opętańczego galopu przez step. A libertariański narcyzm i sybarytyzm nader pasują do poetyki frymuśniej kozaczyzny. Nie przyjmuję jednak do wiadomości, iż są to przejawy postawy liberalnej.
Prof. Jarosław Bratkiewicz
Myśl Polska, nr 39-40 (27.09-4.10.2026)













