Bożena Ratter: Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym
Bożena Ratter: Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym
data:09 lutego 2026 Redaktor: Redakcja
I tak było na całym terenie Wołynia, Małopolski Wschodniej i na Zamojszczyźnie. „Ta ziemia- aż po wieki będzie przywoływać zaprzedanym złu mordercom wołanie Boga: Kainie - gdzie jest brat twój?- mówił ks. Tadeusz Pater w 2004 roku w kazaniu ku czci zamordowanych Polaków.

8 lutego 1943 roku we wsi Dubówka pow. Sarny, pop-kapelan spowiadał upowców, którzy następnie przyjęli komunię. Po tej uroczystości wszyscy w dwuszeregu uklękli i podnieśli do góry swoją broń: karabiny, pepesze, strzelby, pistolety, granaty, dubeltówki, nagany, siekiery, topory i pikulce. Pop odmawiając modlitwę, szedł w asyście komendanta, błogosławił i kropił święconą wodą trzymaną w rękach broń przygotowaną na Lachiw w kolonii Parośle. Po zakończonej uroczystości, pop-kapelan pobłogosławił ich życząc im szczęśliwej wyprawy na Lachiw. Przerażający był to widok. Około stu czterdziestu klęczących bandytów trzymających w rękach różną broń (siekiery, topory) i idącego popa machającego ogromnym kropidłem i błogosławiącego narzędzia zbrodni” (Antoni Przybysz: Z umęczonego Wołynia; Wrocław 2001, s. 60).
Następnego dnia 9 lutego 1943 r. we wsi Parośla pow. Sarny „pobłogosławieni” upowcy „poświęconymi” narzędziami zbrodni wymordowali 175 Polaków „od niemowlęcia w kołysce po starca nad grobem”.
„W poszczególnych domach o godzinie szesnastej sotnicy wydali rozkazy, żeby wszyscy domownicy położyli się na podłodze. Gdy ludzie leżeli twarzami do podłogi „partyzanci” siekierami rozrąbywali głowy wszystkim. W główki dzieci uderzano obuchami siekier lub toporów. W niektórych domach Polacy nie wykonali rozkazów, nie kładli się na podłogach, wtedy Ukraińcy łapali poszczególne osoby i mordowali w okrutny sposób. Kobietom obcinano piersi, nosy, uszy, zrywano paznokcie, odcinano dłonie, nogi, rozpruwano brzuchy. Mężczyznom odrąbywano narządy płciowe, odcinano po kawałku dłonie, ręce, stopy, rozpruwano brzuchy, rozpalonymi drutami wypalano oczy, obcinano języki, nosy, uszy, na to sypali sól. Rozrąbywali głowy plastrami, po kawałku.
W okropnych męczarniach ci ludzie konali, a mordercy – „striłci” UPA z ironią i uśmiechem na twarzach mówili: - Przeklęte Lachi, sobacze syny, tutaj wasza Polska, już jej nie zobaczycie” (Antoni Przybysz: Z umęczonego Wołynia, Wrocław 2000, s. 63).
„Mama spytała ojca, co ci robili? Czy mocno bili? Za co? Ojciec odrzekł, iż im nie chodziło o słoninę, ale o broń. Mama powiedziała, iż nas chyba pomordują, na co ojciec nic nie odpowiedział. Siedział ze spuszczoną głową, bez słowa. Mama modliła się półgłosem, prosiła Boga, by jej dzieci nie zostały sierotami. Po dłuższym czasie, do sypialni wszedł dowódca z miną bardzo zadowoloną, za nim kilku bandytów rozebranych do koszul, roześmianych. Dowódca rozkazał położyć się twarzą do podłogi i nastąpiło bestialskie mordowanie, rąbaniem naszych głów siekierami. Oprawców było wielu, gdyż mordowano nas prawie jednocześnie. Mordercy przebywali w naszym domu w dalszym ciągu, ucztując. W czasie mordowania słyszeliśmy krzyk mamy, która kątem oka musiała widzieć mordowanie dziadka, babci i ojca (swego męża), gdyż leżała obok niego. Po chwili ucichła. My z siostrą – leżeliśmy nieco dalej obok kołyski, z nogami do głów rodziców. Po upływie jakiegoś czasu, odzyskałem przytomność i usłyszałem głos banderowców z kuchni, chodzących tam i z powrotem. W tym czasie słyszałem rzężenie mamy. Do dziś nie wiem, dlaczego nie wstałem? Usłyszałem wnet kroki zbliżającego się do sypialni mordercy i natychmiast ułożyłem się w tej samej pozycji (chyba tylko z woli Boga). Wtedy to morderca otworzył drzwi, rąbnął siekierą, chwilę postał, zamknął drzwi i poszedł. Wtedy to ponownie poruszyłem się, gdyż bardzo bolały mnie ramiona. Słysząc pojedyncze już tylko głosy oprawców, nie próbowałem wstać. Po chwili znów otwarły się drzwi, morderca popatrzył, ponieważ nikt nie dawał znaku życia, zamknął drzwi i wtedy wszystko ucichło. Po przerażającej ciszy, usłyszałem odgłos skrzypiących sań, oddalających się. Odczekałem jeszcze jakiś czas i dopiero wtedy zacząłem poruszać się. Wstać jednakże nie mogłem. Cały byłem bardzo obolały, odrętwiały. Wtedy to młodsza moja siostra Teresa musiała odzyskać przytomność, gdyż poruszyła się, macając ręką podłogę. Spytałem: „Lilka, ty żyjesz?”, na co siostra ze zdziwieniem odpowiedziała, raczej spytała – „Dlaczego miałabym nie żyć? Dlaczego my leżymy na podłodze?”. Wtedy ja powiedziałem, iż tak nam oni kazali położyć się i wszystkich nas wybili.
Ja jestem ranny, bardzo mnie wszystko boli. „To ja chyba też jestem ranna, bo mam takie poklejone włosy i bardzo boli mnie głowa”. Byliśmy bardzo zziębnięci, zdrętwiali, zalani krwią. Lila wstała i pomogła mnie wstać. Widok, który naszym oczom okazał się, był straszny. Nie do objęcia umysłem ludzkim, tym bardziej umysłem dziecięcym. Rodzice mieli głowy rozrąbane na pół. Mamy długi warkocz był odcięty. W głowie ojca pozostawiona siekiera, co oznaczałoby, iż słyszane przeze mnie jęki wydawał ojciec, którego dobito. W kołysce najmłodsza Bogusia, w wieku 1,5 roku, uderzona była siekierą w czoło. Przez dłuższy czas była w konwulsjach, które miotały kołyską. Lila wzięła ją na ręce i po chwili Bogusia zakończyła życie. Z nosa wydobyła się „bańka” – był to mózg. Wraz z siostrą odczuwałem straszne pragnienie picia. Przechodząc przez trupy pomordowanych do kuchni, upadliśmy w kałużę krwi. Z trudem, bardzo wtedy właśnie przerażeni, zrozumieliśmy, co się stało. Doszliśmy do kuchni, w której było przerażające zimno – zostawili otwarte drzwi, a mróz sięgał ponad 20°C. Tak w męczarniach doczekaliśmy rana następnego dnia. Byłem uderzony obuchem siekiery w tył głowy. Pęknięta i wgnieciona kość czaszki, wybite przednie zęby. Duże wgłębienie i ciągłe cierpienie – zawroty głowy, ból serca, potworne lęki pozostały jako „pamiątka” mordowania Polaków. Lila była także uderzona obuchem w tył głowy. Pęknięta, wgnieciona kość czaszki. Rana długo nie mogła się zagoić. Przez wiele lat cierpiała na dokuczliwe bóle i zawroty głowy. Wybite przednie zęby. W dniu mordowania byliśmy w wieku: ja – 12 lat, siostra Lila – 9 lat.” (Witold Kołodyński; W. Siemaszko..., s. 1213 – 1219).
Opowieść Witolda Kołodyńskiego, jedna z relacji - „WOŁYŃ 1943" - czteropłytowe wydawnictwo Polskiego Radia SA, poświęcone tragedii polskiej ludności Wołynia, wymordowanej przez bojówki ukraińskich nacjonalistów na Wołyniu i Małopolsce Wschodniej w latach 1943-44.
https://sklep.polskieradio.pl/pl/p/WOLYN-1943-4-CD/299








