Mariusz Błaszczak postanowił ostatnio odegrać rolę obrońcy prezydenta Karola Nawrockiego i jednocześnie oskarżyciela Radosława Sikorskiego. Problem w tym, iż wyszło to tak nieudolnie, iż bardziej przypominało polityczną farsę niż poważną polemikę. W reakcji na wpisy szefa MSZ dotyczące słów Donalda Trumpa o sojusznikach USA, były minister obrony narodowej sięgnął po najprostszy zestaw argumentów: personalny atak, insynuację i odwołanie do „dyspozycji z góry”.
Sikorski, komentując zdjęcie Nawrockiego z Trumpem, napisał: „Zwierzchnik sił zbrojnych na pewno upomni się o honor naszych żołnierzy”. Wcześniej podkreślał też, iż rząd „umożliwił mu – bez strat w stosunkach Polska-USA – uniknięcie wpadki”, dodając: „Polska powinna grać do jednej bramki”. To były słowa krytyczne, ale nie wobec samego prezydenta jako osoby, ale wobec jego braku reakcji na wypowiedź Trumpa, który stwierdził, iż Stany Zjednoczone „nigdy nie potrzebowały sojuszników”.
W normalnych warunkach byłaby to klasyczna debata o tym, jak Polska powinna reagować na kontrowersyjne słowa kluczowego partnera. Ale do studia Polsat News wkroczył Mariusz Błaszczak i ogłosił, iż to „atak na prezydenta Nawrockiego”, a Sikorski ma „awanturniczy styl postępowania”, który „nie przystoi ministrowi spraw zagranicznych”.
Trudno oprzeć się wrażeniu, iż Błaszczak mówi tu więcej o sobie niż o Sikorskim. Człowiek, który przez lata pełnił funkcję ministra obrony w rządzie słynącym z konfliktów z UE, awantur z Brukselą i zerwanych kontraktów zbrojeniowych, nagle występuje w roli strażnika dyplomatycznej ogłady. To trochę tak, jakby strażak oskarżał innych o brak ostrożności, stojąc na tle zgliszcz.
Ale Błaszczak nie poprzestał na etykietce „awanturnika”. Poszedł krok dalej: „Sikorski to chodząca porażka” – stwierdził, a następnie dorzucił: „Dostał taką dyspozycję od Donalda Tuska, który jest antyamerykański”. To już nie polemika, ale klasyczna teoria spiskowa w wersji dla widzów porannej telewizji: ktoś kimś steruje, ktoś realizuje cudze instrukcje, a w tle majaczy wróg w postaci „antyamerykańskiego” Tuska.
Tymczasem Sikorski w tej sprawie zachował się dokładnie tak, jak powinien minister spraw zagranicznych państwa średniej wielkości, ale z dużymi ambicjami: przypomniał o honorze żołnierzy, zasugerował konieczność reakcji i próbował uniknąć dyplomatycznej kompromitacji. To nie był „atak”, ale apel o podmiotowość. Błaszczak zaś zinterpretował go w kategoriach wojny plemiennej: my kontra oni, prezydent kontra rząd, Ameryka kontra Tusk.
Najbardziej groteskowe jest jednak to, iż były szef MON, który przez lata budował narrację o „wstawaniu z kolan” i suwerenności, dziś oburza się na sugestię, iż polskie władze powinny jasno odpowiedzieć na słowa amerykańskiego prezydenta. Gdy Trump mówi, iż NATO było zbędne, Błaszczak nie widzi problemu. Problem widzi dopiero wtedy, gdy ktoś w Polsce odważy się to skomentować.
W efekcie jego atak na Sikorskiego przypomina nieudany spektakl: aktor krzyczy, widownia ziewa, a sens całej sceny ginie w nadmiarze emocji. Zamiast dyskusji o realnej polityce zagranicznej dostaliśmy kolejną porcję partyjnej propagandy. I tylko jedno pytanie pozostaje aktualne: czy „awanturniczy styl” naprawdę polega dziś na mówieniu głośno tego, co inni wolą przemilczeć? jeżeli tak, to problemem nie jest Sikorski, ale polityczna odwaga jego krytyków.

1 godzina temu










