Bitwa o Budapeszt

1 dzień temu

Te wybory odgrywają fundamentalną rolę z punktu widzenia dzisiejszej Europy. Choć już zaczynamy rozkładać nową mapę powojnia, to nie możemy zapomnieć, iż wojna wciąż jeszcze trwa. Nie tylko ta w Ukrainie. Bitwa o Bastion Budapeszt też się liczy, a ten drży w posadach. A wraz z nim drżą Putin, Trump, Orban i cały wschodni, antydemokratyczny układ.

Piękna węgierska stolica zmieniła swój charakter. Budapeszt nie stracił jednak swoich wspaniałych historycznych budowli, nie uległ żadnej zbrojnej próbie dewastacji. Budapeszt stał się ofiarą brutalnej i rosnącej choroby, która trawi Europę. Tą chorobą jest populizm. Miasto, które Orban przekształcił w luksusowy hotel dla przestępców z Suwerennej Polski, staje jednak przed szansą na wyrwanie się z oków populizmu. Kwietniowe wybory zdecydują o przyszłości nie tylko tego państwa, ale o całym układzie sił politycznych w Europie i na świecie. Nowa scena geopolityczna, która powstanie po zakończeniu wojny w Ukrainie, będzie uzależniona od obrotu spraw na Węgrzech. Ukraina i Europa potrzebują demokratycznych Węgier. Putin i Trump potrzebują Orbana.

Victor Orban rządzi od 2010 roku. Zdołał w tym czasie ustawić wszystkie narzędzia i instytucje państwa ,,pod siebie”. Węgierska administracja została zorientowana na jasnym cel, żeby realizować proste zadanie utrzymania Fideszu przy władzy. Za wszelką cenę. Takie zagranie przyniosło zamierzony skutek. Cała machina państwowa zaczęła być fundamentem władzy Orbana. Bezprecedensowe przejęcie rynku medialnego i nasączenie go propagandą, rozniesienie demokratycznych podwalin i instytucji zabezpieczających system sprawiedliwości, wytoczenie słownej wojny Unii Europejskiej i wreszcie doprowadzenie do ogromnego kryzysu gospodarczego. To dorobek szesnastu lat Orbana u władzy.

Ostatnie miesiące otworzyły jednak okno wielkiej zmianie. Dotychczas Fidesz sięgał w bataliach wyborczych po prawie 60% poparcia, co przekładało się na większość konstytucyjną. Partia mogła dzięki temu robić wszystko. Orban jednak przeszacował możliwości finansowe państwa. Węgry, jako nieliberalna, chrześcijańska demokracja, jako ideologiczny potwór Orbana, stały się finansowym bankrutem. Zabezpieczenia mające utrzymać Fidesz przy władzy mogą okazać się bezbronne wobec galopującej inflacji, zabójczych stóp procentowych czy kryzysu demograficznego i rolnego.

Zanim jednak okrzykniemy radośnie ,,Orban, gospodarka głupcze!”, powinniśmy dokładnie przeanalizować wyniki badań przedwyborczych. Choć TISZA, a więc proeuropejska koalicja określająca się głównym rywalem konserwatystów z Fideszu, uzyskała wreszcie przewagę w ubiegłorocznych sondażach wyborczych, to przejęcie przez nią władzy nie jest wcale oczywiste.

Trwająca bowiem aktualnie kampania wyborcza, która jest de facto batalią wyborczą o miejsce Węgier na politycznej mapie świata, jest kampanią bardzo specyficzną. Dwie główne partie mają na tyle odmienny od siebie elektorat, iż zaprzestały przekonywania wyborców ,,nieprzekonanych” lub w chwili obecnej nieopowiadających się za żadną stroną. Gra toczy się w tej chwili o mobilizację już posiadanego elektoratu. Z powodu braku przepływów między tymi partiami kampania w głównej mierze polega na podkreślaniu niewątpliwej wagi tych wyborów, nagłaśnianiu afer drugiej strony i docieraniu do wyborców zdecydowanych, ale niezainteresowanych chwilowo polityką. W takiej sytuacji Fidesz ma potężną przewagę w postaci monopolistycznego adekwatnie rynku medialnego, którym zdołał zawładnąć. Dotarcie do wyborców nie jest więc dla nich zbyt wielkim wyzwaniem i zaczęło się to przekładać na wyniki sondażowe. Orban doprowadził na przełomie stycznia i lutego do zrównania się z TISZĄ i zaczyna to wyglądać na utrzymującą się stabilnie tendencję. Wbrew temu wszystkiemu powinniśmy dostrzec jeden plus całej sytuacji. Partia premiera Węgier na ten moment balansuje na granicy większości zwykłej w parlamencie. W związku z tym absolutnie nie ma mowy o zdobyciu większości konstytucyjnej. Wobec tego pozycja Orbana się w jakimś sensie załamie. Oznacza to mniej więcej tyle, iż zasad gry nie będzie już mógł zmieniać. To bardzo istotne ograniczenie.

Minimalne zwycięstwo Orbana może paradoksalnie okazać się najlepszym scenariuszem dla koalicji demokratycznej. W takiej sytuacji bowiem nie przejmują władzy w momencie największej ruiny. Dużym problemem związanym z funkcjonowaniem partii populistycznych jest „efekt ,jojo”. Wyprowadzenie na prostą państwa po szesnastu latach rozdawnictwa wydaje się ciężkie i musi być związane z zaciśnięciem pasa, być może na wzór planu Balcerowicza. W takiej sytuacji ponowne przechylenie wahadła mogłoby nastąpić bardzo szybko.

Te wybory odgrywają fundamentalną rolę z punktu widzenia dzisiejszej Europy. Choć już zaczynamy rozkładać nową mapę powojnia, to nie możemy zapomnieć, iż wojna wciąż jeszcze trwa. Nie tylko ta w Ukrainie. Bitwa o Bastion Budapeszt też się liczy, a ten drży w posadach. A wraz z nim drżą Putin, Trump, Orban i cały wschodni, antydemokratyczny układ.

Idź do oryginalnego materiału