W odróżnieniu od w miarę zrównoważonych relacji między prawem i polityką w układach wewnątrzpaństwowych, w stosunkach międzynarodowych mamy częściej do czynienia z dominacją polityki nad prawem.
Górę biorą interesy państw, zwłaszcza mocarstw, co oznacza obchodzenie prawa, a choćby jego jaskrawe naruszanie. Najbardziej oczywistym przejawem tego zjawiska jest użycie siły lub grożenie jej użyciem, co mimo formalnego zakazu w prawie międzynarodowym (art. 2.4 Karty NZ) stale powtarza się w praktyce.
Specyfika stosunków międzynarodowych polega na tym, iż polityka nie jest pochodną jednego ośrodka władzy (nie ma rządu światowego), ale jest wypadkową polityk państwowych i gry różnych sił. To jeden z powodów, dla których czynniki polityczne pozostają często w ostrym kontraście, a choćby konflikcie z wymogami prawa. Polityka wewnątrz państw jest nakierowana na organizowanie i godzenie poszczególnych interesów dla wspólnego dobra. W stosunkach międzynarodowych tymczasem każda z polityk państwowych jest skierowana na zaspokojenie partykularnych interesów, co jest przyczyną podziałów i tendencji odśrodkowych. Taka sytuacja nie sprzyja rozwojowi ani umacnianiu prawa międzynarodowego.
Tradycja realistyczna
Na rozumienie wzajemnych relacji między polityką i prawem najsilniej oddziałuje tradycja realistyczna. Traktuje ona prawo jako instrument podporządkowania słabszych przez silniejszych. Baruch Spinoza wyraził to w znanej frazie, iż „pierwszą zasadą prawa naturalnego jest prawidłowość, iż większa ryba pożera mniejszą”. Zwolennicy heglowskiej wiary w nadrzędność państwa głosili, iż jedynie siła może rozstrzygać spory między państwami, a wojna wyznacza historyczne wektory postępu i rozwoju cywilizacji (Adolf Lasson, Anders Vilhelm Lundstedt, Karl Olivecrona). Brak scentralizowanych mechanizmów sankcjonujących przestrzeganie prawa skazywał stosunki międzynarodowe na pozostawanie pod panowaniem siły.
Warto zauważyć, gwoli uzupełnienia realistycznego podejścia, iż oprócz prawa siły, wynikającego z hierarchii i supremacji potęg, istnieje także wynikające z racjonalistycznego podejścia prawo koordynacji, będące funkcją umownych (konwencyjnych) relacji między państwami. Zgodnie z doktryną liberalną prawo porządkuje współpracę, obniża koszty transakcyjne, stabilizuje oczekiwania i rozwija wspólne wartości, zwłaszcza przez instytucje. Wreszcie – jak wskazują konstruktywiści – prawo tworzy język, role i kategorie legitymizacji. Poprzez normy i argumentację współkształtuje tożsamości oraz interesy uczestników stosunków międzynarodowych. Połączenie tych podejść pozwala uniknąć naiwnego idealizmu, jak i redukcjonistycznego poglądu, iż prawo jest wyłącznie fasadą dla siły. Daje podstawy rzeczywistej „władzy decyzyjnej”, która spoczywa w ręku potęg, ugrupowań państw i organizacji międzynarodowych.
Relacje między prawem międzynarodowym a polityką ulegają ciągłym zmianom, wzajemnie się wzmacniają lub przeciwstawiają. Prawo międzynarodowe ze swej natury jest bliższe polityce niż jakakolwiek inna gałąź prawa, z wyjątkiem prawa konstytucyjnego. Dotyczy to zarówno jego przedmiotu, czyli stosunków polityczno-dyplomatycznych między państwami, jak i płynności jego źródeł, które nigdy nie ulegają skostnieniu w postaci kodeksu. Poliarchiczność (wielowładztwo) systemu międzynarodowego ze swej natury zapewnia decentralizację i różnorodność jurysdykcji państwowych. Państwa zazdrośnie strzegą swoich uprawnień i mimo rozmaitych „zamachów” na ich suwerenność obstają przy swobodzie działań politycznych. Prawo międzynarodowe jest więc swoistą przykrywką dla polityki, a także narzędziem legitymizacji decyzji i działań w środowisku międzynarodowym. Jego roli nie należy przeceniać, ani lekceważyć.
Stracone złudzenia
W wyniku tragicznych doświadczeń I wojny światowej wśród anglosaskich prawników zrodziła się idealistyczna koncepcja „pokoju przez prawo”, pokładająca w pierwszej powszechnej organizacji międzynarodowej – Lidze Narodów – nadzieje, iż uda się przy pomocy prawa okiełznać agresywne zapędy mocarstw. niedługo jednak okazało się, iż poleganie na dyplomatycznych zapewnieniach i obietnicach, postulatach i deklaracjach jest przejawem naiwności. Lata trzydzieste XX wieku dostarczyły bowiem wielu przykładów łamania zobowiązań, czego apogeum stała się II wojna światowa. Jej doświadczenia i zimnowojenne następstwa zapewniły triumf doktryny realistycznej. Jej amerykańscy prominentni przedstawiciele – Hans Morgenthau i George F. Kennan, świadomi skutków rewolucji technologicznej w zbrojeniach, wzywali jednak do rewizji konfliktowych strategii mocarstw, postulując pewne formy współistnienia na bazie równoważenia sił i nuklearnego odstraszania. Taki sposób myślenia utrzymywał się aż do końca „zimnej wojny”.
W okresie hegemonii amerykańskiej lat dziewięćdziesiątych ub. wieku i pierwszych dekad wieku XXI wiele regulacji prawnomiędzynarodowych uległo erozji. Prawo międzynarodowe odgrywało istotną rolę w retoryce mocarstwowej, ale jego przestrzeganie i rzeczywista skuteczność budziły poważne wątpliwości. Na przykładzie Stanów Zjednoczonych daje się zauważyć, iż przestrzegają one zasad „świętości” umów i „dobrej wiary” (pacta sunt servanda i bona fides) tak długo, jak długo dyktują to ich interesy. Zwłaszcza podczas drugiej prezydentury Donalda Trumpa prawo międzynarodowe zostało poddane instrumentalizacji. Zagrożona jest integralność porządku prawnego, a przewidywalność i pewność zobowiązań zostały zredukowane niemal do zera.
Wielostronne uzgodnienia, które stanowią o źródłach prawa międzynarodowego zostały poddane jednostronnym presjom i interpretacjom. Zasadę suwerennej równości państw ograniczono na rzecz unilateralnych ingerencji, hamujących rozwój prawa międzynarodowego. Wprawdzie udało się wbrew woli mocarstwa hegemonicznego dokonać przełomu w dziedzinie międzynarodowego prawa karnego i powołać na mocy Statutu Rzymskiego z 1998 roku Międzynarodowy Trybunał Karny, ale jego funkcjonalność i skuteczność są znacznie ograniczone przez obstrukcyjną politykę USA i serię sankcji.
Epoka Trumpa
Narcystyczny infantylizm epoki Trumpa zastąpił racjonalną wzajemność w obrocie prawnym między państwami. Stany Zjednoczone nieustannie domagają się wyjątkowego traktowania siebie i swoich interesów, przyznając sobie szczególne prawa i wynosząc się ponad innych. To, co jest dozwolone dla Ameryki (np. rozmaite formy „ekspedycji karnych”), jest jednocześnie zabronione dla innych. Wydarzenia międzynarodowe, obejmujące ataki na suwerenne państwa (np. na Iran) czy roszczenia do terytoriów i zasobów (np. wobec Grenlandii czy Wenezueli) są uzasadniane racjami Ameryki, której „wszystko wolno”. Zbrodnie przeciwko ludzkości są potępiane lub usprawiedliwiane w zależności od tego, czy popełniają je stronnicy hegemona czy oponenci. Zwłaszcza stosunek do „kultury eksterminacji”, wcielanej w Strefie Gazy przez armię izraelską pokazuje ogromną skalę hipokryzji i zakłamania po stronie całego Zachodu. Panuje tam moralna schizofrenia, polegająca na jaskrawym rozdźwięku między głoszonymi hasłami i wartościami a jawnym przyzwoleniem i obojętnością.
Obecna sytuacja nie jest wyjątkiem w stosunkach międzynarodowych. Wstrząsy geopolityczne towarzyszą ludzkości od najdawniejszych czasów, tyle iż nigdy nie miały one tak globalnego zasięgu, jak to się dzieje teraz. Wielkie koalicje państw nie miały charakteru trwałego. Po spełnieniu celów strategicznych ulegały zwykle rozłamowi. Od średniowiecza trwa konfrontacja między różnymi ideologiami (religiami), a w ramach ewolucji systemowej wyodrębniały się nowe państwa, które dążyły do obalenia zastanego porządku. Wiek XX przyniósł eksplozję agresywnych nacjonalizmów oraz dekolonizację, której towarzyszyły wojny narodowowyzwoleńcze. W dzisiejszej sytuacji mamy do czynienia z nasilaniem się rywalizacji gospodarczej oraz degradacją pewników kulturowych. Załamuje się zachodni konsensus polityczny i strategiczny, a w obliczu narastającego pęknięcia cywilizacyjnego między Europą a USA system międzynarodowy pogrąża się w wielowymiarowym kryzysie.
W okresach zamieszania, nieufności i niepokoju, kiedy społeczeństwa wielu państw są poddawane psychozie strachu, na znaczeniu zyskuje wiara w rządy siły. Prawo międzynarodowe, będące wyrazem tendencji porządkujących, nie jest w stanie obronić się przed tendencjami rewizjonistycznymi i nasilaniem się różnych form relatywizmu. Organizacje międzynarodowe, w tym ONZ i OBWE, powołane dla ochrony porządku prawnego, ulegają marginalizacji. Zamarły gremia negocjacyjne w sprawie kontroli zbrojeń i rozbrojenia.
Tendencje rewizjonistyczne odzwierciedlają niezadowolenie części państw z istniejących reguł gry, które przeszkadzają w realizacji ich interesów i wpływów. Paradoksem jest to, iż USA znajdują się w czołówce państw rewizjonistycznych, wraz ze swoimi głównymi oponentami – Chinami, Rosją czy Iranem. Ci ostatni oczekują zmian w prawie międzynarodowym, aby ograniczyć amerykańską permisywność, podczas gdy Stany Zjednoczone usiłują tak manipulować normami, aby tę permisywność ukryć.
Historycznie rzecz biorąc, mocarstwa zawsze zajmowały w systemie międzynarodowym pozycję uprzywilejowaną. Kształtując ramy porządku międzynarodowego dążyły do konsolidacji, a nie ograniczenia swoich praw i przywilejów. Tymczasem obecnie, zwłaszcza ze strony Globalnego Południa, oczekuje się od nich właśnie tego drugiego. Oczekiwania te są trudne do spełnienia. Przede wszystkim następuje odchodzenie od „wspólnotowości” i maleje stopień uzgadniania interesów potęg między sobą. Priorytetem jest dbałość o interesy partykularne czy to w dziedzinie handlu i ceł, czy w dziedzinie zbrojeń i zabezpieczeń przed wielką wojną. Przodują pod tym względem Stany Zjednoczone, które nie rezygnują z poszukiwań niezależnych możliwości w celu zapewnienia kontroli nad głównymi rywalami.
Polityzacja stosunków międzynarodowych…
utrudnia stosowanie prawa w sposób bezstronny i obiektywny. Ze względu na wzrost napięć i zagrożeń, wszystkie sprawy należące do kompetencji państw ulegają upolitycznieniu. Każdy interes państwa, choćby jeżeli obiektywnie jest drugorzędny, wiąże się z jego honorem i prestiżem, a zatem staje się interesem żywotnym. To uniemożliwia rozwiązywanie sporów międzynarodowych na drodze procedur prawno-sądowych. Z kolei regres w dziedzinie komunikacji dyplomatycznej uniemożliwia wypracowanie kompromisowych porozumień, prowadzących do zgody i pokoju.
Z powyższych względów nie da się przecenić znaczenia budowy środków zaufania dla poprawy treści i wzmocnienia rangi prawa międzynarodowego. Gdy panuje pewien poziom zaufania między państwami, można stosunkowo gwałtownie znaleźć rozwiązania choćby trudnych i złożonych problemów. Ostatnie dekady pokazały, iż państwa niemające statusu mocarstwowego są bardziej skłonne do szanowania, a choćby wzmacniania zobowiązań i uprawnień wynikających z prawa międzynarodowego. To oznacza, iż motywacje państw w sprawie norm nie sprowadzają się wyłącznie do siły. Państwa powołują się także na wartość stabilności, sprawiedliwości czy słuszności.
Doświadczenie historyczne pokazuje, iż pozycja i uznanie dla prawa międzynarodowego umacniają się w czasach pokoju. Na przykład w okresie odprężenia lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ub. stulecia między Wschodem a Zachodem zawierano liczne porozumienia i poszukiwano wspólnych wartości, sprzyjających utrwalaniu norm i wdrażaniu pozytywnych praktyk. W burzliwych czasach, kiedy dominują wątpliwości, niepewność i kryzysy, nieoczekiwane zmiany, przyspieszenia i załamania narażają porządek normatywny na ogromne obciążenia. Eskalacja napięć politycznych podważa zbiorową wiarę w moc prawa międzynarodowego. Maleje skuteczność środków pokojowego załatwiania sporów międzynarodowych, a sądy i trybunały stają się obiektem ataków.
Wojna na Ukrainie odsłania słabość mechanizmów instytucjonalnych i egzekucyjnych, wzmacniając rolę sił utrwalających fakty dokonane. Na wokandzie długotrwałego sporu widać wiele problemów niezwykle trudnych do rozwiązania, na przykład prawa historyczne do zajętych przez Rosję obszarów Krymu i Noworosji, kwestię stabilności faktycznych granic i ich uznania, realnej kontroli nad zajętym terytorium w celu sprawowania określonej jurysdykcji i przyznania określonych praw (status okupacyjny, gwarancje praw ludności), skutecznej blokady wybrzeży i bezpieczeństwa żeglugi.
Sprawą otwartą jest dopuszczalność presji z różnych stron, nie tylko Rosji, na uznanie nielegalnych podbojów i nabytków terytorialnych. Przy słabości ONZ trudno przewidzieć, na ile okaże się skuteczna doktryna nieuznawania sytuacji powstałych w wyniku bezprawnego użycia siły lub opartych na naruszeniu prawa narodów do samostanowienia. Póki co, zgodnie z normami wynikającymi z Karty NZ, siłowe przejęcie terytoriów nie może zostać uznane za zgodne z prawem, przynajmniej tak długo, jak długo zaangażowane państwa będą podtrzymywać swój sprzeciw.
Jeśli nie dojdzie do wyparcia Rosji z zajętych obszarów, sytuacja terytorialna wywołana siłą będzie trwać nadal. Nie musi to wszak oznaczać całkowitej porażki prawa w długiej perspektywie. Powrót do status quo ante może być bowiem wynikiem przemian geopolitycznych i zmiany stosunku sił. W wieku XX wystąpiły liczne sytuacje przesileń, które zadecydowały o odzyskaniu dawnego statusu terytoriów wcześniej bezprawnie okupowanych czy anektowanych, np. republik bałtyckich. W 1940 roku aneksja Litwy, Łotwy i Estonii przez ZSRR wydawała się nieodwracalna. Stopniowo następowały uznania de facto, z czasem przekształcając się w uznania de iure. Jednak wada niezgodności z prawem oraz dążenia do uzyskania niepodległości były ciągle żywe. W 1991 roku trzy republiki ponownie stały się niepodległe. Zwycięstwo prawa nad siłą było ewidentne.
Obecna sytuacja międzynarodowa nie sprzyja determinacji rządów w obronie legalności i legalizmu. Mimo głośnych deklaracji państw unijnych o solidarności z Ukrainą, reakcje na bezprawny stan rzeczy ulegają osłabieniu. W obliczu własnych problemów gospodarczych i społecznych rządy państw zachodnich zaczynają skłaniać się ku Realpolitik. To oznacza utrwalanie stanu faktycznego bez jakiejkolwiek nadziei na powrót do poprzedniego stanu prawnego. Nikt w tej chwili nie zagwarantuje, iż uda się uratować integralność państwa ukraińskiego w przewidywalnej przyszłości.
Przed prawem międzynarodowym stają nowe wyzwania, związane z regulacjami ograniczonego użycia sił zbrojnych, które plasują się poniżej progu wojny na pełną skalę. Nowe technologie zbrojeń oraz wojny zastępcze powodują, iż „sprawiedliwe” prawo do użycia siły (ius ad vim) potrzebuje pilnej normatywizacji. Państwa mogą bowiem sięgać do użycia siły zbrojnej w odpowiedzi na krzywdę lub zagrożenie, kierując się kryteriami słuszności, konieczności, powściągliwości czy proporcjonalności. Ograniczona siła jest jednak usprawiedliwiona tylko wtedy, gdy ryzyko przekształcenia jej w wojnę jest niskie (Michael Walzer).
Nowe wyzwania
Ius ad vim przyczynia się niewątpliwie do obniżenia progu legitymizacji przemocy. Jest etyczną przykrywką dla wkraczania z siłą „między pokojem a wojną”. Tymczasem łatwość użycia ograniczonej siły może zwiększać częstotliwość przemocy i ryzyko eskalacji. Państwa sięgające do ograniczonych uderzeń mogą wpadać w pułapkę „wiecznych wojen” i tworzyć trwałe stany paraliżu prawa i dyplomacji. Konflikt rosyjsko-ukraiński, wojna przeciw Iranowi czy rozprawa Izraela z Hamasem w Strefie Gazy pokazują negatywne skutki takich sytuacji. Warto dodać, iż wymienione konflikty przybierają znamiona wojen międzypaństwowych na dużą skalę, ale pod ich powierzchnią kryje się bardziej złożona rzeczywistość. Izrael i Stany Zjednoczone tak zarządzają ryzykiem eskalacji, aby przekonywać opinię publiczną o kontrolowaniu i ograniczaniu użycia siły w dążeniu do celów politycznych. Podobną dynamikę można zaobserwować w działaniach Rosji, która zakresem działań zbrojnych testuje determinację zaangażowania Zachodu po stronie Ukrainy.
W czasach, gdy państwa coraz częściej sięgają do ograniczonych operacji wojskowych, a nie dużych wojen, nowa regulacja wydaje się potrzebna i odpowiadająca realiom współczesnych konfliktów zbrojnych. Zyskuje ona poklask głównie pośród prawników anglosaskich, którzy uznają, iż ograniczona siła może stanowić sposób reagowania na agresję, terroryzm lub kryzysy humanitarne, jednocześnie redukując liczbę ofiar, ograniczając zniszczenia i zapobiegając eskalacji. W tym sensie ius ad vim jest przedstawiane jako próba ograniczenia przemocy poprzez zapewnienie wskazówek etycznych dla form siły, które plasują się między wojną a egzekwowaniem prawa.
Istotą nowego podejścia do uzasadnionego użycia siły jest przekonanie, iż między wojną a użyciem siły, które nie jest wojną można dokonać znaczącego rozróżnienia. Takie stanowisko faktycznie fałszuje rzeczywistość i odbiega od prawa międzynarodowego, które traktuje zarówno użycie siły na dużą skalę, jak i w ograniczonym zakresie jako przejaw konfliktu zbrojnego. Byłoby dobrze, gdyby w trwającej debacie głos zabrali także przedstawiciele polskiej nauki prawa międzynarodowego.
Prof. Stanisław Bieleń
Myśl Polska, nr 43-44 (25-31.10.2026)







