Bieleń: Gorzkie lekcje wojny

myslpolska.info 5 godzin temu

O ile w Stanach Zjednoczonych przynajmniej część oligarchicznych elit zrozumiała, iż roszczenia uniwersalistyczne na rzecz zbudowania „porządku liberalnego” nie mają szans realizacji, o tyle Europa Zachodnia, zwłaszcza państwa przewodzące Unii Europejskiej, nie jest w stanie pogodzić się z klęską ideologicznych projekcji.

Bezpośrednią ofiarą konfrontacyjnej narracji o podziale pozimnowojennego świata między demokracje i autokracje padła Ukraina, którą wszelkimi sposobami próbowano przeciągnąć na stronę zachodnią, mimo iż daleko jej do demokracji i poszanowania praw człowieka. Postrzeganie tego państwa jako najważniejszego atutu w stosunku sił między Zachodem a Rosją zdecydowało o tym, iż po napaści rosyjskiej zaczęto ją traktować jako część wschodniej flanki „kolektywnego Zachodu”, choć nie było ku temu żadnych podstaw.

Sukcesy militarne armii ukraińskiej podczas obrony przed inwazją wciągnęły państwa zachodnie w głęboką pułapkę. Przede wszystkim błędnie odczytano zdolności Rosji do skutecznego przemanewrowania jej armii i osiągnięcia przynajmniej części zaplanowanych celów. Jednocześnie, zlekceważenie potencjału rosyjskiego, zaniżanie jego oceny i rozpętanie agresywnej ofensywy propagandowej, stworzyło podstawy bałamutnych kalkulacji co do przyszłości konfliktu.

W kontekście degeneracji elit i afer korupcyjnych w środowisku najważniejszych decydentów Ukrainy widać zatem wyraźnie, iż wzięcie odpowiedzialności za to państwo w imię stanowczej obrony wartości liberalno-demokratycznych, od początku konfliktu opierało się na fałszywych przesłankach. Establishment polityczny i gospodarczy Zachodu nie tylko nie dokonał analizy żywotnych interesów Rosji w związku ze statusem Ukrainy, ale co gorsza, przyjął naiwnie założenie o słabości i możliwości jej pokonania.

Wojna na Ukrainie pokazała wprawdzie, iż niemożliwa jest odbudowa imperium rosyjskiego z czasów radzieckich czy carskich, ale tym bardziej niemożliwe staje się wejście tego państwa do struktur zachodnich z lekceważeniem interesów bezpieczeństwa Rosji. Wbrew wszelkim racjonalnym przesłankom uczyniono bezwzględną obronę Ukrainy warunkiem przetrwania całej Europy. Dogmat o wrogości rosyjskiej połączony z eksplozją irracjonalnej rusofobii stał się podstawą straceńczej doktryny europejskiego bezpieczeństwa.

Ukraiński blef i szantaż

Ukrainie udało się zbudować bezalternatywną narrację o nieuchronności ataku rosyjskiego na Europę, który musi nastąpić po jej ewentualnej klęsce. Takiemu moralnemu i politycznemu szantażowi uległy nie tylko służby specjalne państw zachodnich, w tym szczególnie gorliwe i podatne na eskalację służby brytyjskie, ale także liczne ośrodki analityczne. Jedynie niektórzy odważni autorzy na Zachodzie (Glenn Diesen, Richard Sakwa, Emmanuel Todd) wskazują, iż Rosja w istocie nie jest państwem ekspansywnym, gdyż nie ma ani zdolności, ani możliwości dokonania skutecznej inwazji na państwa NATO.

Co jest najbardziej uderzającym rezultatem wojny na Ukrainie, to dokonująca się głęboka rewolucja w dziedzinie wykorzystania nowości technologicznych w uzbrojeniu i operacjach wojennych po każdej ze stron. Konflikt rosyjsko-ukraiński stał się poligonem intensywnego użycia dronów do rozpoznania w czasie rzeczywistym i naprowadzania ognia artylerii, co radykalnie zwiększyło skuteczność rażenia. Artyleria i wyrzutnie rakiet odpowiadają za zdecydowaną większość strat po obu stronach.

Europejczycy z NATO wyraźnie pozostają w tyle, jeżeli chodzi o dostosowanie armii do współczesnych warunków pola walki, a przemysł dronowy jest w powijakach. Tym należy tłumaczyć niezwykłą determinację na rzecz odbudowy przemysłu zbrojeniowego w państwach europejskich. Tyle iż wiele programów koncepcyjnie ciągle tkwi w anachronicznych strategiach sięgających II wojny światowej. Państwa zachodnie identyfikują się z walczącą Ukrainą, jakby same były stroną konfliktu. Choć żadne z nich nie wypowiedziało wojny Rosji, to jednak przybrały one postawę wojowniczą i postawiły na ryzyko zmierzenia się z nią na wielu płaszczyznach. Najpełniej przejawiło się to w stosowaniu dotkliwych sankcji w dziedzinie finansowej, gospodarczej i handlowej, które jednak z czasem okazały się bronią obosieczną.

Amerykańska niespodzianka

Największą porażką Zachodu był brak wyobraźni, a choćby przypuszczenia, iż wybory prezydenckie w USA jesienią 2024 roku przekreślą sens krucjaty w obronie Ukrainy. Przywódca Rosji, gremialnie potępiany jako dyktator i zbrodniarz wojenny, stał się nagle partnerem do rozmów i otwarcia Ameryki na współpracę. Symbolem tego „odwrócenia” logiki wojny stało się spotkanie Trumpa z Putinem na Alasce 15 sierpnia 2025 roku. W jego rezultacie zaczęła rysować się wizja planu pokojowego, który wyraźnie uwzględnia przewagi strony rosyjskiej. Najbardziej szokująca jest gotowość Amerykanów do uznania następstw zajęcia przez Rosję wschodniej części z Donbasem oraz rezygnacji z afiliacji Ukrainy z sojuszem atlantyckim.

Patrząc szerzej, administracja amerykańska, kierując się motywami utrzymania swojej pozycji hegemonicznej, snuje plany nowego podziału wpływów w przestrzeniach, w których USA i Rosja – w konkurencji wobec Chin – podjęłyby współpracę w sferze eksploatacji zasobów arktycznych, odbudowy ciągów zaopatrzenia energetycznego, a także eksploracji kosmosu i wspólnych ekspedycji międzyplanetarnych. Nowe imperatywy geopolityczne, związane z podziałem wpływów między USA, Chiny i Rosję blokowałyby „liberalną restaurację” i uniemożliwiały powrót do status quo ante. Wpasowanie się Europy unijnej wraz z Wielką Brytanią w nowy system równoważenia sił nakazywałoby rezygnację z absurdalnej wrogości wobec Rosji i odrzucenie logiki „czołgów, dronów i żołnierzy” na rzecz skupienia się na technologii i handlu, bardziej sprzyjającym wygrywaniu rywalizacji z Chinami.

Nie ulega wątpliwości, iż utrzymywanie państwa ukraińskiego w stanie wojny z Rosją na koszt państw europejskich stanowi wyzwanie o charakterze historycznym. Zważywszy, iż Ukraina nie jest członkiem żadnego sojuszniczego związku z Zachodem, pomoc deklarowana i wdrażana przez państwa zachodnie oraz ich demonstracyjna solidarność mają charakter bezprecedensowy. Nie dzieje się to jednak bez szkody dla hojnych donatorów. Oprócz bezpośrednich kosztów Europejczycy odcięli się na własne życzenie od rosyjskich zasobów surowcowych i energetycznych, padając mimo woli ofiarą dotkliwych samoograniczeń, rosnących kosztów i uzależnień od USA.

Europejskie bezdroża

Ponadto Unia Europejska wyraźnie pozbawiła się strategicznej sterowności, tracąc realne oparcie w potędze amerykańskiej. Dlatego też dokonuje spektakularnego przestawienia celów integracyjnych na zbudowanie własnej olbrzymiej machiny wojennej. Źle to wróży perspektywie utrzymania pokoju w Europie, ale co gorsze, utrzymaniu spójności integracyjnej. Na naszych oczach pryskają bowiem złudzenia o pokojowej roli, jaką Wspólnoty Europejskie, a w ich następstwie Unia Europejska, miały odegrać w budowie nowych standardów współżycia i współistnienia.

Na tle zaangażowania po stronie Ukrainy państwa europejskie, przekonane o ciągłej atrakcyjności swoich wzorów ustrojowych i wartości, znalazły się nie tylko w próżni ideologicznej, ale doświadczają także zdystansowania ze strony liczących się graczy. Zrozumienie interesów Rosji i udzielane jej wsparcie przez wiele potęg pozaeuropejskich, których najlepszym wyrazem stało się ugrupowanie BRICS+, oznacza w praktyce przeciwważenie Zachodu przez coraz silniejszą koalicję państw Globalnego Południa.

Poza tym w sferze świadomościowej rodzi się coraz większy opór przeciw wojnie i sympatia wobec pokojowych wysiłków Trumpa. w tej chwili już nie tylko Węgry i Słowacja otwarcie sekundują dyplomacji amerykańskiej. Także Włochy, a po cichu wiele innych sił politycznych w Niemczech, we Francji, w Polsce czy Bułgarii zaczyna kalkulować, iż wpływy geopolityczne Unii Europejskiej można utrzymać nie tyle na drodze zbrojeń i poparcia dla wojny, ile poprzez powrót do multilateralizmu i skutecznej dyplomacji. Kryzys przywództwa europejskiego jest ewidentny. Jest ono pozbawione strategicznej wizji, w której Unia Europejska odzyskałaby pozycję partnerską i sprawczą w stosunkach ze Stanami Zjednoczonymi.

Jeśli jako panaceum na kryzys Unia postawi na przyspieszoną federalizację, to będzie to jedynie przysłowiowy gwóźdź do trumny. Posunięcia centralizacyjne Komisji Europejskiej już dziś wywołują sprzeciw suwerenistów w wielu państwach unijnych. A przecież przy poparciu administracji amerykańskiej może powstać szeroki front odmowy wobec globalistów i biurokratów brukselskich, który zamiast wzmocnić strategiczną autonomię wobec Ameryki, przyczyni się do upadku tej struktury. Jak taka sytuacja wpłynęłaby na losy Ukrainy, trudno sobie choćby wyobrazić.

Wszystkie podobne scenariusze o degradacji Europy jako całości są przerażające dla wszystkich z państw członkowskich Unii Europejskiej. Po jej ewentualnym rozpadzie żadne z nich nie będzie w stanie zachować własnej autonomii na arenie międzynarodowej. Wycofanie się Ameryki groziłoby z kolei powrotem do rozmaitych animozji i partykularyzmów, a z czasem do kłótni i konfliktów, nie tylko przeciw Rosji. Logika takich absurdalnych rozwiązań prowadziłaby do kolejnej interwencji Ameryki w sprawy europejskie, jak stało się to w dwu wojnach światowych w XX wieku. Nie ulega więc wątpliwości, iż obecność amerykańska w Europie jest gwarancją utrzymania stabilności kontynentalnej, ale i przywoływania niechętnych sobie partnerów i sąsiadów do porządku. Niebagatelną wydaje się także kontrola przez Amerykanów aspiracji niektórych państw europejskich do posiadania broni jądrowej.

„Alternatywna” Ameryka

USA wyznaczają w tej chwili w sposób arbitralny kierunki przebudowy globalnego układu sił i ponoszą odpowiedzialność za naprawę błędów popełnionych przez poprzednie administracje amerykańskie i rządy sojusznicze. Donald Trump – czy to się komuś podoba, czy nie – symbolizuje szokującą autorefleksję części amerykańskiego establishmentu, która zakłada gruntowną rewizję celów i strategii międzynarodowych. Z jego udziałem następuje odejście od ideologizacji, patetycznych haseł i zdogmatyzowanych ocen. To wywołuje dystansowanie się od Trumpa i ucieczkę w stronę „alternatywnej” Ameryki.

Błędem jest jednak „dualistyczne” podejście do państwa amerykańskiego i do jego aktualnej administracji prezydenckiej. Takim absurdem operują na co dzień polscy decydenci rządowi, dowodząc osobliwej schizofrenii, przynoszącej szkody zarówno legitymizacji sojuszu z USA, ich militarnych zobowiązań, jak i odnowie stosunków transatlantyckich. Nie można przecież być jednocześnie proamerykańskim i antytrumpowskim. W sytuacji kryzysu to nie jakieś wyimaginowane czy abstrakcyjne Stany Zjednoczone, ale konkretne ekipy rządzące w USA mogą przyczynić się do uratowania resztek zasobów cywilizacyjnych, które składają się na tożsamość Zachodu. Od zdolności dyplomatycznego wpasowania się w relacje z nimi zależy nie tylko szansa przetrwania, ale i możność wpływania na logikę rozwoju wydarzeń, choćby gdy wydaje się ona absurdalna.

Wojna nie „pełnoskalowa”

Wojna na Ukrainie przypomina, iż działania zbrojne o charakterze konwencjonalnym pociągają za sobą szantaż nuklearny, a kolejne przekraczanie tzw. czerwonych linii pokazuje rozciągliwość ryzyka eskalacji, od działań ograniczonych do pełnoskalowych. W przeciwieństwie do rosyjskiej nazwy „specjalnej operacji wojskowej”, zakładającej ograniczony charakter inwazji, na Zachodzie gwałtownie wprowadzono pojęcie „wojny pełnoskalowej”, aby pobudzić szok poznawczy i wywołać masowe solidaryzowanie się z ofiarą. Być może „pełnoskalowy” charakter miała pierwsza faza wojny podczas wkroczenia wojsk rosyjskich i próby zajęcia części państwa wraz z Kijowem. Naprawdę wojna na Ukrainie ma jednak charakter selektywny pod względem operacyjnym i ograniczony przestrzennie. Wiele histerycznych ocen tej wojny wymaga rewizji i urealnienia. Choćby w odniesieniu do groźby użycia broni jądrowej. Mimo różnych enuncjacji i gróźb, nie ma publicznych dowodów na to, iż ćwiczenia przeprowadzane podczas wojny, zmieniły rosyjski próg nuklearny.

Z dzisiejszej perspektywy widać wyraźnie, iż obnażyła ona brak w państwach zachodnich myślenia o „gospodarce wojennej” i stałym zwiększaniu mocy produkcyjnych, a nie tylko jednorazowych zakupów sprzętu i uzbrojenia. Bez rozbudowanego przemysłu amunicyjnego, umiejętności produkcji i naprawy sprzętu oraz elastycznych i zdywersyfikowanych systemów zakupów choćby bogate państwa gwałtownie wyczerpują zapasy. Analiza położenia stron konfliktu względem siebie potwierdza, iż ryzyko porażki jest tym większe, im bardziej lekceważy się przewagę zasobów oraz głębię strategiczną jednego z uczestników, tj. Rosji.

Jednocześnie, nie po raz pierwszy okazało się, iż determinacja w obronie swojej tożsamości oraz wiara w sens oporu mogą kompensować przewagę przeciwnika w zasobach materialnych. Te obserwacje pozwalają po nowemu spojrzeć na komponenty bezpieczeństwa oraz zastanowić się, co oznacza „całościowa odporność państwa” na zagrożenia wojenne. Siła państwa wyraża się bowiem nie tylko w jego bezpieczeństwie militarnym. Konieczne jest uwzględnienie bezpieczeństwa we wszystkich możliwych wymiarach, choćby w zdrowotnym czy żywnościowym. Na razie polscy decydenci tego nie rozumieją, o czym świadczą wyłączne priorytety militarne, z ogromnym zaniedbaniem szpitalnictwa czy braku ochrony własnego zaplecza żywnościowego i aprowizacyjnego. Kompletowanie plecaków ucieczkowych, czy drukowanie infantylnych poradników bynajmniej nie rozwiązuje realnych problemów.

Wojna rosyjsko-ukraińska potwierdziła znaną od wieków prawidłowość, iż pierwszą ofiarą wrogich kampanii i nastawień staje się prawda i obiektywizm przekazów informacyjnych. W analizach sympatyzujących z Ukrainą traktowanie jej jako „niewinnej ofiary napaści” wyłączyło wszelką wrażliwość poznawczą na złożony obraz uwarunkowań tej wojny. Strona ukraińska w trwających rokowaniach nie dopuszcza szerszego spojrzenia na źródła konfliktu, nazywając je „bzdurami”. Można być pewnym, iż choćby po zawarciu pokoju pod presją USA, Rosjanie będą dążyć do udowodnienia, iż zachodni partnerzy Kijowa robili wszystko, co najmniej od obalenia prezydenta Wiktora Janukowycza i zajęcia Krymu w 2014 roku, aby uczynić z Ukrainy potężny bastion antyrosyjski.

Doceniając niezwykłą siłę ducha oraz determinację społeczeństwa ukraińskiego, nie da się przecież zapomnieć o instrumentalizacji tej wojny przez rozmaite grupy interesów, ogromnych kosztach społecznych, zniszczeniach materialnych i ludnościowych, tragicznym exodusie ludności za granicę, a przede wszystkim renesansie nacjonalizmu banderowskiego, uzasadniającego tożsamość Ukrainy jej aspiracjami militarystycznymi i żądaniami uznania jako jednego z „rozgrywających” pośród państw europejskich. Aspiracje przywódcze Ukrainy mogą okazać się nie tylko wielkim zaskoczeniem, ale i realnym zagrożeniem.

Na razie tylko do nielicznych obserwatorów dociera świadomość, iż z wojny wyłoni się państwo pogruchotane moralnie, niestabilne i jątrzące, żądne rozmaitych kompensat, niezależnie od uzyskiwanej dotąd pomocy i hojnego wsparcia. W trakcie wojny rozwijały się na Ukrainie rozmaite patologie społeczne, które w pełnej krasie ukażą się po zakończeniu walk. Demobilizacja otworzy „puszkę Pandory”, skrywającej żądze odwetu i rewanżu, wzrost zorganizowanej przestępczości, rozkwit handlu bronią, przemytu, dywersji i sabotażu. Wiele z tych zagrożeń dotyczy Polski, która przyjęła największą diasporę ukraińską, ale nie zbudowała dotąd z powodu bezmyślnej ukrainofilii żadnej doktryny odporności.

Krajobraz po bitwie

W wymiarze psychologicznym wojna na Ukrainie podkopała na długie lata zaufanie między Rosją a Europą. Wznieciła między zwykłymi ludźmi po obu stronach fale wrogości i nienawiści. Dopiero po zmianach pokoleniowych może nastąpić odwrócenie ich negatywnego postrzegania. Z ogromnym wsparciem dla Ukrainy wystąpiły nie tylko państwa i ich społeczeństwa z najbliższego sąsiedztwa, w tym Polska i Polacy, ale także państwa odległe, jak Kanada, ze względu na silną diasporę ukraińską. Z pola widzenia elit zachodnich i sąsiedzkich zniknęła jednak świadomość i pamięć historyczna, a także zrozumienie prawideł realizmu politycznego w globalnym układzie sił. Brak wiedzy, powściągliwości i roztropności oznaczał, jak pisze Emmanuel Todd w książce „Klęska Zachodu”, „niepowstrzymany, a zarazem absurdalny marsz ku wojnie”.

Mimo ogromnych różnic tkwiących w społeczeństwie ukraińskim, mamy tam do czynienia z budzeniem się nowego żywiołu narodowego. Mobilizacja ideologiczna oraz heroizacja obrony spowodowały, iż „wojna ludu” spełnia oczekiwania i marzenia ukraińskich nacjonalistów. Im większe poświęcenia poniesione w dążeniu do przetrwania, tym silniejsza tendencja do zwiększania wysiłków i gotowości do wyrzeczeń. Dlatego niezależnie od deklarowanej woli rządzących do udziału w rokowaniach w dobrej wierze, społeczeństwo ukraińskie będzie trwać w swoim oporze i sprzeciwiać się ewentualnym ustępstwom terytorialnym lub politycznym, mimo nikłych szans na zwycięstwo na polu bitwy. Stąd bierze się odwoływanie prezydenta Ukrainy do idei referendum, które może przekreślić jakąkolwiek szansę osiągnięcia pokojowego kompromisu. Tak więc poprzez nieustępliwość Ukraińcy stali się zakładnikami nowego etapu swojej etnogenezy.

Prof. Stanisław Bieleń

Fot. X (profil U. von der Leyen)

Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2026)

Idź do oryginalnego materiału