Bieda, zamordyzm i korupcja. Co by było, gdyby w Warszawie był drugi Budapeszt

2 godzin temu

Jestem głęboko przekonany, iż przyjdzie taki dzień, kiedy będziemy mieli w Warszawie Budapeszt – powiedział w 2011 roku Jarosław Kaczyński po tym, jak PiS przegrał wybory parlamentarne. Cztery lata później sen o wygranej się ziścił. PiS miał pełnię władzy: większość w Sejmie i w Senacie oraz prezydenta Andrzeja Dudę gotowego podpisać wszystko, co mu się podsunie pod nos. Ale choć miał na to osiem lat, to Jarosław Kaczyński nie zrobił z Polską tego, co Victor Orban i jego Fidesz zrobili z Węgrami. I bardzo dobrze – o czym miałem okazję przekonać się osobiście.

Po 16 latach nieprzerwanych rządów Orbana Węgry – niegdyś jeden z najbogatszych postdemoludowych państw – są w bardzo złej sytuacji ekonomicznej. Od kilku lat trwa stagnacja gospodarcza. Forint słabnie. W raporcie opracowanym przez Transparency International po raz kolejny Węgry uznane zostały za najbardziej skorumpowany kraj w Europie (do spółki z Bułgarią).

Victor Orban sprywatyzował Węgry

Nie bez powodu. Tu największe przetargi regularnie wygrywają firmy prowadzone przez ludzi powiązanych z obozem władzy. Eksperci zwracają też uwagę na sieć fundacji i funduszy, które służą wyprowadzaniu ogromnych sum z budżetu państwa. Do tego dochodzi przepalanie unijnych pieniędzy na kuriozalne projekty. Jak niesławna ścieżka wśród koron drzew powstała w rejonie wsi Nyírmártonfalva na wschodzie kraju. Za 800 tys. euro wykonano konstrukcję, która z drzewami ma wspólnego tyle, iż jest z drewna. Bo las, przez który miała prowadzić, zniknął przed jej realizacją.

Victor Orban zbiera też żniwo prowadzenia antyunijnej polityki. Z powodu korupcji Bruksela zaczęła Węgrom zakręcać kurek. W połączeniu ze wspomnianą stagnacją gospodarczą, ograniczeniem inwestycji i inflacją, która doskwierała Węgrom długo po pandemii, sytuacja tamtejszego społeczeństwa, eufemistycznie mówiąc, jest daleka od idealnej. Widać to po cenach, o czym sam miałem się okazję przekonać spędzając niedawno kilka dni w Budapeszcie.

Drogo, iż żyć trudno

Mówiąc krótko – jest tam drogo. I nie chodzi tu choćby o fakt, iż to stolica, gdzie trzeba się liczyć z wysokimi cenami. Jadąc na Węgry brałem poprawkę, iż wydam tam więcej, niż gdybym odwiedził inne, mniejsze miasto. Szykując się do wycieczki przeczytałem kilka blogów polecających różne atrakcje. Na miejscu okazało się jednak, iż ceny znacznie wzrosły.

Przykładowo, w minionym roku wstęp do term Lukacs kosztował 5000 forintów (około 55 zł) za osobę w tygodniu oraz 5500 forintów (ponad 60 zł) w weekend. A teraz to odpowiednio 7000 i 8000 forintów (blisko 80 i 90 zł). Z części wstępów zwyczajnie zrezygnowaliśmy, bo koszty były nieproporcjonalnie wysokie do tego, co dostawało się w zamian.

Ale po kieszeni biły nie tylko atrakcje, ale i zwykłe zakupy w sieciowym sklepie. Za kajzerkę wypiekaną na miejscu trzeba zapłacić 70 forintów, czyli prawie 80 groszy – dwa razy tyle, co w Polsce. Paliwo też jest droższe niż u nas – na stacji w Opolu płaciłem 5,40 zł za litr, a w Budapeszcie były to 562 forinty (około 6,10 zł) za litr.

Węgrzy mają już dość Orbana

Nic dziwnego, iż pozycja Victora Orbana jest najsłabsza od lat, a w sondażach Fidesz przegania opozycyjna formacja Tisza. Jej lider Peter Magyar zapowiedział już zresztą, iż jeżeli przejmie władzę, to następnego dnia wydali z Węgier Zbigniewa Ziobrę i Marcina Romanowskiego.

Premier Węgier nie składa jednak broni. Wybory w kwietniu, a Victor Orban – mogący liczyć na wsparcie zarówno Władimira Putina, jak i Donalda Trumpa – dalej gra na antyunijnych i antyukraińskich nutach. W miastach i przy drogach wiszą banery wskazujące, iż Wołodymyr Zełeński oraz unijni liderzy chcą wyciągać pieniądze z kieszeni Węgrów, a także plakaty z przekazem, iż Peter Magyar jest na usługach prezydenta Ukrainy i Ursuli von der Leyen.

Victor Orban wydaje się bliski porażki, ale jeszcze nie przegrał. Na Węgrzech – a prawdopodobnie także w Rosji – pracują całe sztaby ludzi siejących dezinformację w sieci. jeżeli Fidesz jednak wygra, to eksperci spodziewają się zabetonowania ludzi Orbana na szczytach władzy. Im będzie się powodzić, w przeciwieństwie do obywateli.

Można się też spodziewać dodatkowego tłamszenia opozycji oraz tych, co patrzą władzy na ręce. Miałem okazję poznać węgierskich dziennikarzy szykanowanych przez tamtejsze władze. Część z nich opuściła kraj w obawie o bezpieczeństwo swoje i bliskich. Teraz liczą, iż po kwietniowych wyborach będą mogli wrócić. Tego im życzę. I obserwując sytuację na Węgrzech cieszę się, iż w Warszawie jednak nie mamy drugiego Budapesztu. Co jednak nie znaczy, iż możemy go kiedyś nie mieć.

***

Odważne komentarze, unikalna publicystyka, pasjonujące reportaże i rozmowy – czytaj w najnowszym numerze tygodnika „O!Polska”. Do kupienia w punktach sprzedaży prasy w regionie oraz w formie e-wydania

Idź do oryginalnego materiału