Czy partia Mateusza Morawieckiego miałaby jakiekolwiek szanse polityczne? To pytanie krąży dziś po kuluarach niczym plotka z drugiego szeregu, ale warto potraktować je poważnie – właśnie po to, by gwałtownie dojść do konkluzji: nie, nie miałaby. I to nie z powodu braku miejsca na scenie politycznej, ale z powodu samego Morawieckiego, jego politycznego życiorysu oraz dziedzictwa Prawa i Sprawiedliwości, z którego nie sposób się wylogować jednym ruchem.
Mateusz Morawiecki przez lata był produktem specjalnym PiS: premierem „do Brukseli”, „do banków”, „do korporacji”, mającym udowodnić, iż partia Prawo i Sprawiedliwość potrafi mówić językiem nowoczesności. Ten projekt zakończył się spektakularnym fiaskiem. Morawiecki nie tylko nie zmodernizował PiS, ale sam wsiąkł w jego najgorsze praktyki: centralizację władzy, lekceważenie instytucji, kreatywną księgowość i propagandę sukcesu oderwaną od faktów.
Hipotetyczna partia Morawieckiego musiałaby odpowiedzieć na podstawowe pytanie: jaka adekwatnie miałaby być? Liberalna? Konserwatywna? Technokratyczna? Proeuropejska? Każda z tych etykiet brzmi w jego ustach niewiarygodnie. Liberalizm? To on firmował Polski Ład – chaos podatkowy, który uderzył w klasę średnią. Proeuropejskość? To za jego rządów Polska dryfowała na margines UE, a pieniądze z KPO stały się zakładnikiem wojny z praworządnością. Technokracja? Trudno o nią w kraju, gdzie decyzje zapadały w trybie politycznych dekretów, często bez analiz i konsultacji.
Morawiecki nie ma też własnego elektoratu. Jego rozpoznawalność była zawsze pochodną funkcji i zaplecza PiS. Bez partyjnej machiny, mediów publicznych i błogosławieństwa prezesa staje się politykiem bez struktur, bez narracji i bez emocjonalnej więzi z wyborcami. A polityka bez emocji nie istnieje – zwłaszcza w kraju tak spolaryzowanym jak Polska.
Nieprzypadkowo Jarosław Kaczyński trzymał Morawieckiego krótko. Prezes wiedział, iż to narzędzie, nie następca. I dziś, gdy były premier przestaje być użyteczny, PiS bez żalu pozwala mu dryfować ku politycznemu niebytowi. To zresztą stały mechanizm tej partii: zużyć, odsunąć, zapomnieć. Morawiecki może mieć ambicje, ale nie ma zaplecza ani autonomii, by je zrealizować.
Co więcej, jego ewentualna inicjatywa musiałaby jednocześnie walczyć o wyborców z PiS, Konfederacją i liberalnym centrum. PiS nigdy nie odda elektoratu bez walki, Konfederacja zagospodarowała już antysystemowe resztki, a centrum ma dość polityków, którzy „nagle się budzą” po latach współodpowiedzialności za kryzysy. Morawiecki nie wnosi nic nowego – ani idei, ani wiarygodności.
Najbardziej kompromitujące jest jednak to, iż potencjalna partia Morawieckiego byłaby próbą ucieczki od odpowiedzialności. Nowy szyld, nowe logo, stare decyzje. Nie da się jednak zresetować pamięci wyborców. Fundusze pozabudżetowe, inflacja, chaos prawny, konflikty z UE – to wszystko nosi jego podpis. Polityk, który przez osiem lat współtworzył system władzy Kaczyńskiego, nie może wiarygodnie wystąpić w roli reformatora.
Dlatego warto powiedzieć jasno: projekt „Morawiecki poza PiS” to polityczna fantazja, nie realna alternatywa. Jest spóźniony, niewiarygodny i pozbawiony społecznego sensu. A jeżeli PiS nie ma już dla Morawieckiego miejsca, to nie dlatego, iż partia się zmienia. Tylko dlatego, iż system Kaczyńskiego pożera własne dzieci – i nie ogląda się za siebie.

22 godzin temu











![Chełm. W ubiegłym tygodniu odeszli od nas... [11-1-2026]](https://static2.supertydzien.pl/data/articles/xga-4x3-chelm-w-ubieglym-tygodniu-odeszli-od-nas-4-1-2026-1768136606.jpg)
![Tomaszów Lubelski. W ubiegłym tygodniu odeszli od nas... [11-01-2026]](https://static2.kronikatygodnia.pl/data/articles/xga-4x3-tomaszow-lubelski-w-ubieglym-tygodniu-odeszli-od-nas-21-12-2025-1768070622.jpg)