Argument ad wojtylianum, czyli każdy ma swojego Jana Pawła II

2 dni temu

Powoływanie się na autorytet papieża Polaka stało się już pewną nową tradycją. Argumenty ad wojtylianum w debacie politycznej czy wewnątrzkościelnej osiągnęły już status prawdy ostatecznej, zamykającej nierzadko wszelką dyskusję. Często jednak nauczanie świętego papieża wykorzystywane jest równie chętnie, co instrumentalnie. A ze względu na bogactwo niemal 27-letniego pontyfikatu, naprawdę jest z czego wybierać.

Na autorytet Jana Pawła II bardzo lubią powoływać się propagatorzy dialogu chrześcijańsko-żydowskiego. Faktycznie, papież Polak zrobił dla relacji Kościół-judaizm więcej niż jakikolwiek pontifex w przeszłości, czego ukoronowaniem była wizyta w rzymskiej synagodze, gdzie określił Żydów mianem „umiłowanych, starszych braci w wierze”. O ile jednak pontyfikat Karola Wojtyły miał pod tym względem rewolucyjny charakter, bardzo często przypisuje mu się motywacje daleko wykraczające poza jego pierwotną myśl.

Pierwszy z brzegu przykład dotyczy wspomnianego wyżej kontrowersyjnego terminu. We włoskim oryginale, wygłoszonym podczas wizyty w rzymskiej synagodze w 1986 r. papież powiedział: „Jesteście naszymi umiłowanymi braćmi i – można powiedzieć – w pewien sposób naszymi starszymi braćmi”. Niestety, pobieżne polskie tłumaczenie wywołało pokutujący do dzisiaj chaos. A jak tłumaczy ks. prof. Waldemar Chrostowski, „mówienie, iż Żydzi – bezwzględnie – są naszymi starszymi braćmi, oznaczałoby, iż wyrośliśmy z pnia, który nie jest nasz; iż ten pień należy wyłącznie do judaizmu rabinicznego, a my jesteśmy tą gałęzią, która z niego wyrosła”.

Jan Paweł II nigdy nie twierdził również, iż dialog z Żydami – jak uważają najzagorzalsi „dialogiści” – wyklucza ewangelizację, zrównaną w dzisiejszej klerykalnej nowomowie z pejoratywnym prozelityzmem. Podobnie zresztą stanowi ulubiony dokument, na który lubią się powoływać zwolennicy zbliżenia obu religii, czyli Nostra Aetate. Przypomnijmy, pismo soborowe otwierające nowy rozdział w relacjach Kościoła z innymi religiami, w części dotyczącej Judaizmu wprost stwierdza: „Jest więc zadaniem Kościoła nauczającego głosić krzyż Chrystusowy jako znak zwróconej ku wszystkim miłości Boga i jako źródło wszelkiej łaski”. Co ciekawe, o nawrócenie całego Izraela (sic!), tj. aby „uznał Yeshuę za Mesjasza” modlą się choćby katoliccy charyzmatycy, absolutna forpoczta chrześcijańskiego syjonizmu w Polsce.

Konsekwentnie, mimo umiejętności rozwijania nowych ujęć teologicznych czy otwartości na dialog ze współczesnym światem, Jan Paweł II nigdy nie potępił przekonania, wedle którego Kościół Chrystusowy wypełnił i zastąpił kapłańską funkcję biblijnego Izraela; jak wyjaśnia Pius XII w encyklice Mystici Corporis Christi, na Krzyżu „umarł Stary Zakon (…) aby ustąpił miejsca Nowemu Zakonowi, dla którego Chrystus Pan wybrał w Apostołach odpowiednie swoje sługi (2 Kor 3, 6)”.

Ba! Potępienia tzw. „teologii zastąpienia”, jak mawiają filo-judaiści, nie znajdziemy choćby u Franciszka, którego pontyfikat słynie z nieustannego przesuwania doktrynalnego limesu w relacjach z innymi wyznaniami. Mimo to, niektórzy hierarchowie z pełną świadomością przekonują, iż w „Kościele odchodzimy od przekonania, iż Izrael przestał być narodem wybranym”. Póki co, nauka Magisterium pozostaje w tym temacie niezmienna. Niestety, podobnie niezmienną rolę pełni w tej debacie postać Jana Pawła II, sprowadzonego dziś do roli stempla autoryzującego choćby najbardziej rewolucyjne postulaty.

Agent globalistów

Jan Paweł II wymieniany jest również jako prekursor zwrotu Kościoła w kierunku ideologii zrównoważonego rozwoju. Jego sformułowanie „nawrócenie ekologiczne” wymieniono w encyklice Laudato Si, jako dowód na zakotwiczenie franciszkowego dokumentu w nauce Kościoła. Tym samym polski papież został uznany za pierwowzór pro-ekologicznych trendów obecnego pontyfikatu, który afirmując globalistyczną agendę, ma jedynie twórczo rozwijać myśl Polaka.

Trzeba zaznaczyć, iż nauka Wojtyły na temat środowiska naturalnego zawsze wskazywała na jej nadprzyrodzony cel. Poprzez „nawrócenie ekologiczne” (wypowiedziane po raz pierwszy w 2001 r.) Jan Paweł II rozumiał „przywrócenie adekwatnych relacji między ludźmi, Bogiem i światem”. Lokalne kryzysy ekologiczne (nie było wówczas mowy o „zmianach klimatu”) widział jako bezpośrednie następstwo kryzysu moralnego, a poprawę sytuacji uzależniał od nawrócenia serca, umożliwiającego poznanie pierwotnej wizji Boga wobec Stworzenia.

Tymczasem nie można pozbyć się wrażenia, iż encyklika z 2015 r. wykorzystuje kwestie nadprzyrodzone jako pretekst dla aktywności w dużo szerszym, społecznym wymiarze. Choć „nawrócenie ekologiczne” w rozumieniu Franciszka wciąż wymaga zacieśnienia relacji z Panem Bogiem, to jego praktyczne implikacje sprowadzają się wyłącznie do aspektów czysto przyziemnych. Przykładowo, „świadomości krzywdy jakie wyrządza się Stworzeniu” można pogłębić – jak podaje organizacja Laudato Si Movement – „czytając raporty naukowe (…) na temat zmian klimatu; dokonując ekologicznego rachunku sumienia poprzez obliczenie swojego śladu węglowego, przeprowadzając audyt energetyczny, analizując swoje nawyki konsumpcyjne…”

Jan Paweł II w rozważaniach na temat ekologii nigdy nie opowiadał się również za jakąkolwiek formą rewolucji społeczno-ekonomicznej. Tymczasem Franciszek wprost stwierdza – powtarzając naczelne postulaty degrowthu – iż poziom „spożycia, produkcji odpadów i zmian środowiska przekroczyło możliwości planety”. Argentyńczyk ogłasza, iż dotychczasowy styl życia jest „niemożliwy do utrzymania” i może skończyć się „katastrofą”. Stąd wezwanie do promocji „nowych modeli rozwoju”, dużo bliższych gospodarce centralnie planowanej niż kapitałowi rozproszonemu.

Polskiemu papieżowi nie po drodze byłoby również z franciszkową ekologią integralną, czerpiącą całymi garściami z potępionej przez Kościół teologii wyzwolenia. Dość powiedzieć, iż Leonardo Boff, czołowy piewca symbiozy chrześcijaństwa z socjalizmem, a następnie ekologizmem, został przez Jana Pawła II aż dwukrotnie „poproszony o milczenie” w sprawach wiary. Dla papieża Franciszka z kolei, „były” kapłan (którego zna osobiście) stanowi ogromną inspirację. Eko-teologia Boffa ma stać za wieloma przemyśleniami Franciszka, o czym świadczy m.in. fakt, iż brazylijski filozof był głównym prelegentem watykańskiej konferencji „Ekonomia Franciszka” w 2020 r.

Fasadowy wojtylianizm

Postać Jana Pawła II, jak chyba żaden inny autorytet, szczególnie mocno zagościła w polskiej debacie politycznej. Bezkompromisowe nauczanie świętego do dzisiaj stanowi fundament, na którym przez lata budowano prawną ochronę życia poczętego czy konstytucyjną wartość małżeństwa. Nic dziwnego, iż współczesna lewica, po okresie „nieagresji” ogłoszonej przez michnikowszczyznę, rzuciła się na Jana Pawła II, chcąc zdyskredytowanie jego autorytet. Walec antychrześcijańskiej i antyludzkiej rewolucji, by osiągać maksymalne cele, musi przejechać po „trupie” papieża Polaka.

O zajadłości lewicowych hunwejbinów mogliśmy przekonać się dwa lata temu, kiedy na bazie wyssanych z brudnego SB-ckiego palca paszkwili zbudowano całą narrację o rzekomym ukrywaniu pedofilów. Stosując metodę faktów dokonanych, lewicowo-liberalne media ogłosiły „koniec kremówkowego wojtylianizmu”, oczyma wyobraźni widząc otwarte na oścież wrota piekieł, zwiastujące aborcyjną rzeź i dzieci wystawione na żer homo-predatorów.

Powstało wówczas mnóstwo inicjatyw w obronie Jana Pawła II, włącznie z inicjatywą parlamentarną „o ochronie dobrego imienia” polskiego świętego. O ile pospolite ruszenie polskiego społeczeństwa udowodniło cześć, jaką katolicy nad Wisłą wciąż darzą swojego papieża, to w wykonaniu polityków otrzymaliśmy cokolwiek żenujący pokaz moralnej hipokryzji.

Oto portrety polskiego świętego, z surowymi, marsowymi obliczami trzymali w Sejmie rozwodnicy wizytujący kościoły wyłącznie przy okazji kampanii wyborczych. Co gorsza, dobrym imieniem papieża gardłowali politycy, którzy otwarcie sprzeciwiali się jego nauczaniu nie tylko w życiu osobistym, ale i poprzez postawę publiczną. Ciężko oglądało się ten festiwal obłudy w wykonaniu ludzi, którzy w jednej ręce wznoszą wizerunek Jana Pawła II, a drugą raz po raz torpedują wszelkie ustawy zwiększające zakres prawnej ochrony życia w Polsce. Choć akurat w tym momencie „zachowali się jak trzeba” (na co niewątpliwie wpłynęła kampania wyborcza), katolicy przynajmniej życzyliby sobie, aby ich reprezentanci przywoływali nauczenie świętego papieża również w innych bitwach o cywilizacyjnym znaczeniu.

Piotr Relich

Idź do oryginalnego materiału