Apokalipsa na zamówienie. Dlaczego Suski opowiada bajki?

4 godzin temu
Zdjęcie: Suski


W polskiej debacie publicznej są wypowiedzi, które domagają się polemiki, i takie, które domagają się chłodnej dekonstrukcji. Ostatni występ Marek Suski w programie „Kontra” na antenie Telewizja wPolsce24 należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. Bo to, co poseł PiS opisał jako „analizę” polityki rządu, jest w istocie zlepkiem lęków, insynuacji i retorycznych figur, które więcej mówią o stanie umysłu autora niż o rzeczywistości.

„To jest szerszy plan zmierzania do prywatyzacji służby zdrowia” – ogłosił Suski, by po chwili dorzucić wizję Polski, w której kobiety jadą „100 km do najbliższej porodówki”, porody realizowane są „na SOR-ach”, a wszystko to składa się na „piekło kobiet” i rzekomy plan depopulacji kraju. Według posła PiS za tym ponurym scenariuszem stoi rząd Donald Tusk i sam premier osobiście.

Problem w tym, iż Suski nie przedstawia żadnych faktów, danych ani decyzji rządu, które potwierdzałyby istnienie takiego „planu”. Zamiast tego oferuje publiczności narrację rodem z politycznego thrillera: tajne zamiary, ukryte cele, złowrogą logikę, która rzekomo spaja wszystkie działania władzy. To klasyczna technika straszenia – skuteczna w mobilizowaniu twardego elektoratu, ale kompromitująca w poważnej debacie.

Gdy Suski mówi: „Po co polityka prorodzinna, skoro polskie społeczeństwo ma się nie rozwijać”, nie zadaje pytania – on sugeruje tezę. I to tezę skrajnie uproszczoną. Sprowadza bowiem złożony kryzys demograficzny do jednego, spiskowego wytłumaczenia: rząd chce, by Polaków było mniej. To już nie jest publicystyka, to jest publiczne opowiadanie bajek z dreszczykiem.

Szczególnie cyniczne jest instrumentalne użycie hasła „piekło kobiet”. Przez lata politycy PiS, w tym Suski, firmowali rozwiązania prawne, które realnie pogarszały sytuację kobiet w systemie ochrony zdrowia – zwłaszcza w obszarze praw reprodukcyjnych. Dziś ten sam obóz nagle odkrywa wrażliwość na los rodzących kobiet, używając jej jednak wyłącznie jako pałki do okładania przeciwników politycznych.

Wypowiedź Suskiego zdradza jeszcze jedną cechę charakterystyczną: całkowite pomieszanie poziomów odpowiedzialności. Poseł mówi o zamykaniu porodówek, jakby było ono prostą decyzją polityczną rządu, a nie wynikiem wieloletnich zaniedbań, braków kadrowych i problemów strukturalnych, które narastały przez dekady – także wtedy, gdy PiS sprawował władzę. Ale w tej narracji nie ma miejsca na autorefleksję. Jest tylko wygodny wróg.

Styl wypowiedzi Suskiego doskonale wpisuje się w estetykę mediów, w których się pojawia: mocne słowa, apokaliptyczne wizje, brak konkretów. „To jest plan, żeby Polska się kurczyła, nie rozwijała” – mówi poseł, jakby opisywał raport wywiadu, a nie własne polityczne fantazje. Tyle iż państwo nie kurczy się od rzekomych spisków, ale od złej polityki, braku zaufania do instytucji i degradowania debaty publicznej.

Warto powiedzieć wprost: Marek Suski nie diagnozuje rzeczywistości, on ją zniekształca. Zamiast rzetelnej krytyki rządu proponuje emocjonalny spektakl, w którym każda decyzja władzy jest elementem mrocznego planu. To wygodne, bo zwalnia z myślenia. I groźne, bo zatruwa debatę.

Jeśli Suski naprawdę martwi się o kobiety, demografię i służbę zdrowia, powinien zacząć od faktów, a nie od straszenia. Na razie jednak jego występ pozostaje przykładem tego, jak polityk z wieloletnim stażem może mówić dużo – i nie powiedzieć niczego prawdziwego.

Idź do oryginalnego materiału