Anna Raźny: Język endeckiego ducha

myslpolska.info 4 godzin temu

Gdy w 2014 roku nie żyjący już redaktor śp. Zbigniew Lipiński przyjeżdżał do Krakowa, aby zrobić ze mną obszerny wywiad dla „Myśli Polskiej” na temat istniejącej w Polsce cenzury – długo zastanawiałam się nad językiem moich wypowiedzi.

Jako osoba, którą potępiła „Gazeta Wyborcza” – gdyż podpisałam zredagowany przez Zygmunta Wrzodaka List do narodu rosyjskiego proponujący współpracę Słowian w obronie przed destrukcyjną wobec nich polityką kolektywnego Zachodu – mogłam wybierać między językiem patosu oraz negatywnych emocji i stylem chłodnej racjonalizacji rozpętanej przeciwko autorom tego listu nagonki polityczno-medialnej. Mogłam wykorzystać bogaty zasób pojęć ze świata satyry, ironii, groteski czy drwiny, wzorując się na języku Witkacego, Gombrowicza, Mrożka czy Tuwima – aby wyśmiać, potępić, odciąć się od tych, którzy w III RP zniewalają naszego ducha. Mogłam obrzucić inwektywami i poniżającymi neologizmami twórców współczesnej cenzury, pozbawiającej nas wolności słowa.

Wiedziałam jednak, iż nieopatrznie mogę jednocześnie naurągać wszystkim Polakom lub też zamanifestować wobec nich jakąś uzurpowaną wyższość czy – nie daj Boże – pogardę. To są bowiem pułapki „narodowej” satyry i „narodowej” groteski, które segregują nas według upraszczających czy wręcz prymitywnych stereotypów socjologicznych i politycznych, negujących personalistyczny wymiar nie tylko pojedynczych ludzi, ale również tworzonej przez nich wspólnoty narodowej i społecznej. Takich pułapek nie ustrzegli się choćby mistrzowie języka polskiego, włączający do walki z wadami naszego charakteru narodowego satyrę, ironię, groteskę, drwinę. Mając za sobą pierwsze moje studia – polonistyczne – łatwo zestawiłam język patriotycznej troski i edukacyjnej powagi Mickiewicza z III części Dziadów – z Gombrowiczem, wyśmiewającym w Ferdydurke czy nade wszystko w Transatlantyku genialnie ujętą przez romantycznego wieszcza nieśmiertelną polskość polskiego narodu. Wystarczyło uświadomić sobie jak odbudowują patriotycznego ducha słowa Piotra Wysockiego w zakończeniu Salonu warszawskiego wymienionej części Dziadów: „Nasz naród jak lawa, Z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa, ale wewnętrznego ognia sto lat nie wyziębi: Plwajmy na tę skorupę i zstąpmy do głębi”. Aby wybrać styl mojej wypowiedzi, jednocześnie wystarczyło przypomnieć sobie bezsilność Gombrowiczowskiej drwiny z Mickiewicza – w Transatlantyku najmocniej uderzającej w Pana Tadeusza – tej, która usiłuje wciąż na nowo wyzwalać „Polaka z Polski”.

Nie trzeba studiów polonistycznych, aby skonstatować to, co jest truizmem. Próby kształtowania polskiego patriotyzmu – obejmujące kształtowanie naszej polityki zarówno wewnętrznej, jak i zewnętrznej – mogą być skuteczne, jeżeli nie są drwiną z Polski i przejawem pogardy wobec Polaków. I to jest endecki styl, do którego zdecydowałam dostosować każdy mój tekst dla „Myśli Polskiej”. Do języka endeckiego ducha – umiarkowania, powagi i nade wszystko odpowiedzialności za każde wyartykułowane słowo w kontekście prawdy ontologicznej, aksjologicznej czy wreszcie historycznej. Ten język nie tylko nie tępi w Polaku polskości, ale również sprawia, iż endeckie pismo nie musi przegrywać w sądach procesów o zniesławienie czy poniżenie.

Czy zaczął się nowy trend?

W ostatnich tegorocznych numerach „Myśli Polskiej” dał się zauważyć nowy trend w endeckim języku. Wprowadził go Jarosław Bratkiewicz w swoich tekstach, które trudno gatunkowo określić i przyporządkować publicystyce: artykuły, eseje, studia, analizy czy po prostu felietony? Za tymi ostatnimi przemawiają nasycone emocjonalnie kategorie felietonowego stylu: ironia, satyra, drwina, groteska zestawiająca komizm z tragizmem. Nie odmawiam autorowi tych tekstów prawa do wykorzystywania wymienionych kategorii również w endeckim piśmie czy łączenia ich z terminologią socjologii politycznej i kulturowej, takimi jak nowoczesność, postnowoczesność, modernizacja ustrojowa etc. Krytycznie odnoszę się jednak do włączania w język endecki neologizmów – nieuprawnionych zarówno w języku naukowym, jak i felietonowej publicystyce. Przypomnę kilka przykładów „Rosja kołoszmaci Ukrainę”, „Pierwsza Rzeczpospolita (…) wyistotniła swoje ‘objawione przeznaczenie jako europejskie Przedmurze i Spichlerz”, „Przedmurze i Spichlerz uśredniowieczniły Polskę” (Spichlerz okrakiem na Przedmurzu); „Ich postawa esencjonowała się…” (Rosja Petersburska i jej wzgardziciele); „(…) wyprogramować optymalne rozwiązanie ustrojowe”, „(…) absolutyzm upostaciowił cały kompleks czynników”, „katastrofa wojenna Drugiej Rzeczpospolitej w 1939 roku udobitniła klęskę jagiellońsko-sarmackiego modelu cywilizacyjnego” (Kiedy czop wybiją ).

W słowotwórczych propozycjach J. Bratkiewicza widać wpływ Juliana Tuwima, który oparł na nich swoją satyrę na Polskę międzywojenną przedstawioną w Balu w operze i Kwiatach polskich. Na tego poetę wskazuje sam autor wymienionych neologizmów w artykule Kiedy czop wybiją, opublikowanym w jubileuszowym numerze „Myśli Polskiej”. Jednak to, co jest żywiołem poety, uprawniona poprzez licentia poetica twórczość słowna, dla każdej publicystyki – nade wszystko endeckiej, służącej kulturze polskiej – może być zagrożeniem, Może narażać ją na zarzut destrukcji. O tym, czy nowy trend w języku endeckim utrzyma się i uzyska wpływy, zdecydują czytelnicy i przesuwający się wciąż przed nami horyzont historii. Artykuły J. Bratkiewicza wniosły jednak do „Myśli Polskiej” także nowe spojrzenie na naszą przeszłość i współczesność. O ile uznanie może budzić dominujący w tym spojrzeniu krytycyzm wobec zgubnej dla naszego narodu i społeczeństwa polityki elit – nade wszystko epoki sanacyjnej – o tyle sprzeciw może budzić towarzysząca temu spojrzeniu ironia i drwina. Mój sprzeciw rodzą nade wszystko uproszczenia socjologiczno-polityczne w tekstach J. Bratkiewicza, dotyczące polskiej kultury oraz wynikające z nich przewartościowania historyczne i polityczne.

Moc i niemoc satyry

Będący zdecydowaną krytyką Polski międzywojennej artykuł Kiedy czop wybiją dotyczy kultury politycznej elit – nade wszystko sanacyjnych – II RP. Autor jednak tego nie zaznacza i swój opis traktuje jako odzwierciedlenie kultury całego społeczeństwa polskiego tego okresu. Podsumowanie artykułu przedstawia ponury obraz Polski przedwojennej, nie posiadającej drugiego, jasnego bieguna polskości: „Sarmackiego rokoszanina, dewota i moczymordę w Drugiej RP zastąpił legionowy burdziarz, biurokrata jaśniepański i pałkarski patriota – wszyscy oni chciwie gęby nadstawiali, gdy czop z beczki wybito. Wszak w przedwrześniowej Polsce w najlepsze trwał „bal w operze” i wyszynk nie ustawał jak w obozie pod Żwańcem”. Ten obraz sprawia wrażenie elementu groteskowej satyry na II RP wprost przejętego z Tuwimowskich utworów – Balu w operze i Kwiatów polskich. Sanacyjnym moczymordom J. Bratkiewicza poeta przeciwstawia jednak „zwykłych obywateli” – Polaków nieunurzanych w pijaństwie, rozpuście i donosicielstwie. Natomiast w dwudziestowiecznym poemacie dygresyjnym, jakim są Kwiaty polskie, odnajdziemy dodatkowo wizję Polski wolnej, sprawiedliwej, pełnej harmonii, o którą autor prosi Stwórcę w znanym fragmencie zatytułowanym Modlitwa. Prosi także o zachowanie w nowej ojczyźnie polskości w każdym jej wymiarze: „Przywróć nam chleb z polskiego pola, Przywróć nam trumny z polskiej sosny”.

Przedstawiona w jubileuszowym numerze „Myśli Polskiej” jednowymiarowa satyra na sanacyjną Polskę jest druzgocącym przeformatowanie kulturowym naszej przedwojennej historii, przed którym nie chroni w tym obrazie jedyna pozytywna ocena, jaką autor dał modernizacyjnej działalności Eugeniusza Kwiatkowskiego i utworzeniu Centralnego Okręgu Przemysłowego. Inspiracja poezją Tuwima w połączeniu z kulturą polityczną i socjologią polityki jako ważnymi czynnikami geostrategii sanacyjnych elit okazała się nietrafnym wyborem autora z dwu powodów: zredukowania Tuwimowskiej krytyki sanacji do prymitywnej satyry oraz do bezpośredniego przywołania w tekście Balu w operze. Poemat ten – napisany w 1936 roku, a opublikowany w całości w 1946 w „Szpilkach” – ma bowiem charakter apokaliptyczny; kończy się Sądem Ostatecznym, który skazuje sanacyjne elity na piekło. Takim rozwiązaniem problemu sanacji nie była usatysfakcjonowana choćby endecka emigracja, która nie dowierzała polskiemu poecie żydowskiego pochodzenia w okresie międzywojennym, natomiast w czasach PRL nie mogła pogodzić się z faktem, iż Tuwim po powrocie z Nowego Jorku w 1946 roku stał się pupilem komunistycznych władz i został okrzyknięty państwowym poetą, mając na swoim koncie członkostwo w Ogólnokrajowym Komitecie Obchodów 70-lecia urodzin Stalina (1946).

Starcie z prawdą

Satyra na Polskę przedwojenną w uproszczonym Tuwimowskim stylu wymaga choćby najbardziej skrótowego przypomnienia jasnych stron historii tego okresu. Mogą one bowiem wesprzeć naszą dumę narodową, poddawaną ostatnio permanentnej pedagogice rozmaitego wstydu, zmuszającą słabsze jednostki do różnych form zaprzaństwa i zdrady. Polityka Polski przedwojennej zawiodła, ale nie zawiódł geniusz twórczy jej narodu. Czasy II RP to bowiem czasy triumfu polskiej kultury. Udokumentowała go już u zarania odrodzonej Rzeczpospolitej literacka nagroda dla Władysława Reymonta za Chłopów (1924). Towarzyszył jej prawdziwy wysyp nowych artystycznych ugrupowań, kabaretów i kawiarń literackich, dynamiczny rozwój czasopiśmiennictwa, teatru, nowoczesnych trendów w sztuce – awangardy i kubizmu – narodziny filmu i radia. Polska kultura dwudziestolecia międzywojennego w niczym nie odstawała od zachodniej, a w niektórych dziedzinach – np. w literaturze – choćby ją przewyższała. Również polska nauka z łatwością dorównała zachodniej, wzbogacając jej osiągnięcia m. in. w matematyce, logice czy filozofii. Przypomnieć należy, iż ówczesna tzw. polska szkoła matematyczna z Zygmuntem Janiszeskim, Stefanem Banachem czy Stanisławm Ulamem zajęła poczesne miejsce w historii tej dziedziny. To samo należy powiedzieć o polskiej filozofii, neofilologii czy slawistyce.

Okres międzywojenny to także czas niedoścignionej w tej chwili patriotycznej edukacji, której najpiękniejszym owocem były setki tysięcy polskich żołnierzy broniących przed nazistowskimi Niemcami nie tylko swej ojczyzny, ale również Europy na różnych frontach II wojny światowej. – A na polu walki żaden z nich nie nadstawiał „chciwie gęby”, „gdy czop z beczki wybito”. – Te setki tysięcy Polaków nie symulowały żadnej „odmóżdżonej tromtadracji”, którą zarzuca sanacyjnej Polsce J. Bratkiewicz, ale bohatersko walczyły nie tylko o wolność „naszą i waszą”, ale również o zachowanie cywilizacji europejskiej, chrześcijańskiej, przeciwko której stanęły w 1939 roku hitlerowskie Niemcy. W tej perspektywie Polska niczego nie przegrała; w 1939 roku poniosła klęskę militarną, ale nie cywilizacyjną.

Cywilizacyjnie upadły Niemcy jako państwo i upadli Niemcy jako naród, dopuszczając do przyjęcia nazistowskiej ideologii jako fundamentu swojej tożsamości narodowej i jednocześnie programu podboju świata. A wcześniej upadła Europa wraz ze Stanami Zjednoczonymi, bo nie tylko dopuściły do złamania przez Berlin postanowień kończącego I wojnę światową Traktatu Wersalskiego i remilitaryzacji państwa niemieckiego, ale również wzięły w niej bezpośredni udział. Europa upadła po raz drugi, gdy w 1938 roku jej główni gracze polityczni – Francja, Wielka Brytania i Włochy – zawarli z Niemcami – również wbrew historycznemu Traktatowi – układ o przyłączeniu części Czechosłowacji, głównie Sudetów, do III Rzeszy.

W 1939 roku Polska przegrała wojnę, ale nie upadła cywilizacyjnie. Polacy z dumą mogą patrzeć na karty dwudziestowiecznej historii, na których ich ojcowie zapisani zostali do grona obrońców ludzkości przed brunatną zarazą i cywilizacji chrześcijańskiej przed jej nazistowskim unicestwieniem.

Prof. Anna Raźny

Myśl Polska, nr 21-22 (24-31.05.2026)

Idź do oryginalnego materiału