W polskiej polityce nie brakuje mocnych słów, ale Mariusz Błaszczak potrafi przebić choćby najbardziej rozgrzaną debatę. „Stawiam taką tezę, iż Koalicja 13 Grudnia usiłuje zniszczyć państwo polskie” – oznajmił na antenie wPolsce24. jeżeli komuś wydawało się, iż po wyborach emocje opadną, były szef MON rozwiewa wątpliwości. W jego narracji rządzący nie prowadzą sporów kompetencyjnych, nie różnią się interpretacjami prawa – oni „niszczą państwo”.
To retoryka, która ma wstrząsnąć, ale częściej budzi raczej konsternację niż strach.
Błaszczak przedstawił swoją wizję podczas rozmowy o sprawie, która – wbrew jego dramatycznemu tonowi – jest stricte proceduralna. Chodzi o brak decyzji prezydenta Karola Nawrockiego w sprawie odznaczeń dla funkcjonariuszy wskazanych przez koordynatora służb, Tomasza Siemoniaka. Spór dotyczy relacji rząd – prezydent i tego, kto ma prawo rekomendować konkretne osoby. Zwykły konflikt kompetencji, znany w polskiej polityce od dekad.
Ale dla szefa klubu PiS to za mało. On widzi w tym „wielki skandal”. W swojej analizie idzie jeszcze dalej: „Koalicja 13 Grudnia nie może przeboleć, iż prezydentem nie jest Rafał Trzaskowski. Oni w swoich mrzonkach uważają, iż Rafał Trzaskowski już drugą kadencję jest prezydentem”. Trudno nie zauważyć, iż jest to wywód nie tyle polityczny, co fantazyjny. Błaszczak, niczym literacki komentator równoległej rzeczywistości, przypisuje rządzącym obsesje, których nikt poza nim nie dostrzega.
Błaszczak od lat buduje swój wizerunek polityka twardego i niezłomnego. Nie byłoby w tym nic niezwykłego, gdyby owe deklaracje nie były tak oderwane od kontekstu. Trudno o lepszy przykład niż jego wystąpienie po wybuchu rakiety w Przewodowie, kiedy – wbrew faktom – utrzymywał, iż polska obrona nie mogła zrobić więcej. Politycy PiS zwykli wtedy bronić linii partyjnej do ostatniej kropki, choćby jeżeli narracja wymagała znacznej gimnastyki logicznej.
Słowa o rzekomym „niszczeniu państwa” wpisują się w ten sam styl. Błaszczak nie opisuje rzeczywistości – on ją inscenizuje. Konstruuje narrację, w której rządzący nie podejmują decyzji administracyjnych, tylko prowadzą wojnę cywilizacyjną.
Oczywiście łatwiej powtarzać takie metafory niż tłumaczyć, dlaczego za jego kadencji w MON zakup systemów obrony powietrznej był prowadzony chaotycznie, a programy modernizacyjne grzęzły w deklaracjach. Wystarczy dramatyczne zdanie, najlepiej z patriotycznym podtekstem.
Wróćmy na chwilę do meritum. Spór o odznaczenia funkcjonariuszy jest normalną częścią relacji rząd–prezydent. Każda strona ma swoje uprawnienia, każda swoje stanowisko. Tego rodzaju napięcia zdarzały się w czasach Komorowskiego i Dudy, w czasach rządów PO i PiS, zdarzały się choćby w latach 90. To nie jest „skandal”, tylko zwykły mechanizm ustrojowy.
Ale Błaszczak konsekwentnie zmienia kategorie: proceduralny spór podnosi do rangi walki o fundamenty państwa. „Wielki skandal” – mówi, choć trudno się zorientować, gdzie dokładnie ten skandal się znajduje. W braku prezydenckiej decyzji? W odmiennej interpretacji prawa? W odmowie automatycznego zatwierdzania kandydatur służb?
Jeśli tak, to byłby to skandal raczej w oczach byłego ministra niż w rzeczywistości.
Błaszczak jest doświadczonym politykiem, więc trudno zakładać, iż naprawdę wierzy w własne przepowiednie o „niszczeniu państwa”. To raczej świadomie używany język – język mobilizacji własnego elektoratu i zaklinania politycznego chaosu, który PiS pozostawił po sobie w wielu instytucjach państwa.
Rzecz w tym, iż coraz wyraźniej widać, jak daleko ta retoryka rozmija się z faktami. Używanie słów takich jak „skandal”, „atak” czy „niszczenie państwa” w sytuacji czysto administracyjnej jest po prostu nadużyciem. I dlatego komentarze Błaszczaka brzmią dziś bardziej jak opowieści z partyjnej kroniki niż jak realna diagnoza polskiej polityki.
A androny – choćby wypowiadane z przekonaniem – pozostają andronami.

18 godzin temu










