Amunicja z dala od granicy. Polska musi myśleć jak państwo frontowe

dzienniknarodowy.pl 7 godzin temu
Zdjęcie: Amunicja z dala od granicy. Polska musi myśleć jak państwo frontowe


Rosyjski Ch-101 na Lubelszczyźnie przypomniał, iż głębia strategiczna nie jest pojęciem z podręcznika, ale warunkiem przetrwania państwa. Zakłady od pocisków, ładunków miotających i prochu trzeba planować tak, by przeciwnik nie mógł sparaliżować produkcji jednym uderzeniem. Polska potrzebuje nie efektownych deklaracji, ale rozproszonego przemysłu wojennego, odpornej logistyki i chłodnej kalkulacji czasu reakcji obrony powietrznej.

Głębia strategiczna zamiast mapy życzeń

Wojna brutalnie prostuje złe nawyki państwa. Pokazuje, które decyzje były realną polityką bezpieczeństwa, a które tylko administracyjnym wygodnictwem. Po rosyjskim pocisku, który spadł na Lubelszczyźnie, trzeba wrócić do podstawowego pytania: gdzie Polska powinna umieszczać zdolności, bez których armia nie będzie miała czym walczyć?

Według relacji PAP z komunikatu Dowództwa Operacyjnego, o godz. 3.40 wykryto w polskiej przestrzeni powietrznej niezidentyfikowany obiekt, a do jego rozpoznania i przechwycenia skierowano dyżurny F-16. Sześć minut później obiekt zniknął z radarów, zaś śmigłowiec Mi-24 wskazał rejon upadku koło Tarnawy-Kolonii. Taki przebieg zdarzenia nie wymaga głośnych haseł. Sam mówi dość. Przy nisko lecącym pocisku państwo dostaje bardzo mało czasu.

Jeżeli tak wygląda praktyka zagrożenia, to lokalizacja przemysłu amunicyjnego nie może być traktowana jak zwykła inwestycja regionalna. To element planowania wojennego. Liczą się odległość od kierunku zagrożenia, dostęp do energii, transport kolejowy, zapasowe linie dostaw, ochrona przeciwlotnicza i zdolność szybkiego odtworzenia produkcji.

Przemysł nie może stać w pierwszej linii uderzenia

W programie Skaner Defence24 rozmówcy wskazywali, iż najwrażliwsze inwestycje amunicyjne należy lokować z większą głębią, na zachodzie kraju. Padł między innymi kierunek Wałbrzycha i Gór Sowich. Sens tej propozycji jest prosty: im dalej od wschodniego kierunku zagrożenia, tym większa szansa, iż obrona powietrzna będzie miała czas zareagować.

To nie jest argument przeciw wschodniej Polsce. Wschód wymaga wojska, infrastruktury odporności, schronów, magazynów, dróg i systemów ostrzegania. Czym innym jest jednak wzmacnianie regionu przygranicznego, a czym innym umieszczanie w nim najdelikatniejszych elementów produkcji wojennej bez odpowiedniej głębi. Państwo, które udaje, iż te dwie rzeczy są tym samym, samo prosi się o kłopoty.

Rosja w razie konfliktu nie będzie pytała, czy zakład powstał dzięki ambicjom lokalnych polityków, czy dzięki programowi centralnemu. o ile obiekt wspiera artylerię, logistykę albo zapasy armii, stanie się celem. Dlatego lokalizacja zakładów powinna wynikać z mapy zagrożeń, a nie z mapy wpływów.

Jeden zakład to jeden punkt awarii

Drugi problem to koncentracja. Produkcja amunicji nie może opierać się na jednym miejscu, jednej spółce, jednym węźle kolejowym i jednym ciągu poddostawców. Wojna na Ukrainie pokazała, jak gwałtownie zużywa się amunicję artyleryjską i jak bolesne są opóźnienia w dostawach 155 mm. Polska nie może odkryć tego samego dopiero wtedy, gdy magazyny zaczną świecić pustkami.

W tym kontekście istotny jest także spór o polski przemysł obronny i potrzebę współpracy wokół PGZ. Polityka kadrowa ma znaczenie, ale nie może zasłaniać rzeczy ważniejszej: państwo musi wiedzieć, które zdolności są krytyczne i gdzie tworzyć ich zapasowe odpowiedniki.

Rozproszenie kosztuje. Dublowanie linii produkcyjnych też kosztuje. Tyle iż wojna pozostało droższa, gdy jedno trafienie wyłącza całą gałąź zaopatrzenia. To powinna być żelazna reguła dla amunicji, materiałów energetycznych, łusek, zapalników, paliw i części zamiennych.

Technologia ma zostać w Polsce

Na stole jest również kwestia kompetencji. Jak informował Defence24, PGZ i Eurenco mają powołać spółkę do produkcji w Polsce ładunków miotających do amunicji 155 mm. To kierunek potrzebny, jeżeli oznacza realne przejęcie technologii, szkolenie ludzi i uruchomienie produkcji nad Wisłą. Sama nazwa zagranicznego partnera nie pozostało suwerennością.

Suwerenność amunicyjna ma konkretny wymiar. Polskie państwo musi mieć dostęp do prochu, ładunków, pocisków, magazynów i ludzi zdolnych utrzymać produkcję pod presją. Bez tego armia staje się klientem cudzych decyzji politycznych, cudzych kolejek produkcyjnych i cudzych kalkulacji eksportowych.

Nie ma w tym nic abstrakcyjnego. o ile Polska ma wydawać wielkie pieniądze na obronność, to część tych pieniędzy musi budować zdolności krajowe, a nie wyłącznie zasilać zagraniczne katalogi. Import bywa konieczny. Uzależnienie jest błędem.

Obrona cywilna i przemysł to jeden system

Incydent z Ch-101 ujawnił jeszcze jedną rzecz: sama produkcja nie wystarczy, jeżeli państwo nie potrafi chronić ludzi i infrastruktury. Po eksplozji pisaliśmy, iż polska obrona cywilna pozostaje niebezpiecznie uśpiona. To samo dotyczy zaplecza przemysłowego. Fabryka bez planu alarmowego, schronów, procedur ewakuacji i ochrony cybernetycznej jest tylko drogim budynkiem.

Państwo poważne łączy te elementy. Nie oddziela fabryki od kolei, kolei od energetyki, energetyki od obrony powietrznej, a obrony powietrznej od informacji dla obywateli. W czasie pokoju takie myślenie wydaje się nużące. W czasie wojny decyduje o tym, czy kraj ma czym się bronić.

Wniosek dla rządu

Polska potrzebuje amunicji, głębi strategicznej i rozproszenia produkcji. Potrzebuje też odwagi, by powiedzieć lokalnym interesom: bezpieczeństwo państwa jest ważniejsze. Nie każda inwestycja może stanąć tam, gdzie najłatwiej ją ogłosić na konferencji.

Po rosyjskiej rakiecie na Lubelszczyźnie nie wolno wracać do rutyny. Zakłady najważniejsze dla wojska trzeba projektować tak, jakby przeciwnik naprawdę chciał je zniszczyć. Bo właśnie tak należy myśleć o Rosji.

Źródła: Defence24, PAP, komunikaty DORSZ cytowane przez PAP, wcześniejsze omówienia programów PGZ i Eurenco.

Źródło: Defence24

Idź do oryginalnego materiału