Mikołaj Wasiliewicz Repnin był jednym z nielicznych etnicznych Rosjan wśród ambasadorów carycy Katarzyny II (zwanej na Zachodzie „Wielką”) w Polsce. Był księciem o silnej, nieksiążęcej budowie, a na co dzień był obcesowy, wręcz chamowaty w relacjach z polskimi elitami politycznymi, w tym z Królem Stasiem.
Z Izabelą z Flemingów Czartoryską łączyła go płomienna, wręcz szalona miłość, której owocem był Jerzy Adam Czartoryski – tak, ten wzór patrioty, przywódca Wielkiej Emigracji rezydujący w paryskim hotelu (czyli Pałacu) Lambert. W naszej historii Repnin zapisał się jako autor poniżających nasze państwo rządów ambasadorskich. Aresztował i wywiózł z Polski trzech senatorów (dwóch biskupów i jednego hetmana oraz jego syna, Seweryna Rzewuskiego, przyszłego targowiczanina – ale będzie nim za 30 lat). Czas rządów w Warszawie ambasadora Repnina to przełom lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych XVIII wieku, czyli Pierwszego Rozbioru Polski. W tym czasie „Jego Ekscelencja” wyrzucił kopniakami za drzwi swojego pałacu w Warszawie wiekowego – jak na ten czas – posła, który w rewanżu za to poniżenie zawiązał Konfederację Barską, czyli pierwsze powstanie (rokosz) przeciwko władzy i obcej dominacji. Jego tłumienie przez wojsko polskie i rosyjskie było dodatkowym pretekstem do Pierwszego Rozbioru. U nas przeszedł do historii – tej naukowej oraz popularnej – stając się symbolem patologii rosyjskich wpływów. Jest to oczywistym paradoksem, bo podobnie zachowywali się wszyscy pozostali ambasadorzy rodowitej Niemki będącej wówczas władczynią Rosji, a byli rodowitymi Niemcami bałtyckimi, nie mówiącymi ani słowa po rosyjsku. Zresztą w tym języku nikt nie mówił na dworskich ówczesnych salonach nie tylko w Petersburgu, ale również w Warszawie – Król Staś swoje pamiętniki napisał po francusku. Ale – jak to u nas – gdy pomiatał nami Niemiec, to nasz margines tolerancji był dużo większy, choćby wtedy, gdy reprezentował Rosję. Przypomnę, iż ówczesne elity tego kraju były na wskroś europejskie, nie tylko kulturowo, ale również etnicznie, co najlepiej obrazował żart powstały w czasach Aleksandra I (wnuka Katarzyny II): na pytanie cesarza, co może zrobić dla jednego z zasłużonych generałów (etnicznego Rosjanina), ten ostatni odpowiedział: „mianuj mnie Niemcem”.
Teraz coś na pocieszenie: „rządy ambasadorskie” charakteryzują wyłącznie wpływy rosyjskie. Do czegoś takiego przecież nie posunęliby się przedstawiciele państw zachodnich, w tym zwłaszcza tych, które są znane z bezinteresownej przyjaźni w stosunku do Polski i wszystkich Polaków (z wyjątkiem „postkomunistów”). Państwa te reprezentują „cywilizację zachodnią” (do której „należymy”), która jest całkowicie przeciwstawna do tego wszystkiego, co reprezentuje „dziki wschód”, choćby gdy jest rządzony przez mówiących po francusku Niemców. Kwintesencją cywilizacji zachodniej w relacjach międzynarodowych jest oczywiście nasz „strategiczny sojusznik”, którego przedstawiciele nigdy nie zachowaliby się w stosunku do nas tak jak książę Repnin: to po prostu jest całkowicie niemożliwe, nigdy nie nastąpiło i nigdy nie nastąpi. o ile ktoś opowiadałby takie historie, to w taką wrogą propagandę nie można po prostu uwierzyć.
Już dość ironizowania, miejmy litość. Nasza wrażliwość jest dość selektywna: upokorzenia ze strony zachodnich sojuszników potulnie znosimy, tłumacząc to sobie losem wasala (nasze bezpieczeństwo ponoć całkowicie zależy od kaprysów protektora). Przecież zagraża nam niezmiennie Rosja, która w dodatku „musi” przegrać wojnę z Ukrainą, choć rządzi nią „przyjaciel” prezydenta USA. Może więc w duchu tej uległości trzeba poprosić naszego protektora i obrońcę, aby skłonił swojego „przyjaciela”, by ten przestał czyhać na naszą cnotę? W końcu w cywilizacji zachodniej taki deal jest możliwy. Jest tylko kwestią ceny: lepiej ją zapłacić niż zginąć w chwale.
prof. Witold Modzelewski
Myśl Polska, nr 9-10 (1-8.03.2026)









