Śledztwo „Ukraińskiej Prawdy” oraz Narodowego Biura Antykorupcyjnego Ukrainy przyniosło materiał, który trudno uznać za coś innego niż podręcznikowy przykład tego, jak nie powinno funkcjonować państwo – zwłaszcza takie, które jednocześnie walczy o przetrwanie i prosi świat o miliardy wsparcia. Ujawniono nagrania z lipca 2025 roku, w których Timur Mindicz, żydoukraiński oligarcha objęty sankcjami i oskarżany o wielomilionową korupcję, prowadzi rozmowy z Rustemem Umerowem w sposób, który bardziej przypomina odprawę przełożonego z podwładnym niż dialog prywatnego przedsiębiorcy z ministrem obrony.
Mamy ciąg dalszy afery „Midas”. Trudno powiedzieć, co w najnowszych nagraniach robi większe wrażenie: skala swobody, z jaką niedawno zbiegły do ojczyzny wszystkich aferałów Mindicz mówi o zarabianiu na produkcji rakiet, czy może fakt, iż robi to bez najmniejszego skrępowania, jakby była to absolutna norma funkcjonowania państwa.
W jego rozmowach z ministrem Umerowem pojawiają się plany produkcji broni, negocjacje sprzedaży udziałów zagranicznym partnerom oraz sugestie dotyczące zmian personalnych na najwyższych szczeblach władzy. A wszystko to w wykonaniu człowieka, który formalnie nie pełni żadnej funkcji publicznej.
Na tym tle szczególnie interesująco wypada wątek Sens Banku, który – według ustaleń – miał znajdować się pod nieformalnym wpływem środowiska powiązanego z Mindiczem oraz Andrijem Jermakiem. jeżeli ktoś jeszcze wierzył, iż nacjonalizacja banku oznaczała realną kontrolę państwa, to najwyraźniej był to przykład wiary w bardzo optymistyczną wersję rzeczywistości. W nagraniach pojawiają się również nazwiska czołowych polityków, takich jak Mychajło Fedorow, Denys Szmyhal czy Ihor Kłymenko, co tylko wzmacnia wrażenie, iż mamy do czynienia nie z incydentem, ale całym systemem korupcyjnym.
Reakcje? Owszem, pojawiły się. Publiczna Rada Antykorupcyjna przy Ministerstwie Obrony domaga się dymisji Umerowa i audytu kontraktów zbrojeniowych, a Wołodymyr Ariew mówi wprost o katastrofie instytucjonalnej. Maryna Daniłuk-Jarmołajewa zwraca uwagę na coś jeszcze bardziej problematycznego – reakcję Zachodu, który może mieć ograniczoną cierpliwość do finansowania systemu, w którym granica między interesem publicznym a prywatnym jest nie tyle rozmyta, co praktycznie nie istnieje.
I tu dochodzimy do najciekawszego elementu tej historii: milczenia. Wołodymyr Zełenski – jak to już bywało – nie spieszy się z komentarzem. Być może jest to przemyślana strategia komunikacyjna, a być może najbezpieczniejsza metoda zarządzania kryzysowego w sytuacji, gdy każde słowo mogłoby tylko pogorszyć sytuację. W końcu trudno wytłumaczyć partnerom międzynarodowym, iż miliardy dolarów trafiają do systemu, w którym biznesmen może wydawać polecenia ministrowi obrony, a państwowe instytucje funkcjonują niczym przedłużenie prywatnych interesów. Co więcej, sam może być w to umoczony.
Ukraina od lat deklaruje walkę z korupcją, reformy, przejrzystość i europejskie standardy. I rzeczywiście – jeżeli spojrzeć na komunikaty, konferencje i strategie, wszystko wygląda imponująco. Problem polega na tym, iż nagrania takie jak te z afery „Midas” pokazują rzeczywistość działającą równolegle do oficjalnej narracji. Rzeczywistość, w której „reformy” funkcjonują jako produkt eksportowy dla Zachodu, a realne decyzje zapadają gdzie indziej, w efekcie czego wiele musiało się zmienić, by te same osoby wciąż dawały i brały łapówki oraz zarabiały krocie na dojnej krowie, jaką jest ukraińskie państwo.
Jedno jest pewne – wbrew zachodniej, a zwłaszcza polskiej propagandzie głównego nurtu polityczno-medialnego, ukraiński system władzy wciąż opiera się na mafijnych sieciach wpływów i nieformalnych powiązaniach, które mają kilka wspólnego z państwem prawa. W czasie pokoju byłby to poważny problem, ale w czasie wojny pojawia się w związku z tym ryzyko o skali strategicznej. Oligarchowie mają to oczywiście gdzieś, dopóki mogą na tym wszystkim zarabiać, często znacznie więcej niż przed rosyjską inwazją.
Polecamy również: Żyd brutalnie pobił zakonnicę

13 godzin temu








