AfD zdobyła 43,8 proc. głosów w wyborach do landtagu Saksonii-Anhalt 6 września i uzyskała 39 z 83 mandatów. Nie może rządzić samodzielnie, ale jej wynik zmienia niemiecką politykę. Dla Polski wniosek jest prosty: wspólny sprzeciw wobec migracyjnego chaosu i centralizacji UE nie tworzy jeszcze trwałego sojuszu.
Historyczny wynik, którego nie wolno lekceważyć
Alternatywa dla Niemiec odniosła w Saksonii-Anhalt bezprecedensowe zwycięstwo. Oficjalne wyniki po przeliczeniu wszystkich 2661 obwodów potwierdzają skalę politycznego wstrząsu. AfD zdobyła 43,8 proc. głosów i 39 mandatów w 83-osobowym landtagu. CDU uzyskała 17,2 proc. i 15 miejsc. Pozostałe mandaty przypadły SPD, Zielonym, Lewicy oraz BSW.
To jasny rachunek wystawiony niemieckiemu establishmentowi. Lata lekceważenia obaw obywateli dotyczących migracji, bezpieczeństwa, kosztów transformacji energetycznej i demokratycznej odpowiedzialności musiały przynieść skutek. Milionów wyborców nie da się unieważnić moralnym potępieniem ani administracyjnym kordonem. Kto nie odpowiada na realne problemy, ten oddaje pole ugrupowaniu, które obiecuje odzyskać kontrolę.
Polska prawica może więc rozumieć część źródeł sukcesu AfD. Sama od lat sprzeciwia się federalizacji Unii Europejskiej, przymusowej relokacji migrantów i polityce prowadzonej ponad głowami narodów. To jednak dopiero początek analizy. Polityczny realizm wymaga, by po zbieżności haseł natychmiast sprawdzić zbieżność interesów.
Niemiecki interes nie staje się polskim interesem
Publicysta Albrecht von Lucke powiedział Interii, iż kooperacja AfD z polską prawicą może trwać tak długo, jak długo wspólnym przeciwnikiem pozostają Bruksela, liberalne centrum i polityczny establishment. Jego zdaniem konflikt wróci przy historii, reparacjach, pamięci o II wojnie światowej i sprawach finansowych. Ta uwaga jest trafna, choć protekcjonalne przedstawianie polskich narodowców jako naiwnych uczniów niemieckiej prawicy zasługuje na odrzucenie.
Polski ruch narodowy nie potrzebuje patrona w Berlinie. Ma własną tradycję, własne doświadczenie historyczne i własny miernik polityki: interes narodu polskiego. Roman Dmowski nie uczył sentymentalnego szukania ideologicznych krewnych za granicą. Uczył rachunku sił. Państwa współpracują tam, gdzie mają wspólną sprawę, i rozchodzą się tam, gdzie ich cele stają się sprzeczne.
Dlatego dyskusja o zwycięstwie AfD i polskich złudzeniach wobec Berlina nie może skończyć się na etykietach. Niemiecka partia może słusznie krytykować niekontrolowaną migrację i brukselską centralizację. Nie daje jej to automatycznie kredytu zaufania w polityce historycznej, gospodarczej ani bezpieczeństwa. Suwerenność Polski nie polega na zamianie jednego zagranicznego nauczyciela na drugiego.
Rosja jest testem wiarygodności AfD
Najpoważniejsza różnica dotyczy Moskwy. Po wyborach współprzewodniczący AfD Tino Chrupalla mówił o powrocie do dobrych stosunków z Rosją i potrzebie zmiany polityki sankcji. Program ugrupowania obejmuje również odbudowę relacji energetycznych, w tym uruchomienie Nord Stream. Z polskiego punktu widzenia to nie jest detal. To kwestia strategiczna.
Rosja prowadzi wojnę przeciw Ukrainie, destabilizuje wschodnią flankę NATO i od lat wykorzystuje surowce jako narzędzie nacisku. Niemiecko-rosyjskie porozumienie energetyczne budowane z pominięciem Warszawy osłabiało bezpieczeństwo naszego regionu. Każdy projekt powrotu do tej polityki musi więc spotkać się z twardym polskim sprzeciwem, niezależnie od tego, czy zgłasza go lewica, chadecja czy AfD.
Ten problem szerzej pokazuje analiza ryzyka dla wschodniej flanki NATO po sukcesie AfD. Polska nie może finansować własnym bezpieczeństwem niemieckiej normalizacji stosunków z Kremlem. Tania energia dla niemieckiego przemysłu nie zrekompensuje nam większego zagrożenia na wschodzie ani osłabienia solidarności sojuszniczej.
Historia wymaga pamięci, a nie kompleksów
Drugi test dotyczy pamięci historycznej. Polska ma prawo domagać się prawdy o niemieckiej okupacji, zbrodniach i materialnym zniszczeniu naszego państwa. Nie jest to przeszkoda w stosunkach polsko-niemieckich, ale warunek ich uczciwości. Próba relatywizowania odpowiedzialności Niemiec albo przesuwania ciężaru pamięci na wypędzenia byłaby sprzeczna z polską racją stanu.
Właśnie dlatego obecność prof. Andrzeja Nowaka na konferencji zorganizowanej przez AfD miała sens wtedy, gdy służyła przedstawieniu Niemcom polskiej prawdy historycznej. Polski historyk mówił w Bundestagu o niemieckich zbrodniach i lekcji porozumień z Rosją. Rozmowa nie oznacza podległości. Warunkiem jest jasne przedstawienie własnego stanowiska i gotowość do odejścia od stołu, gdy druga strona uderza w polski interes.
Realizm zamiast zachwytu i histerii
Polska debata po zwycięstwie AfD ugrzęzła między bezkrytycznym entuzjazmem a moralną paniką. Oba odruchy są jałowe. Donald Tusk wykorzystał wynik niemieckich wyborów do obrażania części polskiej prawicy. Z kolei niektórzy komentatorzy potraktowali sukces AfD jak automatyczne zwycięstwo Europy ojczyzn. Państwo poważne nie prowadzi polityki ani obelgą, ani euforią.
AfD jest dziś istotną siłą niemieckiej polityki i trzeba z nią rozmawiać bez kompleksów. kooperacja może być możliwa przy obronie kompetencji państw narodowych, ochronie granic czy sprzeciwie wobec ideologicznego dyktatu Brukseli. Granica biegnie tam, gdzie zaczyna się rewizjonizm historyczny, rosyjski interes albo gospodarcza przewaga Niemiec budowana kosztem Polski.
Stawką nie jest dobre samopoczucie tej czy innej partii. Stawką jest wolność decyzji Warszawy, bezpieczeństwo Polaków i zdolność państwa do obrony własnej pamięci. Narodowy realizm nakazuje patrzeć na Berlin uważnie, rozmawiać rzeczowo i nie podpisywać żadnego weksla in blanco. Polska ma być podmiotem. Nigdy dodatkiem do cudzej strategii.
Źródła: Interia, Krajowa Komisja Wyborcza Saksonii-Anhalt, Deutsche Welle.
Źródło: Interia Wydarzenia












