
Problem jest dobrze znany inwestorom. Ogólne poparcie dla transformacji energetycznej nie zawsze przekłada się na akceptację farmy wiatrowej, biogazowni czy instalacji odpadowej w bezpośrednim sąsiedztwie. Mieszkańcy obawiają się wpływu inwestycji na krajobraz, środowisko, komfort życia i wartość nieruchomości. Gdy konflikt narasta, skutkiem mogą być wieloletnie spory, dodatkowe koszty albo rezygnacja z projektu.
88 proc. popiera OZE, ale lokalnie zaczyna się opór
Z badania Eurobarometru przeprowadzonego w 2025 r. wynika, iż 88 proc. mieszkańców UE popiera działania zwiększające wykorzystanie energii odnawialnej. To jednak wynik dotyczący ogólnego kierunku transformacji. Gdy projekt pojawia się blisko domu, stosunek mieszkańców może być zupełnie inny.
Właśnie ten rozdźwięk opisuje syndrom NIMBY. Społeczność może popierać energetykę wiatrową, biogaz czy recykling, ale jednocześnie sprzeciwiać się konkretnemu obiektowi w swojej okolicy.
– Społeczeństwo oczekuje dziś skutecznej ochrony przed kryzysami sanitarnymi i skażeniem środowiska, ale jednocześnie aktywnie protestuje przeciwko infrastrukturze, która ma to bezpieczeństwo zapewniać – mówi Marcin Cabaj, prezes firmy Zbiornica Skórzec.
Komisja Europejska proponuje osiem zasad
W lipcu Komisja Europejska opublikowała zestaw narzędzi dotyczących udziału lokalnych społeczności w planowaniu projektów OZE. Dokument opiera się na doświadczeniach państw członkowskich i opisuje osiem zasad budowania społecznej akceptacji.
Pierwsza dotyczy dopasowania sposobu konsultacji do konkretnej społeczności zamiast stosowania jednego schematu wszędzie. Kolejna zakłada łączenie dialogu z materialnymi korzyściami dla mieszkańców.
Komisja zwraca też uwagę na przejrzyste zasady, jasny podział ról i odpowiednio wczesne rozpoczęcie konsultacji – jeszcze wtedy, gdy część założeń projektu można zmienić. Wśród pozostałych zasad są sprawiedliwy podział korzyści, angażowanie niezależnych mediatorów, autentyczne zaangażowanie inwestora oraz stałe monitorowanie wpływu inwestycji na otoczenie.
Nie wystarczy przyjść z gotowym projektem
Nowe podejście odchodzi od modelu, w którym inwestor przygotowuje pełny projekt, a dopiero później przedstawia go mieszkańcom. Według wytycznych społeczność powinna wejść do procesu wcześniej. Wtedy można jeszcze rozmawiać np. o organizacji transportu, drogach dojazdowych czy zagospodarowaniu zieleni.
– Mieszkańcy powinni mieć możliwość zabrania głosu na etapie planowania, kiedy można jeszcze dostosować pewne elementy projektu, na przykład organizację transportu, drogi dojazdowe czy rozwiązania dotyczące zieleni – wyjaśnia Marcin Cabaj.
Komisja Europejska rekomenduje również łączenie konsultacji z konkretnymi korzyściami. Mogą to być niższe rachunki za energię, fundusze społecznościowe, wsparcie lokalnych inicjatyw albo możliwość inwestowania mieszkańców w projekty energetyczne.
Sama informacja o podatkach może nie wystarczyć
Wpływy podatkowe do budżetu gminy bywają jednym z głównych argumentów inwestora. Z perspektywy mieszkańców mogą być jednak zbyt odległe i mało odczuwalne.
Dlatego jednym z kierunków proponowanych przez Komisję jest bardziej bezpośredni podział korzyści. Lokalna społeczność ma widzieć, w jaki sposób inwestycja wpływa na jej codzienne życie. Może chodzić o finansowanie lokalnej infrastruktury, wsparcie inicjatyw społecznych czy udział w korzyściach energetycznych.
– Zamiast przeznaczać ogromne środki na wieloletnie spory, lepiej inwestować w dialog i rozwój lokalnej społeczności – dodaje ekspert.
Znaczenie ma więc sposób przedstawienia całego przedsięwzięcia mieszkańcom. o ile energia albo ciepło wytwarzane przez instalację mogą zasilać pobliską szkołę, przedszkole czy inne obiekty publiczne, inwestycja przestaje być oceniana wyłącznie jako uciążliwy zakład w sąsiedztwie.
– Zakład zaczyna być oceniany również przez pryzmat korzyści dla otoczenia – mówi Marcin Cabaj.
To dokładnie kierunek proponowany przez Komisję Europejską: połączenie wczesnego dialogu z jasno pokazanym wpływem projektu na lokalną społeczność.
Biogazownia zamiast odpadu
Wytyczne mogą mieć szczególne znaczenie dla inwestycji związanych z odpadami i produktami ubocznymi pochodzenia zwierzęcego, czyli UPPZ. To materiały objęte rygorystycznymi wymogami sanitarnymi i weterynaryjnymi. W Unii Europejskiej powstaje rocznie ponad 20 mln ton takich produktów. Część z nich można wykorzystać jako surowiec do produkcji biogazu.
W takim modelu materiał, który wcześniej był przede wszystkim problemem sanitarnym, może zostać ponownie wykorzystany do wytwarzania energii elektrycznej i cieplnej. Polska Grupa Biogazowa podaje, iż instalacja o mocy 1 MW może wyprodukować około 9 GWh energii rocznie. Taka ilość wystarcza do zasilenia od 3 do blisko 4 tys. gospodarstw domowych.
„Społeczna licencja” obok formalnych pozwoleń
Coraz większego znaczenia nabiera pojęcie tzw. społecznej licencji na działanie. Nie chodzi o formalny dokument ani nowe pozwolenie administracyjne. To nieformalna akceptacja mieszkańców i lokalnego otoczenia dla działalności inwestora, która może zdecydować o tym, czy przygotowanie inwestycji będzie przebiegało sprawnie, czy zamieni się w długotrwały konflikt.
– Kończy się era, w której uzyskanie wymaganych pozwoleń było postrzegane jako wystarczające przygotowanie do realizacji inwestycji – mówi Marcin Cabaj.
Przy rosnącej liczbie projektów OZE, biogazowni i instalacji związanych z gospodarką obiegu zamkniętego sama technologia i finansowanie mogą już nie wystarczyć. Komisja Europejska stawia więc na model, w którym lokalna społeczność nie dowiaduje się o inwestycji dopiero wtedy, gdy wszystkie decyzje już podjęto. To dla inwestorów większy wysiłek jeszcze przed rozpoczęciem budowy.
Przeczytaj także:
- 13 dni i mieszkanie ma lokatora – a wrzesień dopiero się zaczyna
- Ukraina eksportuje o 60 proc. mniej pszenicy. Rosja ma podobny problem
- Ponad 185 mln zł na poszukiwania pod ziemią. Rząd wskazał najważniejsze surowce

1 godzina temu















